Ludzie zauważają zmiany, chociaż większość nie kojarzy tego z klimatem. Przyczyn doszukują się w złym fatum albo nieprzychylnym sąsiedzie. Skarżą się, że czereśnie zmarzły albo truskawki liche, a róże całe zjedzone przez mszyce. Jedni są zaniepokojeni, drudzy wściekli, a jeszcze inni po prostu zagubieni - o klimacie Gazeta rozmawia z Beatą Garbarz-Hebdą, prowadzącą szkółkę ogrodniczą
GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Od wielu lat prowadzi pani szkółkę roślin, ma w tym ogromne doświadczenie. I na pewno ma pani swoje obserwacje. Klimat się zmienił, czy, jak można usłyszeć, to spisek?
BEATA GARBARZ-HEBDA: - Nie należę do osób, które wypatrują spisku, choć takich nie brakuje ostatnimi czasy. Zmiana klimatu to nie spisek, a naukowe fakty, którym ufam bardziej niż teoriom spiskowym. Klimat się zmienił i możemy to zaobserwować gołym okiem. Zmiany w temperaturze i wzorcach opadów wpływają na długość okresu wegetacyjnego roślin i to jest już nasza codzienność. Wiosna nastaje wcześniej, z czego wszyscy się cieszą, zimy są cieplejsze i krótsze. Niestety, wiele owadów pojawia się zbyt wcześnie lub zbyt późno, aby skorzystać z pyłku. Ekosystem zaczyna się rozjeżdżać.
Jakie zmiany w kwestii uprawy roślin zaszły przez te lata?
- Z tych najbardziej widocznych zmian to przede wszystkim wcześniejsze kwitnienie. Drzewa owocowe i ozdobne czując przedwczesne nadejście wiosny, zakwitają dwa, trzy tygodnie wcześniej niż 20 lat temu. Kończący się rok szkolny przynosił zapach wakacji w kwitnących akacjach. W tym roku akacje na Dolnym Śląsku już przekwitły. Wydłużył się sezon wegetacyjny. Rośliny rosną dłużej i są większe, ale przez to narażone są na przymrozki i stres wodny. Pojawiają się nowe choroby i szkodniki. Dawniej zima radziła sobie z niektórymi patogenami i owadami, teraz całe kolonie szkodników w najlepsze zimują i mają się doskonale na wiosną. Zmienia się skład gatunkowy. To najmniej widoczny proces, ale wciąż postępuje. Niektóre rodzime gatunki zanikają, a ich miejsce zajmują gatunki inwazyjne.
Co w tych zmianach jest najgroźniejsze?
- Myślę, że to zaburzenie synchronizacji między roślinami a zapylaczami. Jeżeli roślina zakwitnie zbyt wcześniej, a pszczoły jeszcze ,,śpią”, nie dojdzie do zapylenia. Bardzo groźne wydają się susze i ekstremalne zjawiska pogodowe, czyli silne burze, grad, upały. Te wszystkie anomalie zabijają rośliny i tym samym obniżają plony. Skutki są i w coraz większej mierze będą opłakane. Spadnie bioróżnorodność, pojawią się problemy w rolnictwie, plony będą mniejsze, a ryzyko upraw większe, wzrosną koszty utrzymania ogrodów, parków czy sadów.
Czy pani klienci dostrzegają te zmiany? Jak je oceniają?
- Coraz częściej to zauważają, chociaż większość nie kojarzy tego z klimatem. Przyczyn doszukują się w złym fatum albo nieprzychylnym sąsiedzie, co może się wydawać zabawne, ale nie jest. Skarżą się, że czereśnie zmarzły albo truskawki liche, a róże całe zjedzone przez mszyce. Jedni są zaniepokojeni, drudzy wściekli, a jeszcze inni po prostu zagubieni.
Próbują coś zrobić?
- Niektórzy chcą działać. Sadzą bardziej odporne odmiany, tworzą ogrody deszczowe, które przechwytują wodę z rynien i dachów, instalują zbiorniki na wodę.
Jakie te zmiany będą miały skutki?
- Wszystko zmierza ku niestabilności. Trudniej jest i będzie przewidzieć pogodę, utrzymać plony czy zadbać o zieleń w mieście i na wsi. Będzie to skutkować większymi stratami w uprawach, a to przyniesie wyższe ceny żywności. Lokalne odmiany zaczną zanikać, a strefy roślinne przesuną się z południa na północ. Już teraz sadzimy w ogrodach gatunki, o których 20 lat temu mogliśmy pomarzyć. Pojawiają się figowce, palmy i inne piękności z południa, które, owszem, trzeba zabezpieczyć na zimę, ale są w stanie ją przetrwać. Niestety, wraz ze zmianami klimatycznymi będziemy obserwować zanikanie niektórych dzikich siedlisk, a to przyniesie lawinę problemów z ekosystemem.
Województwo łódzkie jest najbardziej zagrożone w Polsce suszą rolniczą. Czy to oznacza, że pustynniejemy i krajobraz nam się zmieni? A może czeka nas nawet walka o wodę? Nie przesadzam?
- Nie przesadza pan. To bardzo zasadne pytania i dotyczą niestety realnych problemów w naszym województwie, a te co gorsza wciąż się nasilają. Wysychające gleby, zanik trwałych użytków zielonych, czyli łąk i pastwisk, zmiana roślinności na gatunki sucholubne i niższy poziom wód gruntowych. Słyszymy o wyschniętych studniach, oczkach wodnych czy rowach. Centralna Polska, w tym województwo łódzkie, ma najmniejsze opady w kraju. Latem opady są coraz mniej regularne, za to bardzo intensywne, a to oznacza, że woda nie zdąży wsiąknąć, tylko spływa powierzchniowo i znika. Czy krajobraz się zmieni? Możliwe, ale nie na śródziemnomorski, a raczej na żółtą trawę przez większość lata, więcej gołej, spękanej ziemi po orkach, suche drzewa z rzadkimi koronami i rzeki, przez które będziemy mogli przejść suchą nogą. To będzie raczej południowa Hiszpania w sierpniu, ale bez oliwek i morza w tle.
Czy czeka nas walka o wodę?
- Konflikty lokalne już się pojawiają, np. rolnicy kontra przemysł czy miasta kontra wieś. Gminy ograniczają zużycie wody, a w przyszłości mogą pojawić się limity wody na gospodarstwo. Dla rolników może to oznaczać utrudnienia w nawadnianiu upraw, dla nas ogrodników zakaz podlewania, a dla wszystkich innych wyższe rachunki i konieczność oszczędzania.
Czy jest coś, co możemy zrobić, żeby te niekorzystne zmiany spowolnić?
- Możemy i musimy, w skali globalnej i lokalnej. Począwszy od ograniczenia emisji CO2, przez odbetonowywanie miast, sadzenie odpornych gatunków, dbanie o wodę, o małe zbiorniki retencyjne, czyli na przykład oczka wodne, rowy czy zbiorniki. Ważną, jeśli nie najważniejszą rzeczą, jest edukacja i świadomość narastających problemów. No i własne wybory. Mamy wpływ, co kupujemy, co jemy i jak dbamy o ogród. Wszystko się liczy.
Stara się pani edukować klientów?
- To dziś wręcz konieczność jeśli ktoś pracuje z roślinami czy ogrodami. To już nie tylko kwestia estetyki, ale przetrwania roślin i całych ekosystemów, a wielu ludzi naprawdę nie wie co się dzieje, nie ze złej woli, tylko z braku informacji, choć może w dużej mierze z ignorancji. Staram się podpowiadać klientom różne rozwiązania, które sprawią, że ich ogrody będą piękne, ale i pożyteczne dla owadów i ptaków.
Czy te rady do nich trafiają? Chcę w ten sposób zapytać, czy jest jeszcze nadzieja?
- To piękne i bardzo ważne pytanie. I odpowiem tak - jest nadzieja, ale nie wszyscy jeszcze ją dostrzegają. Ludzie słuchają, zadają pytania, zapisują nazwy roślin i wracają po więcej. Często ci, którzy zmierzyli się w swoim ogrodzie z suszą, gradobiciem czy przymrozkami, są bardziej otwarci na edukację. Szukają rozwiązań, żeby ich ogród był cały czas piękny, a nie tylko w maju. Zazwyczaj klienci garną się do współpracy i chętnie się uczą, co procentuje pięknymi zielonymi oazami w ich małych królestwach. Są oczywiście i tacy, którzy uparcie marzą tylko o tym, żeby mieć ładniej niż sąsiad. I to za wszelką cenę. Potrzeba jednak więcej cierpliwości. Trzeba pokazywać, że to się opłaca, nie tylko ekologicznie, ale też praktycznie. Cóż… Rada może zakiełkować nawet kiedy spadnie na kamień. I jest nadzieja, że jeśli będziemy mówić, pokazywać, pomagać i nie rezygnować możemy wspólnie coś zrobić dla nas samych i przyszłych pokoleń. Bo zmiany klimatyczne są poważne, ale nasze ogrody mogą być wyspami życia. I to tylko od nas zależy, czy będzie ich więcej.
Rozmawiał Janusz Kucharski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze