Radomszczanka skarży się, że w bloku nie ma rowerowni i nie ma gdzie przechowywać wózka niepełnosprawnego męża. Spółdzielnia odpowiada, że musi najpierw spytać o zdanie mieszkańców.
Kiedy człowiek ma dwadzieścia lat, czwarte piętro nie wydaje się uciążliwe. Kilkadziesiąt lat później, po wypadku samochodowym i trzech udarach, każdy stopień to Mount Everest. Człowiek znika w czterech ścianach najpierw na kilka dni, potem na tygodnie, w końcu na stałe.
Pani Katarzyna mówi, że jej mąż z mieszkania na czwartym piętrze bloku przy Piastowskiej wychodzi coraz rzadziej. Twierdzi, że zarząd spółdzielni nie chce jej i jemu pomóc, zamiast tego rzuca - nomen omen - kłody pod jego schorowane nogi. Wiceprezes spółdzielni odpowiada: sytuacja o wiele bardziej skomplikowana.
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną prenumeratą cyfrową. Skorzystaj z subskrypcji
Pozostało 92% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze