Reklama

Tajemnicze zaginięcie kobiety: „To niewyobrażalne. Czwarty dzień i nic? Rozpłynęła się w powietrzu?”

Drony, psy topiące, kilkudziesięciu strażaków, policjanci... Nic. W poniedziałek w poszukiwaniach radomszczańskie służby wspomogą ekipy z Łodzi i Częstochowy. Mieszkaniec: „Żeby nawet roweru nie można być odnaleźć? Jak to możliwe?”

Wieś Borowa w gminie Gidle. Google Maps pokazuje odległość: 22 kilometry od Radomska. Można dojechać przez Gidle, ale w Stanisławicach rozkopane, więc wybieram DK 91, potem przez Zawadę.

Wieś jest rozległa. Główna droga wyasfaltowana, na krzyżówce plakat - chyba już wyborczy - poseł PiS Anny Milczanowskiej. Od głównej drogi odchodzą prostopadłe w kierunku lasu. Przy jednej z nich mieszka z synem Zofia Makowska. Budynek nieokazały, obok sąsiedzi. Do ściany lasu kilkadziesiąt metrów. Wzdłuż niego polna droga, ciągnie się na kilka kilometrów, równolegle do drogi głównej. Z lesie kilka domostw. To najprawdopodobniej tu na jagody wyszła w piątek, 14 lipca, 70-letnia Zofia Makowska.

Reklama

Rozpytuję mieszkańców. Starsza kobieta, którą spotykam na głównej drodze, zatrzymuje się i schodzi z roweru: - Nie mogę tego pojąć. Tak zaginąć bez śladu? - głos jej drży, oczy się szklą. - Nie mogę o tym spokojnie myśleć. Jak to będzie?

Zofia Makowska miesza w Borowej od 40 lat. Przyjechała tu za mężem. Zmarł 12 lat temu.

- No to zna las na wylot? - pytam jednego z mieszkańców.

- Nie sądzę, raczej tylko obrzeża. Nie była stąd. Ja poznawałem za dzieciaka, wtedy najwięcej w głowie zostaje.

Kolejny opowiada, co się działo w piątek. Zofia Makowska wyszła na jagody około południa. Z niebieskim rowerem. Wieczorem poinformowano służby, że nie wróciła do domu, te zjawiły się po godz. 20. Przeczesywały las tyralierą aż do drugiej w nocy. W sobotę od rana i całą niedzielę.

Reklama

- Mieli profesjonalnego drona, pierwszy raz takiego widziałem. Przecież on nawet butelkę zobaczy, a co dopiero człowieka – mówi mieszkaniec. - Ona bardzo słabo widziała, pogorszył się jej ostatnio wzrok, źle też słyszała. Chodziła przygarbiona. No to może i coś tam się w lesie stało, jakaś nagła choroba, wylew... Ale przecież dron by odnalazł. A tu nic. A niechby jeszcze co gorszego, jakiś napad albo co - spekuluje - to przecież chociaż rower by odnaleźli. A tu ani śladu.

Policja sprawdza nie tylko dukty i las, ale też bierze pod uwagę inne warianty. Może Zofia Makowska gdzieś pojechała? Może miała wypadek? - Policjanci wraz ze strażakami, rodziną oraz mieszkańcami przeszukują tereny leśne, sprawdzają, gdzie mogła pojechać pani Zofia. Rozpytujemy mieszkańców - mówi Aneta Wlazłowska z Komendy Powiatowej Policji w Radomsku. - Sprawdzamy szpitale, placówki medyczne. W działaniach korzystamy z dronów, psów tropiących quadów. Zabezpieczyliśmy nagrania z monitoringu, które są teraz analizowane przez policjantów. Być może one dadzą nam wskazówki do dalszych poszukiwań.

Reklama

Zofia Makowska w chwili zaginięcia ubrana była w niebieski fartuch w kropki, czarny sweter i buty typu bambosze. Ma siwe włosy do ramion i chodzi przygarbiona.

 

 

 

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości