Co jest w tej bulwersującej sprawie najważniejsze? Nie to, że kobieta była tak pijana (4,67 promila), że straciła przytomność i potrzebna była pomoc załogi karetki pogotowia. Nie to, że była w 27-tygodniu ciąży. To oczywiście też jest ważne i oburza, ale najważniejsze jest to, że zrobiła to już wcześniej. Naraziła życie i zdrowie swojego nienarodzonego dziecka po raz kolejny. Wcześniej sprawą też zajmowała się prokuratura.
Na razie nie wiadomo, jaki będzie wynik kolejnego postępowania. Kodeks karny przewiduje dla takiej matki do 2 lat więzienia.
To nie pierwszy raz
33-latka we wtorek 4 lutego rano urodziła po raz szósty. Tak jak w przypadku pięciorga poprzednich dzieci i tym nie zamierzała się zajmować. Dziewczynka, wcześniak o wadze 1200 gram i w stanie ciężkim, ze śladową ilością alkoholu we krwi, została przewieziona do jednego z łódzkich szpitali na Oddział Intensywnej Terapii Medycznej. Lekarze określają jej stan jako ciężki, ale stabilny. Prawie na pewno będzie miała Alkoholowy Zespół Płodowy. Kobieta zrobiła to po raz kolejny. Za pierwszym razem nie poniosła żadnych konsekwencji.
- Pierwszy raz to był rok 2015, wtedy prokuraturę zawiadomił partner kobiety, odmówiono wszczęcia postępowania - mówi prokurator rejonowy Jacek Bocianowski. Dlaczego? - Ponieważ okazało się, że kobieta nie była w ciąży. Potem w 2018 roku zawiadomienie wpłynęło od pracowników GOPS-u i dotyczyło 2-letniej córki i ciąży, w której kobieta wtedy była. Oba wątki zostały umorzone - odpowiada.
Decyzja o umorzeniu została wydana 17 grudnia. Jak mówi Gazecie kierownik GOPS-u Edyta Piątek, dopóki kobieta korzystała z pomocy ośrodka, była nad nią jakaś kontrola. Kiedy okazało się, że jest w ciąży i pije, odpowiednie dokumenty zostały wypełnione i dostarczone. - Z tego co pamiętam zostało to umorzone - mówi Piątek.
Artykuł 157 Kodeksu Karnego mówi o możliwości spowodowania uszkodzenia ciała dziecka poczętego lub rozstrój zdrowia zagrażający jego życiu. Taki występek zagrożony jest karą grzywny, karą ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności na maksymalnie 2 lata.

Prokurator umorzył, a kobieta przestała pojawiać się w GOPS-ie. - Potem kobieta się chyba przemeldowała i stała praktycznie bezdomna - mówi kierownik Piątek. - Nie pobierała żadnych zasiłków ani innej pomocy. W ten sposób zniknęła z systemu.
Nic nie można zrobić
Poniedziałek 3 lutego. Zanim 33-latka straciła przytomność na trawniku przy Leszka Czarnego, była widziana m.in. przy ul. Tysiąclecia. Potem za urzędem miasta. Zataczała się, przewracała, ktoś ją podnosił. Szła dalej. Jak się później okazało w stanie kompletnego upojenia alkoholowego, a wynik badania krwi pokazuje, że musiała pić co najmniej kilka dni, jeśli nie dłużej. Miała 4,67 promila we krwi. Później w policyjny alkomat wydmuchała 3,5 promila.
Kiedy już w szpitalu się nią zajęto i można z nią było nawiązać jakiś kontakt, potwierdziła, że ostatnich kilka dni spędziła na piciu alkoholu z kilkoma osobami. - Kilka dni? Żeby tak wyglądać trzeba miesiąc być w ciągu - mówi kobieta, która mijała ją w tamten poniedziałek, przy ul. Leszka Czarnego, gdy pijana 33-latka siadła na skwerze, bo nie miała siły iść dalej. Stał z nią jakiś mężczyzna, który już wzywał pogotowie. - Ona nie miała oczu tylko takie szparki, twarz to jedna wielka opuchlizna od alkoholu. Brzucha nie było widać. Może dlatego, że siedziała, a może kurtka go przykrywała. Jak można zrobić coś takiego? - zastanawia się. Nie znajduje odpowiedzi.
- Nałóg - słyszymy od specjalistów, którzy pracują w Radomsku z uzależnionymi. To silniejsze od racjonalnego myślenia. Być może nawet nie zdawała sobie sprawy z konsekwencji, jakie groziły jej dziecku. - Tu ważne jest, żeby się napić, wprowadzić w ten stan, o który walczą co dnia - słyszymy. 33-latka przez ostatnie lata widywana była z mieszkańcem Dziepółci. Ma z nim jedno dziecko. Kilkuletnią dziewczynkę wychowuje babcia. Z synem nie ma właściwie kontaktu.
Konkubent 33-latki ma dwóch braci. Pojechaliśmy na miejsce. Dom z zewnątrz nie wygląda najgorzej. Może trochę zaniedbany, ale nie wszystkich stać. Nikogo nie ma. Drzwi na piętro zamknięte. Z boku na dole kolejne, otwarte. W środku puste puszki po piwie, jakaś pusta butelka, bałagan. W następnym pokoju śpi mężczyzna przykryty kołdrami i kocami. W środku jeszcze dwa psy, kundle, ujadają, ale nie gryzą.
Po 15 minutach mężczyzna wreszcie wyszedł na podwórko. Przygląda się nieufnie. Jest zaskoczony pytaniami. - A nie, to nie ja, to mój brat z nią jest - słyszymy. - To wszystko przez nią, jakbym ją dorwał, to bym jej… - odgraża się 33-latce. I dodaje, że oni tu nie mieszkają, nie bywają, w ogóle nie wie, co kobieta i jego brat teraz robią. On sam pracuje od rana do wieczora, czasem, jak szef da wolne, to sobie wypije. Czasem. Nie, nie wie, gdzie ich szukać.
Policjanci mówią, że nawet gdyby chcieli, to co mogą zrobić? Przecież to dorosła osoba. Jakby brała jakieś zasiłki, może 500+, to by ktoś na nią jakąś presję wywarł. A tak to nikt jej do leczenia nie zmusi. - Jeśli sama nie będzie chciała, nikt jej na siłę nie wyleczy - wzruszają ramionami. I dodają, że potem trzeba takich zbierać z ulicy, ale takie jest prawo.
Kobieta nie wychowuje żadnego ze swoich dzieci. Tym ostatnim też się nie zajmie. Ze szpitala wyszła w środę 5 lutego rano. Jak wpisał lekarz do dokumentacji medycznej: w stanie dobrym. Wśród zaleceń dbanie o higienę i kontrola lekarska.W środę 33-latka była trzeźwa. W szpitalu leżała na osobnej sali. Personel bał się, że inne matki mogą zareagować bardzo emocjonalnie.
Kiedy potem pytamy o 33-latkę ludzi, którzy całe dnie spędzają przed sklepami z alkoholem w okolicy Leszka Czarnego, najpierw udają, że nie wiedzą o kogo chodzi. Potem przypominają sobie, że jest taka jedna, kręci się z tym i tym, najczęściej tam i tam. Ale ostatnio tu nie bywają.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze