Reklama

Wybory samorządowe to parodia demokracji. Wszystko przez absurdalną ordynację

W 2018 roku Koalicja Obywatelska w Radomsku miała 24 proc. poparcia, Prawo i Sprawiedliwość - blisko 21 procent. Choć różnica wyniosła jedynie 600 głosów, ostatecznie Platforma zgarnęła 1/3 wszystkich miejsc w radzie miasta. Taką mamy absurdalną ordynację

 

To nie będzie tekst o miernych kandydatach na radnych ani o układach, które oplatają nasze gminy. Narzekanie na elity - lokalne i krajowe - jest jednym z najbardziej leniwych zabiegów stosowanych przez publicystów. Naszych problemów z samorządem nie rozwiąże Dobry Polityk, który zajmie miejsce Złego Polityka, bo bez odpowiednich rozwiązań systemowych ten pierwszy szybko zamieni się miejscami z drugim.

Na łamach Gazety wielokrotnie mogli Państwo przeczytać o licznych samorządowych patologiach. O feudalnych stosunkach między władzą a mieszkańcami, pacyfikowaniu społeczeństwa obywatelskiego, fikcji konkursów na urzędowe stanowiska czy też wydawanych przez samorządy propagandowych mediach. Dużo rzadziej mówi się jednak o innym czynniku, który sprzyja zabetonowaniu lokalnej sceny politycznej: ordynacji wyborczej.

Reklama

Na początek trochę teorii

Po pierwsze: małe gminy, mające mniej niż 20 tysięcy mieszkańców, podzielone są na 15 okręgów, w których wybiera się po jednym radnym. Sprawa komplikuje się w przypadku większych gmin (takich jak na przykład Radomsko), rad powiatu oraz sejmików. Tutaj w jednym okręgu wybiera się kilku radnych, proporcjonalnie do liczby oddanych głosów.

Po drugie: liczba radnych wybieranych w okręgu ma znaczenie. Małe okręgi są na rękę dużym ugrupowaniom, bo w białych rękawiczkach pozwalają pozbyć się konkurencji ze strony mniejszych komitetów. Tym drugim szansę dają dopiero duże okręgi, w których do zdobycia mandatu potrzeba (procentowo) dużo mniej głosów.

Reklama

Po trzecie: okręgi w wyborach samorządowych są wręcz śmiesznie małe. Bartłomiej Michalak w swoim artykule „(Dys)proporcjonalność polskich wyborów samorządowych” policzył, że w większości przypadków ich wielkość oscyluje „wokół dolnych widełek ustawowych”. Tym sposobem w gminach powyżej 20 tysięcy mieszkańców prawie połowa okręgów ma tylko 5 mandatów, gdy w województwach jest to trochę poniżej 30 procent. W powiatach natomiast - gdzie wolno tworzyć okręgi trzy- i czteromandatowe - stanowią one 55 procent wszystkich.

Spójrzmy teraz na Radomsko. Nasze miasto podzielone jest na cztery okręgi: w trzech wybiera się pięciu radnych, w jednym sześciu. W takich okolicznościach naturalny próg wyborczy, określający jakie poparcie musimy uzyskać, żeby zdobyć mandat, wynosi odpowiednio 12,5 i 10,7 procent. Jest zatem ponad dwukrotnie wyższy od progu ustawowego, wynoszącego pięć procent.

Reklama

Tak małe okręgi sprawiają, że wyniki wyborów są wykoślawione, a najbardziej zyskuje na tym zwycięski komitet. W 2018 roku KO w Radomsku miała 24 procent poparcia, PiS - blisko 21 procent. Choć różnica wyniosła jedynie 600 głosów, ostatecznie Platforma zgarnęła 1/3 wszystkich miejsc w radzie miasta. Dużo więcej, niż wskazywałby na to werdykt wyborców.

Dokładnie odwrotna sytuacja ma miejsce w powiecie, gdzie na absurdalnie małych okręgach wyborczych (wszystkie poza Radomskiem mają po cztery lub trzy mandaty) najbardziej skorzystał PiS. Naturalny próg wyborczy wynosił w nich, kolejno, 15 i 18,75 procent. To trzy i cztery razy więcej niż próg ustawowy! Dzięki temu 27 procent głosów oddanych na Prawo i Sprawiedliwość przełożyło się na 40 (sic!) procent miejsc w radzie powiatu.

Reklama

Mało demokratyczne, prawda?

Rozwiązania tego problemu jest bardzo proste: zamiast kilku maleńkich okręgów zróbmy jeden duży. Niech Radomsko będzie okręgiem dwudziestojednomandatowym, a powiat - dwudziestotrzymandatowym. W ten sposób naturalny próg wyborczy obniżymy do poziomu ustawowego (a nawet jeszcze niżej) i uzyskamy bardziej proporcjonalny podział miejsc w radzie miasta i powiatu. Wybory staną się też łatwiejsze do przeprowadzenia, bo PKW nie będzie musiała drukować osobnych kart do głosowania dla każdego z okręgów.

Kolejnym krokiem mogłaby być zmiana metody przeliczania głosów na mandaty: dziś używamy tej wymyślonej przez belgijskiego matematyka Victora D’Hondta, która faworyzuje największe komitety. Dużo lepszym rozwiązaniem byłaby metoda Sainte-Laguë lub Hare’a-Niemeyera, zapewniająca dużo sprawiedliwszy rozkład mandatów.

Reklama

Wprowadzenie tych zmian nie jest trudne i wymaga jedynie nowelizacji kodeksu wyborczego. Póki co jednak chęci do zmiany obecnej ordynacji wśród polityków nie widać, a częściej w przestrzeni publicznej pojawiają się głosy m.in. o zlikwidowaniu limitu dwóch kadencji dla wójtów, burmistrzów i prezydentów miast (co byłoby sporym krokiem w tył).

Zmiany w procesie wyborczym mogą być pierwszym krokiem na drodze do uzdrowienia polskiego samorządu. Same w sobie z pewnością nie wystarczą, ale są niezbędne. W przeciwnym wypadku nasze lokalne demokracje już na zawsze pozostaną bowiem swoimi smutnymi parodiami.

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 07/03/2024 09:05
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości