Marek Wróbel, ale radomszczanom bardziej znany jako Mareczek, obchodzi dzisiaj imieniny. Na pewno bardzo ucieszą go Wasze życzenia.
Mareczek jest jak ikona miasta, można powiedzieć jak Kinema i ratusz, tylko w żywej postaci. Jest od zawsze, jest wszędzie i wszyscy go znają. A już na pewno on zna wszystkich. Nie sposób nie lubić jego charakterystycznego sposobu bycia, jego uśmiechu i tego, że ma "swoich ludzi". Pamięta imiona, pamięta członków Waszych rodzin i na pewno zapyta o nich z troską w głosie.
Raz przemierza radomszczańskie ulice sam, kiedy indziej z Ilonką. Lubi rozmawiać i nie przepuszcza żadnej okazji, żeby sobie pogawędzić. W naszej redakcji czuje się jak u siebie w domu, a my bardzo chętnie go gościmy.
A dzisiaj, z okazji imienin, życzymy mu wszystkiego najlepszego i mnóstwo zdrowia.
O Marku i jego mamie w czerwcu 2016 roku popełniliśmy taki tekst. Warto przeczytać, zachęcamy do lektury.
Marek. Dla wielu Mareczek. Uśmiechnięty, szczupły blondyn z Przedborskiej. Znamy go chyba wszyscy. Przynajmniej tak nam się wydaje. Bo i mnie się tak wydawało do chwili, kiedy uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, jak ma na nazwisko. Ile ma lat. A państwo wiecie? Nadrabiamy zaległości. Bo trochę wstyd nie wiedzieć takich rzeczy o koledze.
Marek jak co czwartek wpada do naszej Gazety. Serdecznie po imieniu wita się ze wszystkimi. Zagaduję, czy chciałby ze mną porozmawiać, ale tak bardziej oficjalnie. Zgadza się bez wahania. Widać, że się cieszy. Często pyta nas zresztą, kiedy jego zdjęcie będzie w Gazecie. Zanim jednak porozmawiam z Markiem, chcę dotrzeć do jego mamy. Do tej pory znam ją tylko z opowieści. Wiem, że z nią mieszka. Słyszę od ludzi życzliwych Markowi, że jest jej bardzo oddany. Przypominam sobie też zdarzenie z końca maja. Spotykam Marka przypadkiem na placu 3 Maja. Pędzi do mnie z przystanku, gdzie czekał na autobus. Jak zawsze pyta, kiedy będzie w Gazecie, ale nie tylko.
- Wiesz, dzisiaj jest 26 maja. Dzień Mamy. To bardzo ważne święto. Złożę mojej mamie życzenia, wiesz - słyszę.
Myślę sobie wtedy, że bardzo chciałabym ją poznać. Ciekawi mnie, jak wygląda. Jaka jest? Czy Marek jest do niej podobny? Kiedy już na dobre postanawiam o Marku napisać, dostaję od niego numer telefonu do pani Sabiny. Dzwonię. W słuchawce miły głos.
- Chce pani napisać o Marku? No tak, jego zna cała Polska i pół Ameryki - żartuje pani Sabina.
Umawiamy się na spotkanie. Okazuje się, że Marek mieszka blisko naszej redakcji. Później dowiem się, że pani Sabina bardzo obawiała się tej rozmowy. Zastanawiała się, co powiedzą ludzie. Zastrzegała, że ani Marek, ani ona naprawdę nie szukają rozgłosu. I czy warto pisać taki artykuł. Z pomocą dobrych ludzi udało się ją jednak na rozmowę namówić.
Pukam do drzwi mieszkania w kamienicy na Przedborskiej. Głośno gra radio. Drzwi otwiera starsza pani. Wita serdecznie. Zaprasza do pokoju. Marek siedzi przy stole. Właśnie wrócił z dializ. W szpitalu spędził kilka godzin. Trzyma jeszcze opatrunek na ręce. Uśmiecha się.
- Cześć, Jola - on też wita serdecznie.
I tyle. Jak nigdy Marek prawie się nie odzywa. Słucha. Jest chyba przejęty całą tą sytuacją. Okazuje się też, że spotykamy się w przeddzień 45. urodzin Marka.
Marek Janusz Wróbel - bo tak brzmią jego pełne imiona i nazwisko - przyszedł na świat 9 czerwca 1971 r. w Końskich. Dopiero kiedy słyszę, ile Marek ma lat, dostrzegam u niego zmarszczki koło oczu. Rzeczywiście, Marek nie jest kilkunastoletnim chłopcem, jak wielu się wydaje. Dziś jest już dorosłym mężczyzną, a czas płynie dla niego nieubłaganie. Tak samo jak dla nas wszystkich. Bez taryfy ulgowej. Wróćmy jednak do początku. Był wcześniakiem. Urodził się w siódmym miesiącu ciąży.
- Skarbie, on ważył tylko kilo siedemdziesiąt. Był taki malutki - ciepło opowiada jego mama.
Pochodzą z miejscowości pod Przedborzem. Do miasteczka mieli 2 kilometry. Kiedy przyszedł czas, Marek, jak wszystkie dzieci, poszedł do szkoły podstawowej. W Sokolej Górze. Tam zbadał go psycholog. Później były i inne badania. Okazało się, że musi uczyć się w szkole specjalnej. I tak trafił do Radomska. Najpierw mieszkał w internacie. Mama dojeżdżała do pracy do - jak to się wtedy mówiło - „Komuny”. Później na dobre przeprowadzili się do Radomska i zamieszkali na Przedborskiej. Są tu od 35 lat. Marek ma też dwie siostry. Jedna mieszka daleko od Radomska. Tata zmarł przed jego urodzeniem.
- Gdyby Marek urodził się w normalnym czasie, może byłoby inaczej - zastanawia się pani Sabina. - Cóż, czasu się nie cofnie. I trzeba cieszyć się każdym dniem - dodaje po chwili z uśmiechem, jednocześnie podaje Markowi chusteczkę do nosa.
- Widzi pani, chodzi po mieście i się przeziębił - tłumaczy, a w głosie słychać taką zwyczajną matczyną troskę. Kiedy proszę o to, bym mogła zrobić im wspólne zdjęcie, pani Sabina najpierw nie jest przekonana do tego pomysłu. Potem jednak siadają obok siebie. Mama trochę z zadziornością mierzwi Markowi włosy. Dużo w tym czułości. Raz po raz naszą rozmowę przerywa też dzwoniący telefon. Pani Sabina odbiera i mówi kategorycznie.
- Mam teraz gościa. Zadzwoń później.
Wracamy zatem do naszej rozmowy.
Dziś Marek zna Radomsko wzdłuż i wszerz. Kiedyś było jednak inaczej. Przeprowadził się do Radomska z niewielkiej wsi. Dla niego to było bardzo duże miasto. Pytam panią Sabinę, jak się tu odnalazł. Czy bała się, że Marek może się po prostu zgubić? Nie mogła przecież zawsze prowadzić go wszędzie za rękę. Całkiem sprawny człowiek, który nie zna miasta, też miałby pewnie kłopoty. A jak w nowej sytuacji odnalazł się Marek?
- Rzeczywiście gubił się, ale tylko na początku. Przez dwa, trzy lata. O Boże, czasami strasznie się o niego bałam. Byłam w pracy i myślałam, czy on się gdzieś nie zgubił. Myślałam, co się z nim dzieje, co on robi, co zrobić, żeby go ktoś nie zaczepił - opowiada.
Tak na dłużej Marek zgubił się jednak tylko raz. Miał wtedy 15 lat. Nie było go kilka dni. Pani Sabina szukała go na wszystkie możliwe sposoby.
- Zapamiętam to do śmierci. Mija sobota, niedziela, jego nie ma. Chodziłam wszędzie, szukałam go. Wreszcie go znalazłam. Obok kościoła. Poznałam go po głosie. Wie pani, tam takich czterech gówniarzy, przepraszam za wyrażenie, ale inaczej nie mogę, wzięło go w kółko. Zaczepiali go. Boże, mówię pani, jak zobaczyłam tę scenę, to myślałam, że ich rozerwę. On się tak bronił, a oni go podszczypywali. Doszłam do nich i ta czwórka się rozpierzchła na cztery strony. Wróciliśmy do domu - opowiada.
Czas płynął, a Marek dorastał. Zaczął też po swojemu poznawać miasto. Poznawać ludzi. A świata był bardzo ciekawy. I tak rozpoczęły się jego dłuższe i krótsze spacery. Mama tych jego wycieczek wciąż się jednak obawiała. Posuwała się czasem nawet do forteli, żeby go w domu zatrzymać. Dawała mu na przykład do prucia sweter. Nic to. To, co za oknem, było dla Marka znacznie ciekawsze. Wychodził. Kiedy drzwi były zamknięte, wychodził przez okno. Było o tyle łatwo, że mieszkają na parterze. Zapuszczał się w coraz dalsze rejony. Polubił Radomsko, a Radomsko polubiło Marka. Świat przynosił jednak i wiele pokus. I w takich przypadkach zdarzały się sytuacje, w których Marek wcale nie miał taryfy ulgowej.
- Kiedyś przyszłam z pracy i czuję, że w domu strasznie śmierdzi papierosami. Patrzę, a on ma pół paczki papierosów w kieszeni. Pomyślałam sobie: „O ty, skubańcu, ja ci dam papierosy!”. Wyrzuciłam do pieca. Od tej pory mogę pani powiedzieć z ręką na sercu, że Marek nie pali. Przyznam, że wcześniej się o niego bałam, żeby nie palił, nie pił, żeby nie wpadł w jakieś towarzystwo. Bo ludzie mogli go naprawdę łatwo wykorzystać - opowiada.
W złe towarzystwo nie wpadł. A wręcz przeciwnie. W codzienności zaczął szukać tego, co w niej dobre, ciekawe. Zawsze też, może nawet trochę intuicyjnie, na swój sposób, potrafił odróżnić dobro od zła.
- Marek nikomu nie ubliża, nikomu nie dokucza. Czasem się z tego śmieję, kiedy on wszystkim - czy zna, czy nie zna - mówi „cześć”. Pytam wtedy: „Marek, skąd ty znasz tego pana?”. No co mam zrobić. On jest, jaki jest - śmieje się pani Sabina.
Z czasem też Markowi przestało wystarczać Radomsko. Chciał zobaczyć, jak jest gdzieś dalej. Wracał również chętnie w swoje rodzinne strony. Kilka lat temu łapał stopa na drodze z Przedborza. Wtedy zatrzymałam się ja. Nie byłam jednak chyba wyjątkiem. Bo w ten sposób podróżował nie pierwszy raz. Wybierał też i inne środki lokomocji.
- O tak. On wsiada w czerwony autobus, w niebieski. Jedzie na Przedbórz. Gdzie się tylko da. Zna chyba wszystkich kierowców - opowiada pani Sabina.
- Lubię jeździć autobusami. Znam kierowców - wreszcie w naszą rozmowę włącza się i Marek.
Bo to chyba znany też wszystkim radomszczanom obrazek. Marek gdzieś z przodu autobusu. Podróżujący od pierwszego do ostatniego przystanku.
Marek przez lata zaskarbił sobie sympatię wielu ludzi. Dziś trudno chyba sobie wyobrazić sytuację, że ktoś mógłby mu dokuczać czy na niego nakrzyczeć. Bardziej można sobie chyba wyobrazić, że ktoś stanie w jego obronie, jeżeli Markowi działaby się krzywda. Jest jednym z nas. Może jest troszkę słabszy, ale czasem swoim systemem wartości zawstydza silniejszych. Tych w pełni zdrowych, sprawnych. Jak mówi jego mama, dla Marka coś jest albo czarne, albo białe. Nie potrafi kombinować i szukać szarości. Coś jest albo dobre, albo złe. O tym, że dotrzymuje słowa, można przekonać się w zupełnie prozaicznych sytuacjach. Jeżeli mówi, że będzie gdzieś o godz. 9.00, to jest o godz. 9.00. Nie spóźnia się. Oczekuje też tego od innych. Przekonałam się zresztą o tym na własnej skórze, kiedy już obiecałam, że o nim napiszę. Za każdym razem, kiedy się spotykaliśmy, pytał o konkretny dzień i godzinę moich odwiedzin. Do tego dostosowywał też swój kalendarz. Pędził z dializ, żeby być w domu, kiedy przyjdę. Marek jest też bardzo ufny, a przy tym czasem bezbronny.
- Tłumaczę mu: „Dziecko, nie znasz ludzi”. Wie pani, boję się, że czasem ludzie mogą go oszukać, okłamać, a on nie będzie zdawał sobie z tego sprawy - mówi pani Sabina.
Pytam zatem, czy Marek ma takich prawdziwych przyjaciół. Ludzi, na których może liczyć.
- Trudno mi powiedzieć. Ja od ponad dwóch lat nie wychodzę z domu. Jestem po operacji. Walczę z kilkoma chorobami. Są dni, kiedy trudno mi chodzić nawet po domu - mówi pani Sabina.
Mimo słabości prawdziwym przyjacielem Marka jest na pewno jego mama. Widać to w każdym jej geście, w spojrzeniu. Potrafi być surowa, ale i sprawiedliwa. A Marek tę miłość odwzajemnia najlepiej jak potrafi. Stara się pomagać. Z uśmiechem pokonuje swoje słabości. Najbardziej lubi robić zakupy.
- Muszę mu tylko napisać dokładnie na kartce, co jest mi potrzebne. Nie zlecam mu jednak dużych zakupów, bo mogą być ciężkie. Marek zawsze przyniesie to, co mu napisałam na kartce - słyszę.
Pani Sabina wie też, że zna go, jak nikt inny. Pytam zatem, co Marka najbardziej cieszy.
- Jego trzeba chwalić. On bardzo lubi być chwalony. Kiedy ktoś go pochwali, to jest wniebowzięty - odpowiada.
Marka często spotykam też w kościele. Jesteśmy z jednej parafii. Siada z tyłu. W ostatnich ławkach. Głośno śpiewa. Zawsze idzie też do komunii. Ma wszystkie potrzebne sakramenty.
- Tak. Marek się modli. W tamtym roku, w styczniu, miałam operację. Zamówił za moje zdrowie mszę w kościele św. Lamberta. Ja nie mogę wyjść do kościoła, nawet gdybym chciała. On do kościoła chodzi często. Zawsze w środę i w sobotę. W środę przychodzi z dializ, a wtedy jest msza do Matki Bożej. Mówię mu czasem: „Dziecko, siedź w domu”. A on i tak ubiera się i idzie. No to ja już mu wtedy nie przeszkadzam - opowiada pani Sabina.
- Ja chodzę cały rok - dodaje Marek.
Jest też podopiecznym Wspólnoty „Betel”, która skupia rodziny z niepełnosprawnymi dziećmi, ale też ludzi dorosłych. W ostatnią niedzielę w Eko-Ogrodzie, jak zawsze w czerwcu, wszyscy spotkali się z biskupem Antonim Długoszem. Była msza św., a później wspólna zabawa. Pytam o Marka marzenia. Ma takie?
- Nie, Marek nie ma żadnych planów, marzeń. Żyje każdym dniem - mówi stanowczo pani Sabina.
Na ile potrafi, stara się być też samodzielny. Kiedy nie musi, nie szuka pomocy innych. Stara się sobie radzić.
- Muszę mu jedynie uszykować jedzenie. Sam się ubierze, umyje. Czasem trzeba go tylko przy tym przypilnować - opowiada pani Sabina.
Marek toczy też jeszcze jedną walkę. Walkę o zdrowie. Dawniej na dializy jeździł do Bełchatowa. Od kiedy można je robić w Radomsku, korzysta na miejscu.
- Zabrałam dokumenty i przeniosłam go tutaj - mówi pani Sabina.
Marek dializowany jest od dziewięciu lat. Na dializy chodzi trzy razy w tygodniu. W poniedziałki, środy i piątki. W szpitalu spędza po kilka godzin. Dializy to stały punkt jego kalendarza, a jak wygląda taki przeciętny, zwykły dzień?
- Tak, jak dziś. Marek wstaje zazwyczaj o dziewiątej. Daję mu śniadanie. I wychodzi. Teraz już się o niego nie martwię. Wiem, że wróci. Chodzi po Radomsku. Ma swoje miejsca. Przychodzi potem do domu i ja pytam jak zawsze, czy będzie jadł. A on często mówi, że nie, bo jest po obiedzie. Zdarza się tak, że ktoś go poczęstuje. Ludzie go poznają. A on bardzo się z tego cieszy - mówi pani Sabina.
Opowiadam jej też o mojej rozmowie w Dniu Matki.
- Marek zawsze pamięta. O imieninach, o urodzinach. Z okazji Dnia Mamy dostałam od niego taką elegancką szklankę i czekoladę - opowiada.
Zdaje sobie też sprawę z tego, że tylko ona potrafi zrozumieć Marka jak nikt inny. - Ktoś obcy niekoniecznie, a ja się z nim zawsze porozumiem. Zawsze wiem, o co mu chodzi. Ja już po minie widzę, że coś się stało, że coś jest nie tak. Wtedy jest taki smutny. Widzę to od razu, kiedy tylko przekroczy próg domu. Jest przygnębiony. Od razu go o to nie pytam. Czekam. Rozmawiamy na drugi dzień. Kiedy trochę ochłonie, to opowie. Naprawdę można z nim porozmawiać. A dziś jako matkę, to najbardziej martwi mnie ten jego stan zdrowia, głównie chodzi o nerki. Nie wiem, co będzie - martwi się.
Wracamy jednak do rzeczy, które życiu Marka nadają barw. Pytam, co sprawia mu radość. Mówi, że teraz czeka z niecierpliwością na Dni Radomska, lubi chodzić do parku, na mecze. Słucha radia, ogląda telewizję.
- Najbardziej lubię sport. „M jak miłość”, NTL, filmy - wylicza Marek.
Lubi też śpiewać. Wielką przyjemność sprawia mu też dobre jedzenie.
- Bardzo lubię barszcz z uszkami, pyzy, pierogi, gołąbki, zalewajkę - wylicza.
- Chyba nie ma rzeczy, której on nie lubi jeść - dodaje ze śmiechem pani Sabina.
Prawie na koniec naszej rozmowy Marek wreszcie trochę się rozgaduje. Emocje puściły. Opowiada, jak bardzo lubi chodzić na bazarek przy ul. Żeromskiego. Znają go tam wszyscy. W czwartki i w niedziele zagląda na targowicę. W każdy czwartek wdrapuje się również do naszej Gazety. Wyłączam dyktafon. Żegnam się z Markiem, z panią Sabiną. Już przy wyjściu starsza pani zatrzymuje mnie jednak na chwilę.
- Wie pani, że jeżeli w tym, co pani chce napisać, Marek będzie obśmiany, to inaczej sobie porozmawiamy - mówi, może nieco żartując, ale stanowczo. Obiecuję jej, że zrobię wszystko, aby o Marku napisać prawdziwie, a więc dobrze. Zapewniam ją też, że jeżeli nie dotrzymam słowa, będzie mogła urwać mi głowę.
I na koniec jeszcze kilka słów od ludzi, którzy Marka znają dłużej niż ja. Jak jeden mąż wszyscy wypowiadają się o nim ciepło i z sympatią.
Mirosława Łęska, pedagog, mieszkanka ul. Przedborskiej: - Mareczka zna większość radomszczan. Prawie zawsze uśmiechnięty, zagadujący, gotowy do rozmowy, nie krępujący się poprosić o coś, czego akurat potrzebuje, ale nigdy nie nachalny, nie narzucający się. Ktoś, kto nie wie o nim nic, mógłby pomyśleć na podstawie jego ciągle dobrego humoru, że jest to człowiek, który nie odczuwa żadnych trudności ani smutków. To nie byłby sąd prawdziwy. Mareczek wydaje się jednak być ponad swoimi problemami zdrowotnymi, ponad troskę o mamę, o rodzinę. Zwycięża w nim radość i potrzeba dobrych kontaktów ze wszystkimi. Myślę, że uczy nas przykładem swojej uśmiechniętej twarzy. Jest dobrą twarzą naszego miasta.
Janusz Kucharski, dziennikarz Gazety Radomszczańskiej: - Mareczek? Już z daleka woła: „Janusz, cześć! Napiszesz mi? A kiedy?”. „Jak zawsze, Marek, w czwartek” - tak mniej więcej wygląda początek każdej naszej rozmowy. Zawsze uśmiechnięty i wszędzie go pełno. Spotykam go w każdej części miasta, ale są takie miejsca, gdzie szanse na spotkanie z nim są zdecydowanie większe. Ci, którzy go znają, też pewnie wiedzą, co to za miejsca. Kiedy z nim rozmawiam na ulicy, prawie na pewno któryś z przechodniów go rozpozna i przywita się z nim. Albo on się do kogoś uśmiechnie i o coś zapyta. Marek to bardzo zajęta osoba. Właśnie robi zakupy albo idzie opłacić rachunki. Ostatnio chodzi coraz wolniej, ostrożniej, coraz bardziej narzeka na zdrowie. I chyba częściej się zamyśla, a jego twarz jest wtedy poważna, nawet smutna. Nie wyobrażam sobie Radomska bez niego. On jest jak fontanna albo kościół Lamberta. Był tu od zawsze i zawsze będzie.
Gabriela Szczygłowska, szefowa Wspólnoty „Betel”: - Marek to człowiek o dużej sile woli, która pozwala mu pokonywać trudności, problemy dnia codziennego. Wielu myśli, patrząc na jego zawsze uśmiechniętą twarz, że to beztroski człowiek. To jednak człowiek, który bardzo kocha swoją mamę, bardzo troszczy się o najbliższych i ma wielką, wielką wolę życia.
Pan Roman, kupiec z targowicy: - Przyjdzie, uśmiechnie się, zawsze się przywita. Taki dobry chłopak. Uważnie słucha, co się do niego mówi. A jak się cieszy, kiedy coś dostanie. Przyznam, że kiedy długo nie przychodzi, zaczynam się o niego martwić i czekam, kiedy przyjdzie. Oddycham z ulgą, kiedy po dłuższej nieobecności z daleka krzyczy do mnie „cześć”.
Pani Sabino, chyba dotrzymałam słowa...
Jolanta Dąbrowska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze