7-letni chłopiec ma na twarzy poważne obrażenia, do tego naruszone zęby i naderwane wędzidełko języka. A wszystko przez dziurę w jezdni. Wielką i niezabezpieczoną. Na ulicy Kasztelańskiej jest ich zresztą więcej.
- Byłem akurat u swojego znajomego, który pracuje na stacji benzynowej przy tej ulicy - mówi Gazecie pan Robert. - I nagle matka z tym chłopcem przychodzi, on cały zakrwawiony, ona roztrzęsiona, strasznie to wyglądało. A wszystko przez dziurę, której nikt nie potrafi załatać. Ani nawet oznaczyć, żeby nie stanowiła zagrożenia.
Wszystko wydarzyło się we wtorek 15 sierpnia późnym popołudniem.
- Ten chłopiec wjechał w tę ogromną dziurę i całe szczęście, że nie skończyło się gorzej - mówi radomszczanin.
I opowiada, że kobieta prosiła o pomoc, więc wezwali karetkę.
- A ta jechała aż z Żytna, trzeba było czekać aż 40 minut. Pewnie w mieście nie było żadnej wolnej - zastanawia się. I dodaje, że do niczego by nie doszło, gdyby urząd miasta zadbał o asfalt na Kasztelańskiej.
Jedziemy na tę ulicę. Szybko znajdujemy na środku jezdni dziurę o średnicy około 50 cm i głębokości 20 cm. Obok niej są kolejne.
Chłopiec wraz z mamą i starszym bratem wybrał się na rowerową przejażdżkę, do domu wrócił z ranami na twarzy.
- Myślałem, że uda mi się ją ominąć, ale wjechałem w nią i przeleciałem przez kierownik - mówi bohater tej historii w czwartek. Na twarzy ma świeże strupy, ale nie przeszkadza mu to biegać po całym podwórku, trudno mu usiedzieć w miejscu.
Jego starszy brat, który ma 10 lat, z poważną miną dodaje, że 7-latek jechał pierwszy, a za nim ich mama i ona oświetlała drogę. A potem wszystko działo się już szybko.
Po upadku wszyscy bardzo się wystraszyli. Mama z młodszym synem pobiegła na pobliską stację, 10-latek zajął się rowerem.
- I tam ci ludzie wezwali karetkę, pomogli nam - opowiada spokojnie. - Musieliśmy długo czekać, ale potem w szpitalu bratu zrobili badania i takie prześwietlenie twarzy, żeby sprawdzić, czy nic nie jest złamane, czy w jego głowie nic się nie stało.
- A ta karetka też w tę dziurę wjechała - śmieje się młodszy. - Powiedzieli nam, jak do nas przyjechali.
- A ja to mam na to pomysł - wtrąca 10-latek. - Trzeba tę dziurę naprawić, a potem zrobić taki tunel nad tą ulicą, żeby woda nie leciała, to znaczy deszcz, i żeby ten asfalt znów się nie zepsuł.
- Bo tam nie ja pierwszy się przewróciłem. Ci ludzie ze stacji mówili, że tam już było wiele takich wypadków jak mój - to znów 7-latek.
I na koniec babcia, która zastanawia się, czy skoro był wypadek, to należy się jakieś odszkodowanie? Bo przecież takie powinno być. Sprawy na policję mama chłopców nie zgłaszała, ale może rzeczywiście powinna? - zastanawia się.
Zapytaliśmy o dziury w jezdni w urzędzie miasta, na razie nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze