Fascynaci, społecznicy, pasjonaci - ludzie, dzięki którym Radomsko jest lepsze. Czasami wystarczy, że są wśród nas. Działają, starają się, są aktywni. Półtora roku temu na święta bożonarodzeniowe stworzyśmy Listę Dobrych Ludzie. Dziś jej wydanie drugie, uzupełnione i poprawione.
Katarzyna Chybała
Prezes i współzałożyciel Stowarzyszenia Osób, Rodziców i Opiekunów Osób Niepełnosprawnych.

Koniczynka to jedna z prężniejszych organizacji pozarządowych w mieście. Powstała w 2011 roku. Skrzyknęły się wtedy matki dzieci niepełnosprawnych, by coś zrobić, by zapewnić swoim dzieciom lepszą opiekę. Integruje, promuje, przybliża problemy dzieci niepełnosprawnych w środowisku lokalnym.
Koniczynka - dzięki pomocy sponsorów - uruchomiła w budynku szpitala Centrum Terapii. Zajęcia w części są płatne. Centrum to kilka sal: rehabilitacja, biofeedback, gabinet lekarski, sala sensoryczna, świetlica, hydroterapia, sala doświadczania świata. Koniczynka przyznaje co roku swoim przyjaciołom odznaki.
Mareczek (Marek Wróbel)
Człowiek, którego znają wszyscy radomszczanie i nie tylko radomszczanie, ale niewielu wie o nim coś więcej, niż tylko to, że pełno go wszędzie i że ze wszystkimi się wita i rozmawia. A Marek zna chyba wszystkich. Człowiek, bez którego to miasto nie byłoby takie samo.

W Radomsku znają go wszyscy. Pewnie nie tylko w Radomsku. Wszędzie jest pełno. Wychodzi rano z domu i odwiedza swoich znajomych. A ma ich wszędzie. Na ulicy często słychać, jak do tej czy innej kobiety, tych młodszych, mówi: córka, jak się masz? Pamiętasz o mnie? Przyjdziesz?
Nie pamiętam, żebym był świadkiem sytuacji, w której ktoś by się na niego za to gniewał. Może troszkę się odganiają, jeśli się gdzieś spieszą. Ale i tak robią to miło, bo dla Marka nie można być nieuprzejmym. Dla kogoś, kto pamięta jak masz na imię? - Dla mnie to fascynujące, że on wszystkich pamięta i zna z imienia - dziwi się radomszczanka. - Mało tego, pamięta kto kiedy ma urodziny czy imieniny. Często to on pierwszy składa życzenia. Bez niego to miasto nie byłoby takie samo.
To osoba, która z pewnością jest pozytywnie zakręcona. Chce być potrzebny i ważny. Temu zrobi zakupy, komuś innemu „skoczy” do apteki zrealizować receptę. A w czwartek przyniesie Gazetę Radomszczańską. Ktoś może powiedzieć, że to wyręczanie się niepełnosprawnym człowiekiem i jest naganne. Marek nie ma z tym problemu. Lubi to. I jest niezwykle sumienny. Rozliczy się co do grosza. Ma swoją fryzjerkę, której jest wierny od lat. Kiedy od niej wraca, chwali się: zobacz jaki jestem ładny chłopak. Ładny jestem, co? Czeka na komplementy, a kiedy je usłyszy, uśmiecha się jeszcze szerzej.
Znają go kierowcy autobusów, tych miejskich i tych PKS. Do legendy przeszła już historia, kiedy to Marek pojechał autobusem do Warszawy, a na miejscu gdzieś zniknął. Kierowca rozglądał się nerwowo, czy nie nadchodzi, zbliżała się godzina odjazdu. Nie przyszedł, a on musiał ruszyć. Kiedy dojechał do dworca w Radomsku, zobaczył Marka. Ten wszedł do autobusu i obsztorcował go: gdzie ty byłeś, wiesz, że ja tu na ciebie czekam, a ty masz 20 minut spóźnienia? Tak. Z Markiem żartów nie ma. Bo i potrafi się zdenerwować, obrazić. A kiedy widzi, że masz gorszy dzień, pyta: gniewasz się na mnie? Przecież mnie lubisz, prawda? Lubisz mnie - znowu się śmieje. I zaraz zaprasza do kościoła św. Lamberta, gdzie niedługo zagra w Jasełkach przygotowywanych co roku przez wspólnotę Betel. Zaprosi wszystkich i pochwali się, że będzie królem. Chyba, że w tym roku dostanie inną rolę.
To ta jaśniejsza strona Marka. Jest i ta ciemna. Marek choruje. Poważnie. Są dni, kiedy jest mu trudniej niż zwykle spacerować po mieście. - Do lekarza idę, wiesz? - oznajmia z rana. - Na 14 - zaznacza. - Nogi mnie dzisiaj bardzo bolą - skarży się. Ale ze spotkań ze „swoimi ludźmi”, tak nazywa swoich znajomych: moi ludzie, nie rezygnuje.
Andżelina Chodorek
Prezes Radomszczańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, założycielka Kociej Arki.

Obecnie na emeryturze, wcześniej pracowała jako położna. Kiedyś planowała nawet studia weterynaryjne, ale życie potoczyło się inaczej. Zwierzętom poświęciła się na całego, kocha je i boli ją krzywda zadawana im przez ludzi. Gdzie i jak tylko może, walczy o ich dobro i poprawę losu.
Wiele lat temu podczas wieczornych spacerów ze swoim psem zauważyła, ile jest bezdomnych zwierząt. Koty i psy się wtedy uaktywniały, krążyły koło śmietników. Postanowiła im pomagać. Jest współzałożycielką i prezesem RTOZ. Towarzystwo powstało w 2002 roku i od tego czasu nieprzerwanie nim kieruje.
Na działalności w towarzystwie nie poprzestała. W 2008 roku założyła Kocią Arkę Noego. Wynajęto lokal, by znaleźć miejsce dla kilkudziesięciu kotów. Skupiła wokół siebie kilka osób, którym los czworonogów nie jest obojętny i razem z nimi wspólnie działa. Wśród nich są i takie, z którymi współpracuje od 17 lat.
Pieniądze towarzystwa, dla którego wystarała się o status organizacji pożytku publicznego, są przeznaczane na leczenie i utrzymanie zwierząt, które bierze pod opiekę. Ale częste wyjazdy na interwencje też kosztują. Często trzeba kupować leki za granicą, nie dostanie się na nie faktury, więc nie można ich rozliczyć. Te wydatki pokrywa już z prywatnej kieszeni. Do tego dochodzą opłaty za media w lokalach zajmowanych przez towarzystwo. Miesięcznie to niekiedy kilkaset złotych. Początkowo Arkę prowadziła sama, potem doszli współpracownicy. Także jej utrzymanie kosztowało i wydatki pokrywała z własnych pieniędzy. Wygrała plebiscyt na „Kociarza Roku 2012” organizowany przez miesięcznik „Cztery Łapy”.
W tym roku, z powodów osobistych, niestety musi zrezygnować z prowadzenia TOnZ i Kociej Arki.
Wioletta Ojrzyńska
Instruktor śpiewu, dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury z Gidlach. Pracuje z dziećmi i młodzieżą.

Pochodzi z Truskolasów, mieszka w Pławnie. W Gidlach prowadzi tam Studio Piosenki. Jej podopieczni zdobywają nagrody na ogólnopolskich i międzynarodowych festiwalach. Marysia Markiewicz w 2014 r. w ósmej edycji programu telewizyjnego „Must Be The Music” zajęła 2 miejsce. W 2018 roku Michał Makowski i Oliwia Kopiec śpiewali w telewizyjnym program The Voice Kids, Oliwia doszła do finału. W ostatniej edycji The Voice Kids występowała kolejna jej podopieczna – Julia Dorożdżyńska.
- Zdolne dzieci są wszędzie - mówiła w rozmowie z Gazetą. - Jak dziecko trafi na doświadczonego nauczyciela, może rozbłysnąć. Trzeba tylko umieć z nimi pracować. Miałam dzieci, które urodziły ze świetnym głosem i żadna moja wielka zasługa w ich rozwoju, trzeba było je tylko odpowiednio pokierować, znaleźć dobry repertuar i miejsca, gdzie je można pokazać. Ale miałam też takie dzieci, które naprawdę nie rokowały, że będą świetnie śpiewać. Ciężka dała efekty i okazywało się, że błyszczą.
Anna Kapuściarek
Prezes Radomszczańskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku „Wiem Więcej”. Zawodowo - germanistka z tytułem doktora. Na emeryturze. Po latach wróciła do rodzinnego Radomska.

We Wrocławiu była wykładowcą na Politechnice Wrocławskiej. Studia skończyła w Łodzi. Szybko zrobiła doktorat. Później wyjechała do Wrocławia. Właśnie z tym miastem związała swoje życie na prawie 40 lat. Wszędzie towarzyszył jej mąż. Również radomszczanin. Jak mówi, to jej miłość licealna.
Dziś jest filarem Radomszczańskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku „Wiem Więcej”. Kiedy wróciła, zaczęła szukać miejsca dla siebie.
- Postawiłam sobie warunek, że muszę coś robić. Początkowo sądziłam, że będę wykładała w filii którejś z uczelni. To okazało się jednak niemożliwe. Nie było tu stacjonarnie prowadzonych zajęć językowych. Zaczęłam szukać dalej - opowiadała Gazecie Anna Kapuściarek.
Pukała do różnych drzwi. Chciała być wolontariuszem. Odwiedzała urząd miasta, MDK, bibliotekę. Trafiła też do Klubu Złotej Jesieni. - W międzyczasie spotkałam koleżankę, z którą w klasach równoległych zdawałyśmy maturę. Ona też po latach wróciła do Radomska. Powiedziała mi, że właśnie zaczyna działać w mieście uniwersytet trzeciego wieku. Poszłyśmy. I tak się to zaczęło - opowiadałą Gazecie.
Uniwersytet organizowała Małgorzata Ciupińska. Była jego prezesem. Kiedy zrezygnowała, funkcję prezesa objęła właśnie Anna Kapuściarek. To była dla niej bardzo trudna decyzja, bo nie miała żadnego doświadczenia w pracy administracyjnej, biurowej.
Dziś Uniwersytet jest bardzo prężny. Na zajęcia przychodzą bardzo różni ludzie. Dla wielu z nich to często pierwszy kontakt z wykładami, ćwiczeniami. Na ponad stu słuchaczy prawie 40 ma wykształcenie wyższe. Większość stanowią kobiety. Dużo jest wdów, osób samotnych, sporo też jednak i mężatek.
Zajęcia na uniwersytecie odbywają się codziennie. W różnych miejscach Radomska. W szkołach, w Miejskim Domu Kultury, w Miejskiej Bibliotece Publicznej, w muzeum, w klubie Radomszczańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Są zajęcia literackie, historyczne, z teorii sztuki. Pani Anna prowadzi lektorat z języka niemieckiego.
Najmłodsi „studenci” nie mają skończonych 50 lat. Najstarsi są po osiemdziesiątce. Seniorzy stworzyli grupę teatralną. Na swoim koncie mają już spektakle według klasyków, jak K.I. Gałczyński, ale sięgają też po rodzimych autorów. Wystawili np. sztukę radomszczanina Pawła Bery.
Tadeusz Olczyk
Organizator Radomszczańskich Dni Rodziny

Emeryt, wcześniej pracował w kopalni w Bełchatowie. Codziennie jest na mszy św., przeważnie rano, a gdy się nie uda, to koniecznie wieczorem. Można by powiedzieć, że ze wszystkim, co się dzieje w Radomsku na gruncie chrześcijańskim poza parafiami, związek ma pan Tadeusz. Religia i wiara odgrywają u niego niebagatelną rolę. Tym żyje, ale nie dla siebie. Swoją wiarę materializuje i daje innym, głównie przez Domowy Kościół, ale to dla szerszego grona.
Każdego roku organizuje Radomszczańskie Dni Rodziny. Zaangażował się w działalność stowarzyszenia Civitas Christiana. Bronił się przed tym, ale gdy w końcu wszedł w to, zajmuje się nim z pełnym zaangażowaniem. Dziś radomszczański oddział podawany jest za wzór dla innych. Czuje w sobie misję niesienia dobrej nowiny, ewangelizacji i bardzo się w to zaangażował. Natomiast w zdecydowany sposób odcinał się od wszelkiej innej działalności, zwłaszcza politycznej i samorządowej. A próbowano go namówić, by wystartował w wyborach, został radnym. Zawsze odmawiał, żadna polityka go nie interesowała. Włącza się też w życie swojej parafii św. Marii Magdaleny.
Jest aktywnym członkiem Parafialnej Rady Duszpasterskiej, inicjatorem wielu „akcji” religijnych. Jego pomysłem były nabożeństwa fatimskie w parafii, sprowadzenie relikwii, najpierw św. Joanny Beretty Molla, ostatnio św. małżonków Zelii i Ludwika Martin. Zainicjował również Radomszczańską Procesję Maryjną z racji 100-lecia Objawień Fatimskich. Jego charakterystyczną cechą jest uśmiech kierowany do wszystkich, dla każdego ma dobre słowo. Dużo podróżuje po świecie, najchętniej do sanktuariów. Lubi spacerować i fotografować przyrodę. Od czasów szkoły średniej jest pasjonatem tenisa ziemnego. W latach 70. fascynował się Wojciechem Fibakiem. Wtedy sam lubił grać, teraz nie ma na to czasu.
Danuta Zawadzka
Nauczycielka języka polskiego w Jedynce, twórczyni teatru „Źródło”, która od 20 lat zaraża swoją teatralną pasją młodych ludzi. I tych starszych też.

Nie musi. Zresztą żaden pasjonat nie musi, nie ma z tego żadnych wymiernych korzyści. Są tacy, którzy mówią, że jeśli za coś nie otrzymuje się pieniędzy, to po co to robić? Danuta Zawadzka nigdy tak do tego nie podchodziła. Nie liczy, nie kalkuluje, robi to co kocha. Teatr.
To znaczy stowarzyszenie miejski teatr „Źródło” jest pełnoletnie. I „Źródełko”, które działa w szkole podstawowej nr 1. Bo tam jest początek tego, co się do tej pory za sprawą pani Danuty wydarzyło. Nauczycielka języka polskiego w Jedynce przygotowywała okolicznościowe akademie. Widziała, że są uczniowie, którzy chcą się zaangażować w coś więcej, że dobrze czują się na scenie. Mają radość i satysfakcję. Ze szkolnych akademii zrodziły się szkolne spektakle, a wkrótce młodych aktorów było tak dużo, że trzeba było stworzyć „Źródełko” dla młodszych i „Źródło” dla starszych. Do dzisiaj są to już całe pokolenia uczniów. Jedni wpadają tylko na chwilę, inni są w nim w czasie nauki w szkole, ale są też i tacy, którzy już nie potrafią bez niego żyć. I są częścią stowarzyszenia nie tylko w czasie nauki w szkole średniej, nie tylko na studiach, choć wtedy ze względu na odległości i mniej czasu rzadziej. Są tu też i dorośli. Danuta Zawadzka o wszystkich mówi: rodzina. Trzeba przyznać, duża rodzina.
Także na scenie, bo w niektórych spektaklach występuje nawet 100 osób. To bardzo duże wyzwanie logistyczne. Trzeba zaplanować wszystko w drobnych szczegółach, o niczym nie zapomnieć, nie przegapić czegoś ważnego. Trzeba uszyć kostiumy, pomyśleć o scenografii. Gdyby nie pomoc przyjaciół i hojność sponsorów nie byłoby to możliwe. Jak do tej pory się udaje, choć Danuta Zawadzka nie kryje, że nie jest tak różowo.
O co chodzi? O własne miejsce, którego stowarzyszenie tak naprawdę nie ma. Przez lata nazbierało się wspomnianych wcześniej kostiumów, elementów scenografii do tych dużych i tych mniejszych spektakli. To wszystko trzeba gdzieś przechowywać. Dbać, żeby się nie niszczyło. Kiedyś „Źródło” mieściło się na piętrze budynku za starą komendą policji przy Kościuszki. Odbyło się tam nawet kilka przedstawień, w tym kilka odcinków teatralnej telenoweli. Właściciel, który udostępnił te pomieszczenia grzecznościowo, teraz ich potrzebuje. „Źródło” przeniosło się również na piętro do budynku obok. Tam jednak zagrać niczego się już nie da. Nie da się zrobić próby. Mało tego, nie można nawet w przyzwoitych warunkach przechowywać rzeczy. Pani Danuta zdaje sobie sprawę, że właściciel może wkrótce zechcieć wykorzystać te pomieszczenia komercyjnie i ma do tego pełne prawo. Nie wie, gdzie wtedy podzieje się „Źródło”.
Autorka wszystkich scenariuszy i reżyserka wszystkich spektakli, trudno tu wymienić wszystkie tytuły, ale takie jak „Misterium” czy przedstawienie o Stanisławie Sojczyńskim „Warszycu”, były grane wiele razy, nie traci nadziei. Bo kocha swoich uczniów i teatr.
Artur Kwiatkowski
Pracownik Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji, zapalony rowerzysta, miłośnik gry w scrabble i organizowania niezapomnianych rajdów i wycieczek.

Jeśli myślisz o podróżowaniu, a nie bardzo wiesz jak się do tego zabrać, nie masz pomysłu od czego zacząć, nie otworzyłeś jeszcze atlasu, wróć: internetu, żeby znaleźć ofertę last minute w jednym z turystycznych rajów, to bardzo dobrze. Nie rób tego. Chyba, że chcesz opalać się nad morzem albo na basenie i korzystać z all inclusive. Jeśli jednak wolisz przeżyć przygodę i wspominać ją przez lata, powinieneś poznać Artura.
Na co dzień pracownik Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. W sezonie organizuje rowerowe rajdy. Dla wszystkich. W tych rodzinnych udział biorą dzieci z rodzicami, młodzież, seniorzy. To także dzięki niemu rowerowa rekreacja w mieście z roku na rok jest modniejsza, a to jeden ze sposobów na zdrowie. Artur ma swoje miejsca i zna ludzi, z którymi potrafi przygotować nie tylko ciekawą i bezpieczną trasę przejazdu z wieloma atrakcjami i historycznymi miejscami, i ciekawostkami po drodze. Już na miejscu można liczyć na wspólną zabawę. Czy to sportową czy taneczną, bo oprócz obowiązkowych kiełbasek z ogniska, zdarzają się też zajęcia zumby, w których rowerzyści chętnie biorą udział. Czasem pogoda jest gorsza, ale atmosfera podczas tych rajdów zawsze jest wyśmienita.
Artur organizuje też coś dla młodszych rowerzystów, tych z zacięciem sportowym, którzy chcą się pościgać i sprawdzić. Trzeba śledzić informacje pojawiające się na stronie MOSiR-u, żeby trafić na zapowiedź rajdów crossowych po lasach i nie tylko.
Nie lubicie rowerów? To może łucznictwo? Od kilku miesięcy w soboty w hali MOSiR-u przy ul. Kościuszki prowadzi bezpłatne zajęcia łucznicze. Zorganizował już kilka turniejów. I zapowiada kolejne. On jako jeden z pierwszych zachęcał w mieście do zabawy literami, czyli układania słów w grze scrabble. W szkołach powstały kluby, a uczniowie zaczęli nie tylko grać, ale i brać udział w turniejach. I odnoszą sukcesy. Coraz większe.
Jeśli nie interesuje was nic z tych rzeczy, ale macie ochotę na przygodę, powinniście wyjechać z nim na którąś z górskich wypraw. Artur najpierw sam znajduje miejsce, sprawdza trasy, wejścia i możliwości, a przede wszystkim znajduje noclegi. Artur zapewnia nie tylko niesamowite doznania przyrodnicze, ale i spotkania z wyjątkowymi ludźmi. Polecamy.
Waldemar Sobczyk
Założyciel i prezes Fundacji Promień Radości.

Przedsiębiorca w branży budowlanej i telefonicznej. Od dawna ma w sobie żyłkę wolontariusza, pomagał potrzebującym na różne sposoby. Dopiero z czasem postanowił swoją działalność sformalizować i tak powstała fundacja. Wcześniej z gronem znajomych organizowali w swojej dzielnicy spotkania dla osób starszych i samotnych.
Teraz w ramach fundacji pomagają chorym, przeważnie są to dzieci. Poza sferą zawodową, najbardziej w życiu absorbuje go praca społeczna. Ma taką filozofię, że jeśli można coś zrobić, komuś pomóc, to czemu tego nie robić?
Jest również członkiem Gwardii Honorowej przy kościele Parafii NMP Matki Kościoła. Niektóre opinie mówią, że przyczynił się do jej ożywienia. Łączy w życiu dwie pasje, pomaganie i muzykę. Kocha muzykę, nie ma wykształcenia muzycznego, ale nie przeszkadza mu to z powodzeniem grać na instrumentach klawiszowych, śpiewać i tworzyć. Do płyty z kolędami wydanej przez fundację zrobił aranżacje. Dał się kiedyś namówić do występu na koncercie i zagrał krótki fragment na akordeonie. Znajomi mówią o nim, że to człowiek orkiestra, czymkolwiek by się nie zainteresował, to zgłębi to do końca. Jak się zainteresował muzyką, to stał się w tym specjalistą. Jak się czymś zajmuje to ma wszystko przemyślane, zaplanowane, ma ręce i nogi. To co robi zawsze oparte jest o dokładne przemyślenia, niesamowicie go to cieszy. Ma swoją firmę, działa zawodowo, ale działalność charytatywna to jego pasja i spełnienie, w stu procentach zaangażowany w tę pracę. Były próby zagospodarowania politycznego, pojawiały się propozycje startu w wyborach, ale odmawiał i zapewnia, że wciąż nie ma takich planów.
Sebastian Pierzchalski
Biegacz, rowerzysta, maratończyk, triathlonista. Popularyzator sportu.

Założył amatorski klub kolarski Rowerzyści w Radomsku, klub biegaczy Biegacze w Radomsk i Kolarsko-Biegowy Klub Sportowy Radomsko, wpisany do ewidencji klubów sportowych przez starostę radomszczańskiego. W nowym klubie znalazły się drużyny Biegacze w Radomsku, Rowerzyści w Radomsku oraz Pierzchalski Cycling Team. W sumie jest w nim kilkudziesięciu członków.
- Oficjalnie przyjętych i obecnych na walnym zgromadzeniu - zaznacza Sebastian Pierzchalski. Celami klubu jest reprezentowanie miasta na imprezach sportowych, organizowanie zawodów, imprez sportowych, turystycznych i rekreacyjnych oraz różnorodnych form współzawodnictwa sportowego, organizowanie zajęć oraz treningów sportowych dla dzieci, młodzieży, dorosłych w celu wszechstronnego rozwoju ich sprawności fizycznej i umysłowej.
Pierzchalski od lat reprezentuje miasto na imprezach sportowych. Sam organizuje rajdy rowerowe i biegi uliczne w mieście. W 2016 roku zdobył koronę polskich maratonów.
Dariusz Solarz
Pasjonat historii. Prowadzi znaną w Radomsku drukarnię. Od kilku lat wydaje w niej wiele książek historycznych. Bada dzieje walk lotniczych nad Radomskiem i okolicą we wrześniu 1939 roku.

Ma wielki sentyment do lotników z tych czasów. Zaraził go tym ojciec, który po wojnie był pilotem, ale ze względów politycznych musiał odejść z wojska. To zainteresowanie po stokroć zintensyfikował pan Dariusz. Wraz z grupą podobnych mu pasjonatów doprowadzili do rozminowania z broni poniemieckiej parku Świętojańskiego w Radomsku.
Dzięki jego uporowi i determinacji doszło do badań archeologicznych w lesie koło Radziechowic, gdzie strącono niemiecki samolot. Jest pomysłodawcą i autorem wystawy o walkach lotniczych nad Radomskiem. Wystawa była prezentowana w radomszczańskim muzeum, na terenie powiatu, ale również w Końskich. Tematyka ta pochłonęła go dosłownie. Każdą rozmowę, nie ważne na jaki temat, potrafi skierować na lotników, tym tematem po prostu żyje. Nawiązał kontakty z ludźmi o podobnych zainteresowaniach w kraju i wspólnie badają to zagadnienie.
Z jego inicjatywy doszło w 2016 roku do sympozjum popularno-naukowego w radomszczańskim muzeum. Na jego zaproszenie przyjechali znawcy tematu z całego kraju. Czyni starania u władz lokalnych o to, by zajęły się w należyty sposób grobami lotników, by w końcu sprostować nieprawdziwe informacje podawane na poszczególnych tablicach. Jego pomysłem było też umieszczenie na grobie lotników na Nowym Cmentarzu w Radomsku dwóch łopat skrzydeł samolotowych. Ma nadzieję, że w końcu to nastąpi.
Kilkanaście lat temu włączył się w reaktywację Towarzystwa Przyjaciół Muzeum w Radomsku. Był przez lata jego prezesem, teraz pełni funkcję wiceprezesa. Wraz z towarzystwem doprowadził do nadania jednemu z nowych rond imienia „Lotników Września 1939 roku”. Ma duży wkład w wydawanie „Naszego Świata. Biuletynu Towarzystwa Przyjaciół Muzeum w Radomsku”. Biuletyn zawsze był rozdawany bezpłatnie i cieszył się wielkim powodzeniem.
Mirosława i Jacek Łęscy
Twórcy Fundacji Inicjatyw Kulturalnych, przez 22 lata wydawcy Gazety Radomszczańskiej.

28 lat temu Mirosława i Jacek Łęscy stwierdzili, że jest wielu młodych ludzi, którzy wykazują ponadprzeciętne zdolności w najróżniejszych dziedzinach, ale nie mają szansy, by je rozwijać. Z bardzo prozaicznego powodu: ich rodziców nie stać na to, żeby wysłać ich do szkoły artystycznej, najczęściej do innego, dużego miasta. A gdyby tak im pomóc? Choćby niewielkim stypendium? Tak powstała Fundacja Inicjatyw Kulturalnych.
W 1991 roku zebrała się grupa radomszczan, która nie wiedziała, że to może się nie udać, więc im się udało. Założyli fundację i postanowili zbierać pieniądze na stypendia. Przez te lata wiele osób w działalność fundacji się włączało. Jedni na dłużej, drudzy na krócej. Jedni na stałe, inni na chwilę. Twarzami FIK-u od początku są Mirosława, dyrektor (ostatnio zrezygnowała z funkcji), i Jacek, prezes, Łęscy.
O tym, że odnieśli sukces, którego nie powstydziłyby się inne, ogromne fundacje, za którymi stoją prywatne telewizje i wielkie pieniądze, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Liczby, o których była mowa na samym początku, to też tylko statystyka. Do wyobraźni przemawiają nazwiska stypendystów. Tych, którzy zostawali stypendystami jako dzieci, a dzisiaj koncertują i występują na największych i najsłynniejszych scenach nie tylko Polski, nie tylko Europy, ale całego świata. Tworzą, komponują, wydają. Przytoczymy kilkanaście. Karolina Sambor-Kobiałka, Szymon Telecki, Miłosz Łabiński, Agnieszka Grzywacz, Bronisława Nowicka, Karina Wtorkiewicz, Łukasz Trepczyński, Przemysław Wojciechowski, Michał Stefani, Krzysztof Stępień, Rafał Sambor, Tomasz Sroczyński, Michał Krężlewski, Roman Piętakiewicz, Katarzyna Kabzińska… I na pewno nie jest to pełna lista. A niedługo w ślad za nimi pójdą najprawdopodobniej Emilia Sambor, Mateusz Duda.
Remigusz Staniszewski
Prezes Stowarzyszenia Centrum Pomocy Panaceum, które w Radomsku i powiecie prowadzi kilka schronisk dla osób bezdomnych.

Dzisiaj on i jego współpracownicy są pierwszymi, do których dzwoni się w sytuacji, kiedy trzeba pomóc osobie bezdomnej.
Najpierw lądujesz na dnie, rozbijasz sobie głowę na drobne kawałeczki, a potem dociera do ciebie, że kompletnie spie...łeś sobie życie. Zbierasz siebie kawałek po kawałku i zaczynasz się składać do kupy. Bez gwarancji, że czegoś nie pominiesz, złożysz we właściwej kolejności, a przede wszystkim, że nie potkniesz się po raz kolejny i nie rozbijesz jeszcze bardziej, w drobny mak. A co się stanie, jeśli ci się uda? Jeśli odbijesz się od dna? Ze śladami na ciele i duszy, ale jednak zaczniesz się prostować? Wtedy możesz zacząć pomagać innym, tym, którzy nie wyrobili się w ciasnych zakrętach.
Ta sztuka udała się Remigiuszowi Staniszewskiemu, który mówi, że od jego podopiecznego dzieli go jeden kieliszek. Prezesowi Stowarzyszenia Centrum Pomocy Panaceum, które prowadzi kilka domów dla osób bezdomnych, w którym alkohol jest absolutnie zabroniony. - Na początku tej pracy uważałem, że da się pomóc wszystkim. Bo skoro ja z tego wyszedłem, ja, taki żul, taki szmaciarz leżący w Warszawie pod ławką z butelką dynksu, gdzie już gorszej szmaty od siebie nie widziałem… Skoro ja wyszedłem, to dlaczego oni nie chcą? - mówił Gazecie.
Remigiusz bez cienia skrępowania przyznaje się, że jest alkoholikiem. Jest też człowiekiem, który od momentu, kiedy rano otworzy oczy, przez cały dzień pomaga tym, którzy tej pomocy potrzebują. Koordynuje pracę wielu ludzi, nie tylko pracowników stowarzyszenia, ale i podopiecznych, którzy trafiają do prowadzonych przez nie schronisk. Bo tutaj nie można po prostu leżeć i patrzeć w sufit. Jeśli tylko masz dwie zdrowe ręce i możesz chodzić, w takim domu zawsze jest co robić.
Trzeba pamiętać, że ludzie stowarzyszenia zdecydowaną większość osiągnęli sami. Tak było w przypadku schroniska przy Sucharskiego i każdego innego. Znajdują ruderę, którą inni spisali na straty. Remigiusz w budynku bez ogrzewania, drzwi, okien, zobaczył potencjał. Potem znalazł grupę ludzi, którzy nie bali się ciężkiej pracy. Potrafił też znaleźć tych, którzy go przez chwilę posłuchali i dali się przekonać.
Dzisiaj schronisko przy Sucharskiego z tym, co było tam kilkanaście lat temu, ma tyle wspólnego, że jest w tym samym miejscu. Trafiają tam bezdomni z miasta i z całej Polski. Bo osoby bezdomne wędrują. Największy tłok jest oczywiście zimą. Tutaj każdy dostanie kawałek miejsca do spania, będzie się mógł umyć, zostanie nakarmiony. Jeśli zechce zostać i na coś się przydać, ma taką szansę. Jeśli potrzebuje specjalistycznej opieki, Remigiusz i jego ludzie się o nią postarają. Jeśli zechce pójść swoją drogą, nikt na siłę go nie zatrzyma.
Remigiusza i podopiecznych stowarzyszenia radomszczanie znają. Dlaczego? Są prawie na każdym kiermaszu, festynie, miejskiej wigilii. Dzielą się tym co mają z innymi. Są ważni i potrzebni. On sam współpracuje z władzami powiatowymi i miejskimi, policją. W sezonie, kiedy bezdomni mogą zamarznąć śpiąc w pustostanach, jest ciągle pod telefonem. Zresztą przez cały rok. I nie uważa, że jest wyjątkowy. - W każdym z nas jest jakaś dobroć, chęć pomagania, chęć niesienia pomocy - mówi.
Aleksandra Kędra
Nauczycielka języka polskiego w I Liceum Ogólnokształcącym, pomysłodawczyni i organizatorka Dni Kina.

W 2015 roku nagrodzona na Festiwalu Filmowym w Gdyni za upowszechnianie kultury filmowej statuetką Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii „Edukacja młodego widza”. W czerwcu 2017 nagrodą „Nauczyciela Innowatora”. Ekspertka w październikowej Konferencji Filmowa EduAkcja Warszawy.
Pierwszy Dzień Kina w 2004 roku, który odbył się w szkole, nosił tytuł „Rejs po polskiej kinematografii”. Tamta impreza - inaczej niż kolejne - poświęcona była nie jednemu, lecz wielu twórcom polskiego kina. Później lawina ruszyła. W następnych latach do Radomska przyjeżdżali najwybitniejsi twórcy polskiego filmu. Krzysztof Zanussi, Stanisław Różewicz, Maja Komorowska, Daniel Olbrychski, Jerzy Stuhr, Jan Jakub Kolski, Robert Więckiewicz, Juliusz Machulski.
- Kiedyś chciałam studiować filmoznawstwo. Bardzo lubię dobre polskie kino. Moja córka często mówi do mnie: „Mama, ty znowu oglądasz te czarno-białe filmy” - opowiadała „Gazecie Radomszczańskiej”. - Od początku mojej pracy prowadziłam w szkole klub filmowy. Spotykałam się z młodzieżą i po lekcjach oglądaliśmy filmy. Później o nich dyskutowaliśmy. Tak pojawił się pomysł organizacji Dni Kina, choć nie od razu to była tak duża impreza.
Jest pasjonatką kina. Jej klimaty filmowe to także filmy noir - thrillery, filmy gangsterskie, z lat 50. XX w., szczególnie te z Humphreyem Bogartem.
Jest liderem Filmoteki Szkolnej w województwie łódzkim, to otworzyło kolejne drzwi. W I LO powstała profesjonalna pracownia filmowa. Tam odbywają się np. warsztaty dla uczniów biorących udział w konkursie na etiudę filmową czy filmoznawcza konferencja. Filmoteka Szkolna to program edukacyjny Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Pani Aleksandra prowadzi szkolenia dla nauczycieli. Zachęca do oglądania polskich filmów. Promuje polskie kino. To przekłada się też na organizację Dni Kina.
Aneta Jędrzejczyk
Nauczycielka języka polskiego w Elektryku. Twórczyni „Elektrowstrząsu”, szkolnej gazety, która zdobywa najwyższe nagrody w ogólnopolskich konkursach.

Tacy wariaci jak ja pracują nie 18, nie 40, a znacznie więcej godzin tygodniowo - mówiła Gazecie nauczycielka języka polskiego w Zespole Szkół Elektryczno-Elektronicznych.
Nauczycielka i wychowawczyni przyszłych pokoleń dziennikarzy, którzy jeśli tylko zechcą, mogą kiedyś zrobić karierę w tym zawodzie. Bo pierwsze kroki i sukcesy mają już za sobą. Aneta Jędrzejczyk od lat prowadzi w szkole gazetkę. Nie, nie gazetkę. To złe słowo, bo „Elektrowstrząs” gazetką był może kilka pierwszych miesięcy. Teraz to już poważne wydawnictwo, które opisuje życie szkoły, uczniów i nauczycieli. A co ważne, nie ogranicza się tylko do relacjonowania. Szkolna gazeta przez lata stała się miejscem, w którym chętni mogą zaprezentować swoje zdanie, opisać swój punkt widzenia, polemizować ze swoimi nauczycielami i dyrekcją szkoły.
Aneta Jędrzejczyk zachęca do skorzystania z tej możliwości, nikt się nie obraża, nikt nie ma nikomu za złe. Bo młodzież ma prawo do mówienia głośno tego, o czym myśli. Takie podejście do prowadzenia szkolnej gazety spowodowało, że jest ona dostrzegana i doceniania na ogólnopolskich konkursach. Teraz „Elektrowstrząs” jest już traktowany jako ten, który wyznacza poziom i pokazuje nowe rozwiązania. Wskazuje, w którą stronę można pójść, żeby się rozwijać. Nie dziwi więc, że pracujący w tej szkolnej gazecie uczniowie co jakiś czas mogą pochwalić się kolejną statuetką. Nagrodą, która powoduje, że szukają coraz ciekawszych i trudniejszych tematów. Młodzi dziennikarze nie kryją, że ich guru jest Aneta Jędrzejczyk. A ona nie ukrywa, że swoim perełkom, tak mówi o swoich wychowankach, poświęca bardzo dużo czasu. I robi to bo lubi, widzi w tym sens, nie dlatego, że dostaje za to pieniądze, bo nie dostaje.
Po wielu latach w szkole jej entuzjazm nie gaśnie, wciąż wierzy w uczniów. We wrześniu, na początku każdego roku szkolnego, szuka kolejnych perełek. I często na nie trafia. To wymaga jednak wielkiej pracy. Godziny poświęcone na redakcję artykułów, wybór zdjęć, na dopracowanie szaty graficznej, na uatrakcyjnienie treści, to jedno. Te godziny nie biorą się znikąd. Trzeba je odebrać swojej rodzinie. Aneta Jędrzejczyk zdaje sobie sprawę, że „okrada” z czasu najbliższych. I przyznaje, że często to mąż musi zadbać o dom, odrobić lekcje z dzieckiem i cierpliwie poczekać, bo ona właśnie kończy kolejny numer. A to wymaga mnóstwa pracy przy komputerze, telefonów, konsultacji i ustaleń. - Trzeba umieć znaleźć balans w życiu - mówi nauczycielka. I chyba świetnie się jej to udaje, bo mąż rozumie, że żona kocha to co robi.
A co jej praca i „Elektrowstrząs” dają szkole? Po pierwsze uczniowie, którzy zaczynają pisać do gazety, mają „plus 10 do prestiżu”. Chętnych nie brakuje. Po drugie powoduje, że o szkole nie tylko w Radomsku jest głośno. To wkład w prestiż tej placówki, jej postrzeganie przez rodziców i uczniów, którzy będą wybierać szkołę średnią. Od lat Elektryk nie ma problemów z naborem, wręcz przeciwnie, zdarzało się, że „oddawał” klasy do innych szkół, do których tłumów chętnych nie ma. Dla dyrekcji taki pracownik jak Aneta Jędrzejczyk to skarb.
Paweł Dudek
Z wykształcenia historyk, pracuje jako nauczyciel historii w „Mechaniku”. Popularyzator radomszczańskiej historii, autor bloga radomsk.pl.

Od 2001 roku jest członkiem ZHP, obecnie ma stopień harcmistrza. Pełnił funkcję zastępcy komendanta radomszczańskiego hufca, czyli struktur powiatowych tej organizacji, działał w Głównej Kwaterze ZHP w Warszawie.
Organizował test wiedzy o Radomsku. Zainteresował się postacią Henryka Siemiradzkiego i jego związkami ze Strzałkowem. Wiedzę o historii przekazuje poprzez internet. Najpierw stworzył stronę internetową poświęcona Henrykowi Siemiradzkiemu, potem założył blog historyczno-turystyczny radomsk.pl.
Opublikował setki artykułów na temat przeszłości Radomska i powiatu radomszczańskiego. Dąży do tego, aby było to najlepsze miejsce do poznawania historii Radomska w internecie.
Inną jego pasją jest kolekcjonowanie pocztówek. Czasami wydaje nowe.
Marcin Pachniewicz, Apacz
Człowiek zrośnięty z rowerem, dla którego rower to nie tylko hobby, ale też sposób na życie. Jest pomysłodawcą i autorem strony internetowej rowerowo.pl.

Rowerowo.pl to platforma kontaktu i źródło inspiracji, a czasami gotowych pomysłów, gdzie by tu w znanym lub mniej znanym sobie gronie pojechać rowerem. To jego główna pasja. Skupia się więc na turystyce rowerowej. Turystykę rowerową popularyzuje od kilkunastu lat, najpierw w małym gronie kolegów jeździli rowerami po okolicy bliższej i dalszej. Potem powstał pomysł stworzenia jakiegoś miejsca, gdzie ludzie pasjonujący się rowerami mogli się spotkać, wokół czegoś skupić. Tym miejscem była strona internetowa, na której pojawiła się zakładka Jadę-Jedziesz. To miała być taka platforma, gdzie ludzie mogli się wymieniać informacjami o własnych wycieczkach, a czytający mogli się ewentualnie dołączyć. Skończyło się na tym, że to on i koledzy proponowali trasy, a chętni tylko dołączali do nich. Teraz nadal wygląda to tak, że sami rzucają pomysł, wskazują miejsce dokąd chcą się wybrać i inni się do nich przyłączają.
Wszystko się odbywa poza jakimikolwiek sformalizowanymi ramami, nie powstała żadna organizacja. Są grupą znajomych, która razem jeździ, których łączy pasja. Pojawiają się nowi ludzie, niektórzy zostają na dłużej, inni rezygnują, być może z powodu długości dystansu lub trudności trasy. Nie ma wcześniej żadnej selekcji, nie wybierają sobie członków danej wycieczki.
Cała działalność pana Marcina i jego kolegów znajduje się poza jakimikolwiek strukturami. Nie zakładają stowarzyszenia, nie zapisali się do żadnego. Przyświeca im zupełnie inny cel, nie kolekcjonują przejechanych kilometrów, nie zależy im na zdobywaniu odznak. Wystarczy to, co zobaczą i zwiedzą, każdy indywidualnie czerpie z tego przyjemność. Swoje wyjazdy rowerowe organizują praktycznie co tydzień i to przez cały rok. Wobec tego są to wycieczki jednodniowe, zazwyczaj w niedzielę. Dystans każdej wycieczki oscyluje w granicach 100 km. Oczywiście, gdy pogoda jest wybitnie niesprzyjająca, to rezygnują.
Jeżdżą przecież dla przyjemności. W sprawdzonym kręgu osób byli już na Krymie, na Białorusi, objechali Bałtyk, byli na Litwie, Łotwie, Estonii, Szwecji. Były też Czechy, Rumunia, Słowenia. Ich pomysłem jest też doroczna akcja Rowerowego Przywitania Wiosny. Drugą akcją, którą zapoczątkowali w mieście, było coraz popularniejsze Tour de Radomsko. Z czasem organizację odstąpili Miejskiemu Ośrodkowi Sportu i Rekreacji. Mówi, że świat z roweru wygląda zupełnie inaczej niż na przykład z samochodu. Można dojechać tam, gdzie się samochodem nie dojedzie. Krajobraz jest ciekawszy.
Hubert Dróżdż
Nauczyciel w Mechaniku, sportowiec zapatrzony w rozgwieżdżone niebo, który chętnie dzieli się swoimi pasjami i doświadczeniami.

Nauczyciel matematyki w Zespole Szkół Ponadgimnazjalnych nr 1, zwanym Mechanikiem, który patrzy w gwiazdy. Nie tak jak wielu z nas, którzy zachwycamy się w letnie wieczory rozgwieżdżonym firmamentem. Dla niego to coś o wiele głębszego, bo też i patrzy inaczej. Uzbrojonym okiem. Przed rokiem opowiadał nam o tym, jak to nocne niebo go wciągnęło. - Z astrofotografią jest tak, że mówią, zainteresuj tym swoje dziecko, a na pewno nie będzie miało pieniędzy na narkotyki - żartował. I wyjaśniał o co chodzi.
- Po prostu będzie chciało kupować coraz lepszy sprzęt i tylko na to będzie wydawać każdą złotówkę. I rodzice na pewno nie będą mu mieli tego za złe. Hubert zainwestował w odpowiedni sprzęt, który tani nie był, ale pozwala osiągać znakomite efekty. Co prawda on twierdzi, że jeszcze mu do najlepszych brakuje, ale naszym zdaniem to niepotrzebna skromność. Jego fotografie zachwycają. Jeszcze bardziej kiedy autor opowie jak powstają. Że to setki klatek, godziny naświetlania, nocne wyprawy, szukanie odpowiedniego miejsca i nadzieja na to, że prognozy pogody się sprawdzą i dzisiaj chmur nie będzie. Bo czasem wystarczy kilka minut i wszystko na nic. Trzeba się zwijać i wracać do domu, a noc zarwana. A mimo to wraca tu następnej nocy, albo kilka dni później.
Jest uparty, wytrwale dąży do celu. Jego prace zdobią już niektóre kalendarze. A co robi kiedy nie siedzi przy teleskopie? Na co dzień uczy matematyki i jest lubianym pedagogiem w swojej szkole. Wymagającym, ale i wyrozumiałym. Partnerskim, z dystansem do siebie, ale i zasadniczym. Ostatnio jego uczniowie podarowali mu na Dzień Nauczyciela jego portret, a to nie zdarza się często, jeśli w ogóle. Czego jeszcze nie wiecie o Hubercie? Być może tego, że kiedy jeszcze sam chodził do szkoły, był nieźle zapowiadającym się piłkarzem. Piłka nożna od dzieciństwa była jego pasją. I choć nie mówił o tym głośno, to pewnie marzył o zawodowej karierze. Kto wie, może to on byłby radomszczańskim Lewandowskim? Nie udało się, bo nie pozwoliły kontuzje. Nie żałuje. Realizuje się w sporcie amatorskim. Już nie w piłce nożnej.
Teraz jego miłością jest bieganie. Zaczynał jak inni, od krótkich dystansów. Szybko się wciągnął. Jak do wszystkiego w swoim życiu, i do tego podszedł poważnie i profesjonalnie. Co z tego, że jest amatorem. Jak już coś robi, to na całego. Ma za sobą kilka biegów i pierwsze „życiówki”, czyli najlepsze rezultaty na różnych dystansach. A w planach maraton i kolejne rekordy. A znając go, w ciemno można założyć, że będzie je osiągał raz za razem.
Gabriela Szczygłowska
Opiekuje się wspólnotą Betel. To miejsce głównie dla osób niepełnosprawnych, ich rodziców i przyjaciół. To tu spotykają się osoby starsze, samotne, opuszczone.

Na co dzień pracuje w I Liceum Ogólnokształcącym. Jest tam katechetką. Spotkania wspólnoty odbywają się w każdą trzecią niedzielę miesiąca. Miejsce jest stałe. To kolegiata św. Lamberta. Każde spotkanie rozpoczyna msza św.
- Później w salce mamy drugie spotkanie. Takie przy herbacie, kawie, ciastku. Bardzo uroczyście obchodzimy urodziny, imieniny naszych podopiecznych. Są też inne ważne dla nas momenty - opowiadała Gazecie Gabriela Szczygłowska. - Pierwszy - to wizyta św. Mikołaja: śpiewamy kolędy, dzielimy się opłatkiem. Organizujemy jasełka. Drugi - to spotkanie wielkanocne, takie przy jajeczku. A trzeci wypada podczas Radomszczańskich Dni Rodziny. Wtedy spotykamy się w Ekoogrodzie, który prowadzi nasza wielka przyjaciółka Basia Wojnowska.
Betel było też współorganizatorem jeszcze jednego wyjątkowego wydarzenia. W kolegiacie św. Lamberta podopieczni przyjmowali sakramenty pierwszej komunii, bierzmowania. Takie uroczystości zdarzają się raz na kilka lat. Byli i 8-latkowie, i osoby, które mają lat 30, 40. Na spotkania przychodzi kilkadziesiąt osób.
Pani Gabrieli w pomoc osobom słabszym, niepełnosprawnym udało się wciągnąć wielu młodych ludzi. To wolontariusze z I Liceum Ogólnokształcącego.
W Betel integrują się osoby niepełnosprawne i zdrowe. - Będąc w tym środowisku, człowiek nie ma żadnych kompleksów - opowiadała Gazecie Gabriela Szczygłowska. - Bo oni są po prostu sobą. Są naturalni. Kiedy jest się smutnym, przychodzą i pytają: „Dlaczego jesteś smutna? Uśmiechnij się. Będzie lepiej. Nie martw się”. To jest niesamowite. Przy nich człowiek zaczyna myśleć pozytywnie, radośnie. Oni są tacy pogodni. Mają tylko jedno oblicze. Nie zakładają masek - mówi
Marcin Kwarta
Prezes fundacji Foto Pozytyw.

Członek i przez pięć lat prezes Towarzystwa Fotograficznego im. Edmunda Osterloffa. Był w zarządzie Stowarzyszenia Twórców i Sympatyków Kultury przy KWP w Poznaniu, działał na rzecz Fundacji Sierot po Poległych Policjantach, jako instruktor organizował fotograficzne wakacje dla dzieci.
Założył Foto Pozytyw, ponieważ chce, „żeby fotografia wróciła do tzw. podstaw”. I stąd fundacja. Teraz jest ich tyle na rynku, że trudno się wyróżnić. - Ja cały czas szukam tego, czego brakuje w tej naszej przestrzeni - opowiadał Gazecie. - Lubię pomagać. Tak po prostu. Bo warto. Tak, mam życiową ideę i już. I ta fundacja będzie pomagać uzdolnionym dzieciom, młodzieży, ale nie tylko, ludziom uzdolnionym właśnie w kierunku fotografii. Kiedyś powiedziałem coś, co niektórych wzburzyło, że my nie uczymy fotografować.
Fundacja organizuje warsztaty z cyjanotypii, plenery, szkoli z fotografii reporterskiej, portretu, pejzażu, architektury.
- Fotografia zawsze niesie jakiś ładunek emocjonalny. I o te emocje chodzi. Fundacja ma w młodych ludziach wzbudzać ciekawość. Bo dzisiaj mogą zapytać, a po co cyjanotypia, po co kolodion? - opowiadał Gazecie. - Celem fundacji jest pomoc, ale także warsztaty, szkolenia, działania skierowane do wykluczonych społecznie.
Agnieszka Skura-Garbaciak
Nauczycielka języka niemieckiego w II Liceum Ogólnokształcącym. Prowadzi radomszczańska grupę Amnesty International.

Nauczycielka z pasją. Zaangażowana w obronę praw człowieka, aktywistka. To z jej inicjatywy odbywa się w mieście Maraton Pisania Listów.
Amnesty International jest globalnym ruchem ponad siedmiu milionów ludzi, którzy niesprawiedliwość na świecie traktują osobiście. Lokalna grupa promuje prawa człowieka w Radomsku i jego okolicach.
Agnieszka Kuligowska
Nauczycielka historii z „Ekonomika”, popularyzatorka historii Radomska

Odkąd zaczęła pracę nauczyciela historii, organizowała wycieczki, podczas których pokazywała młodzieży historię miasta. Dobrym miejscem do tego są cmentarze, zarówno cmentarz stary, jak i żydowski. Na tym pierwszym oprowadza śladami powstańców styczniowych czy wybitnych radomszczan. Zawsze zachęca uczniów do poznawania historii przez pryzmat dziejów własnej rodziny. Bo często historia danej rodziny jest bardzo ciekawa, ale współcześni nie zawsze zdają sobie sprawę z tego kim byli i co robili ich przodkowie.
Ale ze swoją wiedzą historyczną wychodzi poza szkołę, szuka dla siebie słuchaczy wśród wszystkich mieszkańców miasta, nie tylko uczniów. Robi to poprzez organizowanie spacerów historycznych po Radomsku. W taki sposób uczy historii miasta i pobudza lokalny patriotyzm radomszczan. Zorganizowała kilka otwartych dla każdego spacerów po Radomsku. Pierwszy odbył się z okazji 150. rocznicy powstania styczniowego. Potem był kolejny, do którego doszło przy współpracy z Towarzystwem Przyjaźni Polsko-Izraelskiej. Wtedy spacerowano „śladami żydowskimi”.
Wraz ze swoimi uczniami przed Wszystkimi Świętymi pomaga sprzątać groby na Starym Cmentarzu. Praktycznie odkąd tylko są organizowane w Radomsku kwesty na ratowanie starych nagrobków, włącza się w tę akcję i zajmuje się sferą organizacyjną. Jest członkiem Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Radomsku.
Grzegorz Ciepielewski
Nauczyciel w szkole w Kietlinie, harcerz od zawsze, instruktor ZHP, miłośnik wspinaczki, który popularyzuje taki sposób spędzania wolnego czasu, także na ściance wspinaczkowej w Powiatowej Hali Sportowej, organizator zawodów Megawspin.

Na co dzień ojciec i mąż, który jednak nie potrafi usiedzieć na miejscu. Ci, którzy znają go od dawna, wiedzą, że chęć działania była w nim zawsze. Jedni tłumaczą to faktem, że Grzegorz jest harcerzem, a w tej organizacji na lata zostają tylko ci, którzy chcą robić więcej niż inni. - Bo harcerze już tak mają - można od nich usłyszeć. Inni mówią: jakby nie był harcerzem i tak by coś robił, bo on już tak ma.
Czas wypełnia mu praca w szkole w Kietlinie. Tam oprócz prowadzenia lekcji ze swoimi uczniami, organizuje inne akcje. Kilka razy już uczniowie bili rekord w jednocześnie prowadzonych resuscytacjach, czyli masażu serca. Szkoła i uczniowie włączali się w ogólnopolską akcję i chętnych do udziału nigdy nie brakowało. Grzegorz zaraża entuzjazmem i pozytywnym nastawieniem. Nawet jeśli wszystko się wali, on i tak znajdzie rozwiązanie, żeby to, co zostało zaplanowane, się udało. I udaje się.
Ze swoimi uczniami ma bardzo dobry kontakt. I nie ogranicza go tylko do 45 minut lekcji. Często organizuje, aż chce się powiedzieć: jak to harcerz, wycieczki. I nie ukrywa, że jeśli czasem trzeba, to potrafi do takich wypadów dołożyć swoje pieniądze. Bo brak kilku złotych nie może w tym przeszkodzić, a nie będzie wołał od uczniów. Za te wycieczki zresztą czasem mu się obrywa, bo dzisiaj rodzice są nieco inni niż kilkanaście lat temu. I bywa, że bardzo opiekuńcza, żeby nie powiedzieć, że nadopiekuńcza mama, przestrzega syna lub córkę, żeby nie biegali, bo się spocą i przeziębią. Mają mnóstwo uwag i zaleceń dla Grzegorza, dotyczących tego co ich dzieciom wolno, czego nie i dlaczego. A najchętniej to by ich w ogóle nie puszczali, bo zawsze może się coś wydarzyć. Na koniec okazuje się, że dzieci i młodzież świetnie sobie radzą, mało tego, wysiłek fizyczny tak im się podoba, że wkrótce domagają się kolejnego wyjazdu. I Grzegorz go organizuje. Nawet jeśli zauważa, że czasem weźmie sobie na głowę nieco za dużo i nie czuje się najlepiej.
- Masz gorączkę, ale obiecałeś, że coś zrobisz. Ubierasz się wtedy, jedziesz i robisz. Po prostu działasz - mówił Gazecie w maju. Grzegorz Ciepielewski znany jest także z tego, że wspina się on, jego żona i córka. Często całą trójkę można spotkać w powiatowej hali na ściance wspinaczkowej, gdzie nie tylko sami pokonują kolejne układy chwytów, ale uczą wspinaczki tych, którzy stawiają pierwsze kroki. I organizują Megawspin. Imprezę, na którą z roku na rok przyjeżdża coraz więcej uczestników. Organizatorzy gwarantują świetną atmosferę, nie tylko sportowego współzawodnictwa. Wielu wspinaczy udział w Megawspinie wpisuje w swój kalendarz już na początku roku.
Edmunda Bodanka
Prezes Grupy Literackiej Ponad

Emerytowana nauczycielka geografii. Jest członkinią Polskiego Towarzystwa Historycznego, Towarzystwa Przyjaciół Muzeum w Radomsku. W obu zasiada w zarządach, w PTH jako sekretarz. Podobnie jest z Polskim Związkiem Emerytów, Rencistów i Inwalidów, gdzie też była sekretarzem, a obecnie jest przewodniczącą Komisji Rewizyjnej. W 2015 roku wstąpiła do Jankowskiego Klubu Literackiego. Od lat należy do Grupy Literackiej Ponad, od 2007 roku pełni w nim funkcję prezesa.
Dzięki niej grupa stała się stowarzyszeniem i rozwinęła skrzydła. Korzystają z każdej okazji, by zaistnieć publicznie ze swoją twórczością. Na swoim koncie mają więc bardzo wiele tomików ze swoja poezją. Co roku wydają przynajmniej jeden, a czasami dwa w roku. W ramach stowarzyszenia organizuje warsztaty poetyckie na terenie powiatu, w Krzętowie czy Kobielach Wielkich.
Uczestniczy w konkursach literackich, nawiązuje kontakty i współprace z podobnymi grupami na terenie kraju. Kierowane przez panią Edmundę stowarzyszenie organizuje też imprezę na skalę kraju. To Noc Poezji i Muzyki, na którą przybywają poeci z różnych zakątków kraju. W tym roku odbyła się już trzecia edycja. Obecnie przygotowują „cegiełkę” w postaci broszury z wierszami na renowację płyty nagrobnej Henryka Fajta.
Pani Edmunda to dusza artystyczna. Od zawsze interesowało ją malarstwo, sama w tym kierunku się nie rozwinęła, ale kolekcjonuje obrazy. Ma w swoim domu prace radomszczan, m.in. Stanisława Imienińskiego, Barbary Woch, Katarzyny Kabzińskiej. Pracując przez lata w szkole jako nauczycielka geografii etat uzupełniała nauczaniem muzyki i plastyki. To były pierwsze okazje, by samemu coś tworzyć. Należało przygotować akademię, zająć się aranżacją. Zrobienie dekoracji wymaga narysowania czegoś. Poza tym interesuje się historią lotnictwa, przyrodą, zabytkami, podróżami, muzyką poważną, operetką. Ale dopiero z czasem przyszła poważniejsza twórczość. Właściwie dopiero na emeryturze za namową koleżanki wysłała swój wiersz na konkurs do Przedborza. Debiut okazał się bardzo udany, znalazła się wśród nagrodzonych i to zachęciło ją do dalszego pisania.
Przemysław Jafra
Miłośnik sportu, w tym jazdy na rowerze, który pomyślał, że w mieście powinno działać koło PTTK.

Niektórzy kierowcy przejeżdżają w ciągu roku mniej kilometrów niż on na Gwidonie. Zastanawiacie się, a może nawet śmiejecie, że jeździ na Gwidonie? Jeździ, bo tak nazwał swój rower. A na rowerze ma licznik, który po 12 miesiącach pokazuje na przykład 7000 kilometrów. Prawda, że imponujące?
Swoje rowerowe wyprawy regularnie opisuje na blogu Gwidonem przez Polskę. Czasem te relacje pojawiają się niemal zaraz po tym jak dotrze do domu. Trudno sobie wyobrazić, że po przejechaniu nawet 200 kilometrów ma jeszcze na to siłę. To jednak zaprawiony w bojach rowerzysta, który żadnej trasy się nie boi. Ma swoje jasno określone zdanie na temat kierowców, rowerzystów i rowerowych ścieżek w Radomsku i innych miastach. I nie waha się go głośno wypowiadać.
Za sprawą Przemka i jeszcze kilku zapalonych rowerzystów odrodziło się radomszczańskie koło Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego. Po około 10 latach przerwy radomszczanie mają oddział PTTK w swoim mieście. Kto pamięta książeczki, do których podczas górskich wędrówek w schroniskach na szczytach ktoś wbijał kolejną pieczątkę? I po zdobyciu wymaganej liczby szczytów można było szczycić się najpierw brązową, potem srebrną i wreszcie złotą odznaką PTTK?
W ciągu niecałych czterech lat, kiedy koło zostało reaktywowane i prezesuje mu Przemek, zapisało się do niego blisko 40 osób. Będąc członkiem można liczyć na bonusy i zniżki w schroniskach i miejscach, które z PTTK współpracują. Będąc członkiem trzeba też opłacić ubezpieczenie, o którym niektórzy turyści nie myślą, a które może okazać się bardzo ważne.
Przemek, jako rowerzysta, najbardziej lubi wyprawy na dwóch kółkach, ale nie zamyka się przed innymi formami aktywnego wypoczynku. Jest otwarty na każdą propozycję. Na razie jednak w kalendarzu dominowały wyprawy rowerowe, planowane i organizowane przez niego. Jak mówi, jest stałe grono najbardziej czynnych członków, którzy stawiają się starcie każdego z rajdów. Niezależnie od pogody, bo ta czasem nie rozpieszcza. A dla niego nie ma złej pogody do jazdy na rowerze. Może być tylko źle przygotowany do warunków rowerzysta, a z tym przecież zawsze da się coś zrobić.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze