Piszcie do nas, co sądzicie o decyzji Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji. Wyraźcie swoją opinię, opiszcie emocje. Jesteście przeciw czy za? Kto chce, temu zagwarantujemy anonimowość. Przesyłajcie swoje komentarze na adres aa@radomszczanska.pl.
Kompromis jest jakoby w miarę realnym odzwierciedleniem sloganu negocjacyjnego „win – win”. W miarę realnym, bo przecież obie strony i tak wiedzą, że nie są w pełni zwycięzcami. Coś ugrały, coś straciły. Kompromis aborcyjny z 1993 roku też nie był ideałem, ale obu stronom sporu światopoglądowego dawał namiastkę takiego poczucia: coś oddaliśmy ale też coś nam zostało. Niestety, pojawiło się kilka organizacji którym takie status quo nie odpowiadało. Postanowiły go zburzyć. Prób było wiele. Mrówcza robota, prowadzona przez kilka lat, zaowocowała niedawną dyspozycją z Nowogrodzkiej przesłana do Trybunału Konstytucyjnego*.

Od dłuższego już czasu mam przeświadczenie, że w Polsce Konstytucja jest tylko po to, żeby Trybunał Julii Przyłębskiej mógł z niej wyciągać błędne wnioski. 22 października 2020 tylko się w tym przekonaniu utwierdziłem. O niezgodności wydanego wyroku z konstytucja trąbi cały internet więc nie ma powodu powielać tych opinii. O dzisiejszej akcji ze zniczami też. Bluzgi i hejt z obu stron wylewa się strumieniami i pewnie będzie tak jeszcze długo. Mamy zatem kolejny rów, kolejną przepaść, kolejną linię podziału, która gdzieś tam podskórnie w świadomości nas wszystkich istniała, a teraz wyraźnie wypchnięto ja na wierzch. Tak, dokładnie, ten podział został wyeksponowany celowo a narzędziem ekspozycji stał się organ, który z założenia miał łączyć a nie dzielić. Miał…
Ale na inny aspekt chciałbym zwrócić uwagę. Ta linia podziału wcale nie jest tak oczywista, jak wielu osobom się wydaje. Daliśmy sobie ten wzorzec podziałów narzucić. Prawica i lewica. Katolicy i ateiści. Konserwy i liberałowie. To wcale nie jest tak. Te wskazane „kontrgrupy” wcale nie są takie oczywiste i jednoznaczne. Tak naprawdę ludzie dzielą się tylko na dobrych i złych.
Jestem katolikiem. Wierzę w Boga. To moja świadoma i przemyślana decyzja. Dobrze mi z tym. Znajduję w wierze siłę i oparcie. I żeby było jasne - jestem przeciwnikiem aborcji „dla kaprysu”. Szanuję życie. Każde życie. Ale mój kościół to nie jest skostniała instytucja reprezentowana przez większość polskich hierarchów.
Mój kościół to moje życie. To miłość i miłosierdzie. To nadzieja. To wiara. To dobro. To jest to, o czym mówił Jezus Chrystus i co tak często musi przypominać papież Franciszek. A mianowicie - miłość i miłosierdzie... wyrażane, nie formułkami klepanymi na klęczkach, ale przez szacunek dla drugiego człowieka. Ten szacunek to nie jest „dzień dobry” powiedziane sąsiadce czy ustąpienie miejsca w autobusie. Prawdziwy szacunek dla innego człowieka to pozostawienie mu prawa do wyboru, do podjęcia decyzji, do życia po swojemu nawet wtedy, gdy to jest odległe od moich przekonań. Ja, katolik, myślących inaczej szanuję, nawet gdy mogę się z nimi nie zgadzam. I dlatego pozostawiam im prawo wyboru. Choćby nawet ten wybór, widziany z mojej perspektywy światopoglądowej, był niewłaściwy. Wczorajsze odczytanie zaleceń Kaczafiego przez Trybunału Julii Przyłębskiej wielu osobom to prawo wyboru odebrało. I to bardzo mi się nie podoba. Ja uważam, że stało się źle. Bardzo źle.
Ustalenia z 1993 to był kompromis. Zgniły kompromis. Wielu tak do końca nie zadowalał. Ale był. I dawał choćby częściowe prawo wyboru. Teraz go już nie ma. Źle się stało. Skutki będziemy odczuwać jeszcze długo.
I tak przy okazji proszę o niewrzucanie mnie do jednego worka z ortodoksami. Podział wcale nie jest taki oczywisty.
* celowo nie używam określenia Trybunał Konstytucyjny.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze