Reklama

Metody są trochę terrorystyczne: Rozmawiamy z autorem głośnego profilu Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy

Zrezygnowałem, gdy zobaczyłem, że władza zaczyna mi się podobać. Że już nie jestem ten pierwszy wśród równych, tylko mentalnie postawiłem się wyżej. Tego się przestraszyłem - Gazeta rozmawia z autorem głośnego profilu facebookowego „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy”

Prawie 20 tysięcy obserwujących, milionowe zasięgi, setki komentarzy, udostępnień, reakcji - w środowisku samorządowym facebookowy profil „Urzędniczo-Samorządowe Pogaduchy” to bardzo gorący temat. Wystartował ledwie siedem miesięcy temu i błyskawicznie zdobył popularność. Autor pisze o samorządzie ze środka, z wiedzą i krytycznie. Wskazuje nieprawidłowości, pokazuje dobre wzorce, stawia celne pytania o to jak polską samorządność poprawić. W dyskusje włączają się setki użytkowników. W swoim pierwszym tekście tak pisze o idei przyświecającej temu profilowi:

„Pracownicy samorządowi. Jest nas ćwierć miliona i łączy nas kompletny brak przedstawicielstwa i sprawczości. Nie można być obojętnym na coraz bezczelniejsze zawłaszczania Wspólnoty. Bez nas nawet najlepszy wójt nie istnieje.”

Reklama

Dotarliśmy do autora tego profilu i porozmawialiśmy.

GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Dlaczego anonimowość?

URZĘDNICZO-SAMORZĄDOWE POGADUCHY: - Jestem czynnym zawodowo pracownikiem samorządowym, powiedzmy średniego szczebla, dość dobrze znanym na tym swoim terenie. Nie mam zaufania do tzw. włodarzy. Nie umiem przewidzieć ich reakcji.

Boi się pan, że wyrzucą pana z roboty?

- Oczywiście. Nawet moja żona nie wie, że to ja piszę. A też czyta. Czasami siedzi przy mnie i komentuje.

Musi pan mieć kamienną twarz.

- To trudne, rzeczywiście, bo ona się z większością moich opisów zgadza, więc moglibyśmy podyskutować. Jest bardzo emocjonalnie nastawiona do tej sytuacji jaka w tej chwili w naszym samorządzie panuje. Nie miałbym komfortu pisania, więc żona nie wie, dzieci nie wiedzą, wie tylko pies, bo czasami siedzi przy mnie, gdy piszę. Ale nie wiem, co sobie myśli.

Reklama

Pracuje pan w urzędzie czy jednostce podległej?

- Zostawmy to. Rejon Polski także. Pan do mnie dotarł, rozmawiamy, ale to niech czytelnikom wystarczy. Mogę jeszcze zdradzić, że byłem radnym, byłem też wśród kadry zarządzającej urzędu.

Czyli od wiceprezydenta w górę albo w zarządzie powiatu?

- Tak.

To było stowarzyszenie lokalne czy partia?

- Stowarzyszenie.

Już pan nie jest radnym. Zrezygnował pan czy nie został wybrany?

- Zrezygnowałem, gdy zobaczyłem, że władza zaczyna mi się podobać. Że już nie jestem ten pierwszy wśród równych, tylko mentalnie postawiłem się wyżej. Tego się przestraszyłem.

Reklama

Miał pan styczność z dziennikarstwem? Dobrze pan pisze.

- Miałem, ale z oczywistych względów nie mogę się wdać w szczegóły. Pracuję w administracji publicznej wiele lat, ale dużo pisałem. Były lokalne portale, radio, telewizja.

Nie rozpoznali pana w mieście po stylu?

- Pewnie byłoby im łatwo, ale ja to co piszę przepuszczam przez Chata sztucznej inteligencji, który zmienia styl. Napisałem sobie specjalnego prompta. Inaczej mogłoby to być zbyt charakterystyczne.

Bardzo wysoki ten poziom tajemniczości. Jakby pan żył w jakiejś dyktaturze.

Reklama

- Zdaję sobie sprawę, jak to brzmi, ale przecież pan też zna te reguły. To wszystko daje komfort pisania, choć z drugiej strony boli.

Zacząłem czytać pana profil pod koniec lata. Wie pan, kto mi go pokazał?

- Nie mam pojęcia.

Samorządowcy. Podsyłali z pytaniem: czytałeś? Widziałeś? Dobrze pisze, tak jest naprawdę. Oczywiście zawsze tak mówią tylko nieoficjalnie.

- Gdy zaczynałem pisać, myślałem, że standardy, które opisuję, dotyczą raczej mojego terenu.

Co się wydarzyło przed lipcem 2025 roku, że pan uruchomił ten profil?

Reklama

- Poziom frustracji był tak duży, że czułem potrzebę, żeby to z siebie wyrzucić. Zakładałem, że popiszę miesiąc, półtora, wentylek mi puści, ze dwieście osób przeczyta i mi przejdzie. Bo taki mam charakter, że muszę coś zrobić, żeby mi się oczyściło.

Skąd się wzięła ta frustracja?

- Narastała od ostatnich wyborów samorządowych. Liczyłem, że wreszcie coś w tym moim samorządzie terytorialnym się zmieni. Na lepsze. Doszli do władzy konkretni ludzie. Ekonomiści z doświadczeniem w branży komercyjnej, gdzie się zarabia, inwestuje, dba o każdą złotówkę i umie się ją pomnożyć. A tu pomyłka. Okazało się, że najważniejsza jest polityka i koalicjanci, a tych jest tak dużo, że potrzeba mnóstwo nowych stanowisk. Urząd się rozrósł, potworzono nowe funkcje, podzielono wydziały na mniejsze, by można było powołać nowych naczelników, potworzono stanowiska dyrektorów, zastępców, wzrosły koszty utrzymania urzędu. To mnie zabolało, bo ja naprawdę na poważnie traktuję samorząd jako wspólnotę. Kierowałem ludźmi, pracowałem w różnych miejscach i działania na rzecz wspólnoty są dla mnie istotne. Kiedyś na wsi udało mi się przekonać dzieci i ich rodziców-rolników i w kilka tygodni zrobiliśmy boiska, bieżnię, skocznię w dal. Sprzęt się znalazł, ciągniki, łopaty, siekiery i ludzie. Jeden z ojców „odlał” tysiąc metrów krawężnika. Babcie dzieciaków, które nie mogły pomagać fizycznie, przynosiły drożdżowe placki, herbatę w termosach. Chyba ze dwieście osób było zaangażowanych. Mam to w pamięci, to mój prywatny symbol, że jednak się da. Symbol prawdziwej WSPÓLNOTY. Ale niestety to się nie udało ogólnopolsko. Kiedyś zapytałem swoje dziecko, co dla niego oznacza „samorząd”. Odpowiedział, że to urząd i burmistrz. No nie, przecież to my wszyscy.

Reklama

Użył pan bardzo ciekawego sformułowania, że gdy był w kierownictwie urzędu „zaczęła mi podobać się władza”. Jak to konkretnie wyglądało?

- Wie pan, to nieskomplikowane. Nagle mam kierowcę, ten kierowca mnie wozi, przedstawiają mnie na wydarzeniach z imienia i nazwiska, sadzają w pierwszym rzędzie, jestem oklaskiwany. Uświadomiłem sobie, że przecież nie jestem inny, lepszy, ja tylko po prostu dzięki okolicznościom przypadkowo zostałem wyznaczony do pełnienia pewnej roli.

Woda sodowa panu uderzyła?

- W pewnym momencie tak, takie miałem wrażenie.

Reklama

Skąd się bierze taki bogobojny stosunek mieszkańców do władzy?

- Może z zaborów? Nie wiem, to tkwi w ludziach głęboko. W wyborach wszyscy kładą nam do głowy, że mamy równe głosy i jesteśmy tyle samo warci, a po wyborach okazuje się, że nie, że jest pan i władca i jest reszta.

Czyli to nie system samorządowy jest źle ustawiony, tylko kultura go degeneruje?

- Z coraz większą obawą piszę każdy następny tekst, bo zdaję sobie sprawę, że nasze prawo dotyczące samorządu nie jest aż takie złe. Ustawy ustrojowe, o pracownikach samorządowych, o finansach publicznych, o zamówieniach publicznych to dość przemyślane i spójne dokumenty. Może wymagające przeredagowania i dostosowania do obecnych realiów, ale nie całkowite buble, więc te patologie tkwią raczej w człowieku niż w systemie. Coraz więcej psychopatycznych zachowań w samorządzie, napisałem nawet tekst o psychopatii w samorządzie. To nie są odosobnione przypadki. No i dawniej nie było takiego partyjniactwa.

Reklama

Jak pan je rozumie? Bo często słyszę o upartyjnieniu samorządu, ale ono jest rozumiane bardzo specyficznie, jako udział partii. A z moich obserwacji wynika, że wszystkie ugrupowania działające w samorządzie to ugrupowania partyjne. W tym sensie, że stosują narzędzia polityczne, by zdobyć i utrzymać władzę.

- To panu odpowiem inaczej. Obserwuję komentarze pod tekstami, wiele osób do mnie pisze, z całej Polski, i wiele wspomina o partyjnych sieciach powiązań. Partie polityczne tworzą sobie zaplecze w samorządach: od sołtysów, kół gospodyń wiejskich, potem ci sołtysi i ludzie z KGW kandydują na radnych, potem do powiatu, do samorządowego województwa, w końcu do Sejmu. Wolnych strzelców na naszym terenie praktycznie nie ma, takich aktywistów z prawdziwego zdarzenia. Nie twierdzę, że sto procent samorządu w Polsce, wszystkich szczebli, działa źle. Wielokrotnie zaznaczałem to w swoich tekstach, ale też nie zdawałem sobie sprawy, że jednak to dość powszechny problem. Zaczynałem w czerwcu od zera, dziś mam 18 tysięcy obserwujących, więc ludzi to interesuje. Niestety.

Reklama

Spotkałem się z opinią, że jest pan głosem samorządowej opozycji.

- Co to znaczy?

Że wyraża pan opinie tych, którzy teraz nie są przy władzy. A jak dojdą, będą robić dokładnie tak samo, jak ci, którzy rządzą teraz.

- Nie sądzę. Nie aspiruję do władzy. Oczywiście niektórzy piszą, że na pewno mnie w ostatnich wyborach nie wybrali, że jestem sfrustrowany, ale zaznaczam: nie startowałem. Nie jestem sfrustrowany - że tak to ujmę - indywidualnie, jestem sfrustrowany jakością samorządu. Tym, że tracimy jeden z najpoważniejszych projektów, jaki się w III RP pojawił. Naprawdę myślałem, że to będzie wielki sukces. Jestem nie tylko praktykiem, ale mam też wykształcenie związane z samorządem, naprawdę po tylu latach jego „doświadczania” już się na tym znam.

Reklama

Ludzi zainteresowanych samorządem dzielę na prywatny użytek na trzy grupy. Pierwsza: wszystko jest dobrze, nic nie trzeba zmieniać. To dominujący głos samorządowców. Druga: zaorać i zbudować od nowa. To wielu aktywistów. Trzecia: system trzeba poprawić. Ma mnóstwo defektów, ale sam w sobie nie jest zły. Do której grupy by się pan zapisał?

- Trzeciej. Nie jestem ortodoksyjny. Żywię nadzieję, że samorząd można zreformować. Tylko do tego potrzeba więcej świadomości ludzi. Mieszkańcy nie mają świadomości, czym jest samorząd, czasami dziękują władzy wykonawczej, że im oddaje ich własne pieniądze w postaci inwestycji. W głowach mają wyobrażenie, że to wójt im dał. Wybudował. Jakby za swoje. I gdyby nie jego łaska, nic by nie powstało. I że to mieszkańcy już na poziomie poszukiwania kandydatów do obu władz muszą przeprowadzać ostrą selekcję. I na etapie wyborów też. Tylko do tego potrzebna jest wiedza, indywidualne zaangażowanie i wiara, że warto.

Z drugiej strony władze lokalne robią bardzo wiele, żeby aktywnych mieszkańców zniechęcić do tego, by się interesowali.

- Moja babcia, urodzona jeszcze w XIX wieku, mówiła, że dla władzy najlepiej, jak ludzie plebana całują na klęczkach w pierścień, mają wiedzę na poziomie zerowym i nie znają się świata. Wtedy łatwo nimi rządzić. Mnie świat - ten bliski i daleki - bardzo ciekawi. Umiem odnieść samorządową rzeczywistość do wzorca, który mam.

We wstępniaku na profilu napisał pan, że grupę samorządowych urzędników łączy całkowity brak przedstawicielstwa i sprawczości od 35 lat.

- To jest prawda.

Druga grupa, która działa w samorządzie i też nie ma żadnego przedstawicielstwa to…

- Radni?

Oczywiście. Skąd się to wzięło? Dlaczego obraz samorządu kreślą tylko wójtowie, burmistrzowie i prezydenci?

- Myślę, że kluczowe były wybory w 2002 roku, gdy wprowadzono bezpośredni wybór wójtów, burmistrzów i prezydentów. Wcześniej działały zarządy miast wybierane przez radnych, a burmistrz był przewodniczącym kolegialnego organu wykonawczego. Po 2002 roku jego pozycja bardzo się wzmocniła, jest praktycznie nieodwoływalny. Bo referenda, które od czasu do czasu gdzieś się próbuje zrobić, kończą się zwykle fiaskiem.

Z zasady premiują nieaktywność.

- Więc ci radni, o których pan pytał, są w dużej części bezradni. Niewiele mogą i niewiele robią. Do tego dochodzi brak wiedzy. Radni czasami w ogóle nie zdają sobie sprawy, jaką mają rolę do spełnienia, nie wiedzą nawet, że są od kontroli. Uważam, że to problem, który powstaje na etapie tworzenia list, na których znajdują się kandydaci atrakcyjni dla wójta czy burmistrza, a nie mieszkańców.

Pisze pan o rzeczywistości konkursów, a ja od samorządów ostatnio częściej słyszę: jakie ustawiane konkursy, po co, przecież ja nie mam chętnych do pracy, bo słabo płacę. To już nie te czasy.

- Nieprawda. Robimy teraz konkurs na stanowisko do naszego wydziału. Na jedno miejsce zgłosiło się 16 osób.

Może świetnie płacicie?

- Raczej nie. Samorząd to sfeminizowana profesja. Praca jest od poniedziałku do piątku, w określonych godzinach, pensja mała, ale wpływa systematycznie. I to jest jakoś tam „atrakcyjne”. Może są w Polsce miejsca, gdzie rzeczywiście brakuje chętnych do pracy w urzędach, ale to chyba nie mniejsze miejscowości. Rzeczywistość jest prozaiczna: zaczyna się nowa kadencja, ogłaszane są konkursy na sekretarza miasta, na dyrektora wydziału inwestycji, wydziału dróg, a w gazecie w informacji o tym konkursie w następnym akapicie padają nazwiska tych, którzy wygrają te konkursy. Często się pisze wymogi pod konkretną osobę. U siebie potrafię często po treści samego ogłoszenia o naborze wydedukować, kto ma wygrać.

W pana wpisach czuć tęsknotę za profesjonalizmem w samorządzie. Dobrze to odbieram?

- Tak. Na tym, co się robi, trzeba się znać.

To znaczy że urzędnicy, ta kadra średniego szczebla, nie są profesjonalistami?

- Podam przykład: pracuję w miejscu, gdzie pierwsza z brzegu osoba, nawet z innego urzędu, nie wykona dobrze obowiązków, bo nasza praca jest wyspecjalizowana. I teraz proszę sobie wyobrazić, że ludzie, którzy pracują tu 20-30 lat, dostają na stanowisko zastępcy dyrektora pana, który nie ma zielonego pojęcia o funkcjonowaniu tej jednostki. Podlegają jej dwa najważniejsze wydziały, a on poucza doświadczonych pracowników, jak mają pracować. A zaznaczam: nie ma o tym pojęcia. To upokarzające. I nie jest to odosobniony przypadek. Nie twierdzę, że to norma, ale mógłbym wymienić na swoim terenie kilka takich osób.

To oczywiście nominaci?

- Dokładnie.

O czym pan pisze, możemy przeczytać na profilu. A o czym piszą do pana ludzie?

- Korespondencji jest bardzo dużo. Nie wiedziałem, że stanę się poradnią życia samorządowego. Mnóstwo jest krzepiących słów, mnóstwo opisów konkretnych sytuacji. Ostatnio napisała do mnie pani, o tym, jak ją nękano. Ze dwadzieścia różnych podmiotów i osób próbowało ją przekonać, by wróciła do miejscowości, z której się przeprowadziła na wieś. Nawet jej dziecko traktowano gorzej niż inne, bo w nagonkę włączyła się szkoła, pedagodzy szkolni. Nie wiedziałem, że standardy upadły tak nisko. Kiedyś mieliśmy taką niepisaną zasadę, że kłócimy się, sprzeczamy, walczymy, ale nie ruszamy rodzin.

Nawet jeśli żona dostała robotę w urzędzie po znajomości?

- Takich sytuacji nie było, więc nie wiem, jakbym się zachował. Dziś brak zahamowań, metody są trochę terrorystyczne. Pachnie mafijnością.

Nie zastanawiało pana, dlaczego w Polsce nie ma silnego związku zawodowego pracowników samorządowych? Powstają czasami małe w urzędach, ale to jednostkowe przypadki. Pracowników samorządowych jest ze dwieście pięćdziesiąt tysięcy.

- Gdyby dołączył pan instytucje kultury, MOPS-y, PCPR-y, to pewnie drugie tyle. Problem w tym, że mamy dwa i pół tysiąca gmin, samorząd jest bardzo rozdrobniony. Do tego 360 powiatów i 16 województw. Myślę, że to główny powód. Są korporacje wójtów, burmistrzów prezydentów, starostów, a nie ma urzędników. Ani radnych. Widzę ten problem. Jeżeli nie zarzucę tego tematu i nasza społeczność będzie się rozwijała, w pewnym momencie stanie pytanie: co dalej? Co z tego, że powymachujemy sobie szabelką, poopisujemy tę niezbyt zadowalającą rzeczywistość? Było pięćset obserwujących, ale teraz jest osiemnaście tysięcy i przyrasta lawinowo. Wyświetleń jest pięć milionów, setki komentarzy, udostępnień, reakcji. Jeden z tekstów udostępniono 740 razy (!). Tam są bardzo różni ludzie, ale jedno ich łączy: zależy im na samorządzie. Może nie wszystkim. Może jest też grupa pieniaczy i krzykaczy, ale są w mniejszości.

Mają w stosunku do pana jakieś oczekiwania?

- Chyba tak. Były i takie głosy. Mam parę pomysłów i nie wiem, czy wkrótce nie podzielę się nimi z czytelnikami. Założyłem sobie, że rok będę pisał, więc na pewno do czerwca, potem chcę zrobić księgę samorządu oczami moich czytelników. Chyba bym wtedy musiał wyjść z cienia.

I zrezygnować z anonimowości.

- Przede wszystkim musiałbym powiedzieć żonie. Zobaczę, muszę to przemyśleć. Będę też apelował do czytelników, bo zbiorowa mądrość w tym przypadku jest niezastąpiona. Ktoś mi proponował, żeby wnieść Obywatelski Projekt Ustawy, ale do tego potrzeba stu tysięcy podpisów.

Trzeba mieć struktury.

- Anonimowo się nie da. Bardzo poważnie myślałem o Rzeczniku Praw Obywatelskich, on dysponuje prawnikami, gdyby mu podsunąć pewne spostrzeżenia dotyczące samorządu, może by wspomógł. Ale wszystko się tworzy, bo naprawdę nie przewidywałem, że to się przemieni w taką społeczność.

A propos księgi samorządu, o której pan wspominał: wypunktujmy czytelnikowi, co trzeba w samorządzie poprawić?

- Pierwsza i zasadnicza kwestia to próba stworzenie wspólnot samorządowych. Trzeba tak rozmawiać z ludźmi, by czuli, że mają wpływ. Może tak jak w Szwajcarii, gdzie decydują całą społecznością. Żeby ludzie uwierzyli, że to jest ich teren i że ich głos jest najważniejszy. Druga: edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja. Także, a może przede wszystkim wśród młodych, ale normalna, docierająca do człowieka. Kolejny element to wybory. Odpowiedni kandydaci, żeby wyborcy mieli świadomość, że należy poszukać, przynajmniej postarać się poszukać dobrych albo odrzucić w głosowaniu tych, którzy się nie nadają albo kompletnie nie znają. Paradoksalnie muszę panu powiedzieć, że nie mamy złego prawa, więc tego bym nie ruszał. Często próbuję znaleźć przykłady z innych krajów, już nawet nie sięgam daleko, tylko do Unii Europejskiej, i sprawdzam, co warto by było zapożyczyć. I jeśli chodzi o prawo, może mamy problem z jego stosowaniem, ale niekoniecznie jakością.

Pewnie słyszał pan ten cytat wiele razy: „Reforma samorządowa to najbardziej udana reforma po 1989 roku”. Zgadza się pan?

- Zaczynałem pracę w samorządzie w latach 90. i traktuję samorząd trochę jak swojego ojca i dziecko jednocześnie.

Z sentymentem?

- Bardzo dużym. W dzieciństwie mieszkałem w niewielkim budynku, gdzie było kilkanaście rodzin. Nie żyliśmy obok siebie, tylko z sobą. Tworzyliśmy - młodzi tego chyba nie zrozumieją - wspólnotę. Jeden mógł liczyć na drugiego, w złym momencie życia zawsze miał pewność, że ktoś do niego wyciągnie pomocną dłoń. Tak rozumiem samorząd. Fajnie by było, gdybyśmy o tym pamiętali, szczególnie w małych społecznościach, gdzie wszyscy się stosunkowo dobrze znają i jest jakieś społeczne lepiszcze. Kilka lat temu na naszej ulicy rowerzysta miał wypadek, przewrócił się, uderzył w zaparkowany samochód. Lato, pootwierane okna, huk. W oknach ruszają się firany, ale nikt nie wyszedł zobaczyć, co z chłopakiem. Pobiegłem sam. Może podaję zły przykład, ale pan rozumie, o czym mówię. Dlatego mam nadzieję, że jakieś zmiany i otrzeźwienie w samorządzie są możliwe. Inaczej bez sensu byłoby cokolwiek robić.

Rozmawiał Andrzej Andrysiak

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 15/02/2026 10:42
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Bolek - niezalogowany 2026-02-16 18:21:02

    Ma dosyć tych solidaruchów.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Bolek - niezalogowany 2026-02-16 20:50:21

    Mam dosyć solidaruchów.

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości