Czy ulegamy psychozie? Niby się śmiejemy, niby żartujemy z koronawirusa i pukamy w głowę, kiedy ktoś znajomy mówi, że zrobił zapasy. A jednak w supermarketach kolejki do kas, wózki wyładowane po brzegi, a towar znika z półek. Czy przypadkiem nie nakręcamy się wzajemnie? I niepotrzebnie

W dzisiejszym numerze Gazety koronawirusowi i temu, co do tej pory w związku z nim wydarzyło się w Radomsku, poświęcamy dużo miejsca. Bo temat jest ważny. Informujemy, bo wiedza jest ważna, na bieżąco podajemy sposoby zachowania, tak, by być bezpiecznym.
Jednak dzień po tym, jak premier ogłosił, że przez dwa tygodnie zamknięte będą szkoły, przedszkola, żłobki, domy kultury, teatry, muzea i obiekty sportowe, atmosfera w mieście jest napięta.
Kilka minut po 7 rano na ulicach spokój. Nie trzeba odwozić dzieci do szkoły, można spokojnie dojechać do pracy. Wolnych miejsc parkingowych wszędzie sporo.
Ok. 9 w centrum może kilku przechodniów. - Nigdzie nie ma mąki - słyszyę fragment rozmowy dwóch kobiet, które przechodzą odnowionym fragmentem Reymonta.
Na Targowicy jednak ruch, choć stoisk jakby mniej niż zwykle. W sobotę i niedzielę Targowica będzie już zamknięta. Oczywiście, zagrożenie koronawirusem. Na razie nikt się nim nie przejmuje. - Przyszedł pan zobaczyć jak jest i napisać w Gazecie? - rozpoznaje mnie jeden ze sprzedających. - Szaleństwo - nie daje mi dojść do słowa, nabrał tylko oddechu: - Kasza, mąka, groch, ryż - wylicza jak karabin maszynowy. - Wszystko wykupują. A tam niech pan zobaczy jaka kolejka do ryb.
Odwracam się. Kilkadziesiąt metrów dalej rzeczywiście sporo osób czeka w ogonku. Zresztą kolejek na rynku więcej. - Mięso też wykupują - słyszę od sprzedawcy, który już gdzieś biegnie.
Tak, przy produktach spożywczych sporo klientów, przy ubraniach może kilka osób. Priorytety zupełnie inne. - A pani się nie boi, prawda? - łamaną polszczyzną ze wschodnim akcentem mówi do klientki mężczyzna, który szuka odpowiedniego rozmiaru legginsów.
- Powariowali, wszystkich trzeba było by zamknąć wszystko chyba - komentuje kobieta na stoisku z firankami. Sprzedające obok niej powoli chowają towar. Nie mają wielkich nadziei na duży utarg. Kilka stoisk dalej kobieta mówi do klientki, że jak tak dalej pójdzie, to strach będzie do autobusu wsiąść.
Zawsze zakorokowane w czwartek rondo na Targowej też zastawione autami, ale jednak jadą. To ci, którzy już mają zapasy w bagażnikach.
Parking przed supermarketem przy Jagiellońskiej pełny. Cztery kasy czynne i do każdej kolejka. Ludzie mają pełne wózki. Widać zgrzewki wody, zgrzewki cukru czy mąki, w jednym sześć chlebów. Albo duża rodzina, albo do zamrożenia. Kto zje tyle w ciągu kilku dni?
Klienci kupują to co w puszkach, co można schować w szafce i długo przechowywać. Na regałach towar jest, ale widać, że pracownice mają co robić, żeby nie było dziur. Dokładają tam gdzie brakuje.
W kolejce do kasy ludzie stoją blisko siebie, tak jak zawsze. Robią zapasy, bo nie wiedzą czego się spodziewać, ale o zasadzie półtora metra odległości chyba nie słyszeli.
I jeszcze kolejki do bankomatów. Po mieście rozeszła się wieść, że niedługo zabraknie gotówki w bankach i co wtedy? Lepiej mieć pieniądze w domu, na wszelki wypadek. Tylko ile? Czy kilka tysięcy złotych wystarczy? Lepiej mieć więcej, niż miałoby zabraknąć.
Tylko co i gdzie za nie kupić, jeśli zamkną supermarkety? We Włoszech już zamknęli. To pewnie u nas też zamkną - można usłyszeć w różnych rozmowach.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze