Reklama

Chcesz obiad? Najpierw na jagody. Jak budowano Biały Brzeg [Radomsko sprzed dekady]

04/04/2026 10:30

Dziś dla wielu rodziców to byłby szok. Wakacje bez bieżącej wody, dzieciaki obierają w kuchni ziemniaki, a po posiłkach sami myją naczynia w… strumyku? Sami zapomnieli, że tak się spędzało wakacje. W Białym Brzegu.

 

Czym żyliśmy dekadę temu? Zajrzeliśmy do Gazety Radomszczańskiej z 2016 roku

Jesteśmy w mieszkaniu Mariana Stalki, harcmistrza, instruktora Hufca Radomsko, dziś emeryta. Wokół mnóstwo pamiątek harcerskich z dawnych lat - plakietki, fotografie, znaczki, a także kolejne wydania niskonakładowych zeszytów, tworzonych na hufcowym komputerze, dotyczących głównie historii radomszczańskiego harcerstwa. Marian Stalka nadzoruje przygotowanie niemal każdego numeru. Obok siedzi Zdzisław Gebauer, harcmistrz, emerytowany nauczyciel i wciąż czynny instruktor hufca.

Reklama

Rozmawiamy o stanicy w Białym Brzegu. Stalka i Gebauer wiedzą na jej temat wszystko. W zasadzie trudno byłoby znaleźć radomszczanina po trzydziestce, który o stanicy nie słyszał, wielu tam spędzało wakacje i ma piękne wspomnienia. Kto jednak pamięta, kiedy zdecydowano o jej budowie, jak wyglądały początki i dlaczego Biały Brzeg stoi właśnie tam?

Jest województwo, jest decyzja

- Niedawno w trakcie remontu rozbieraliśmy jedną z drewnianych ścian w budynku mieszkalnym. Znaleźliśmy gazetę z 1979 roku oraz butelkę. Gazetę do tej pory mam w swoich zbiorach, a do butelki włożyliśmy list i ponownie ją ukryliśmy, tym razem pod ziemią - opowiada Marian Stalka.

Reklama

Zanim radomszczańscy harcerze zaczęli spędzać czas w okolicach Przedborza, wyjeżdżali na obozy m.in. do Krzętowa, Maluszyna, Kraszewic, Wilkowic nad Pilicą. Raz, w lipcu 1957 roku, obóz odbył się właśnie tam, gdzie później stanął Biały Brzeg.

- W Wilkowicach pierwszy raz byliśmy w 1963 roku. Od 1971 to była taka nasza stała baza, z dwoma albo nawet trzema turnusami w sezonie - wspomina Zdzisław Gebauer.

Członkowie hufca ZHP w Radomsku ciągle jednak marzyli, aby mieć własna stanicę, z odpowiednią infrastrukturą i sprzętem. Teren, na którym organizowano obozy w Wilkowicach, należał do osób prywatnych. To uniemożliwiało inwestycje.

Reklama

W 1975 roku powstało województwo piotrkowskie. Wtedy pojawiła się szansa na własną stanicę.

- Mieliśmy wsparcie od osób decyzyjnych. Nie bez znaczenia był fakt, że zastępcą komendanta chorągwi piotrkowskiej został radomszczanin Janusz Suchan. Z kolei I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR był wtedy Stanisław Kolasa, pilot, pokrewna dusza, sympatyk ruchu harcerskiego. Te osoby nam bardzo pomogły - opowiada Marian Stalka. - Przyglądaliśmy się rozwiązaniom z Wielkopolski. Podobała nam się stanica należąca do Piły, nawiązaliśmy kontakt z tamtejszą chorągwią. Gdyby spojrzeć na plany bazy z Piły oraz Białego Brzegu, to stanice wyglądają podobnie - dodaje.

Reklama

W październiku 1978 władze wyraziły zgodę na budowę sześciu stanic w okolicach rzeki Pilicy. W hufcu rozpatrywano różne koncepcje umiejscowienia obiektu. - Jeden z naszych instruktorów bardzo chciał, aby to były Wilkowice, bo tam jeździliśmy w poprzednich latach. Mielibyśmy potem kłopot, jak stanica w Mrowinie - opowiada Stalka. Ta należała do innych hufców województwa. Postawioną ją na prywatnym terenie i gdy po 1989 roku działka wróciła do pierwotnego właściciela, stanica upadła.

Drzewa wystające z dachu

W sprawie lokalizacji stanicy najwięcej do powiedzenia miał nadleśniczy Nadleśnictwa Radomsko Paweł Kamiński. To on wyraził zgodę, aby w lasach należących do państwa cokolwiek wybudować. Wskazał możliwe trzy lokalizacje: pierwszą blisko Pilicy, niedaleko gajówki, drugą na terenie zalewowym, i trzecią - tam, gdzie dziś stoi stanica. - To miejsce nam się najbardziej spodobało, zwłaszcza że była tam już droga dojazdowa - mówi Stalka.

Reklama

Nowa stanica miała zostać wybudowana w sosnowym lesie. - To najpiękniejszy las, jaki widziałem w stanicach. A byłem w wielu - mówi z zachwytem Zdzisław Gebauer.

Prace rozpoczęto 1 marca 1979 roku. W komitecie budowy znaleźli się: Marian Patek (I sekretarz Komitetu Miejskiego PZPR), Mirosław Gajda (naczelnik miasta), Wojciech Mikołajczuk (komendant hufca), Tadeusz Pintera (kierownik budowy) oraz Marian Żurawski (inspektor nadzoru). Nadzór polityczny z ramienia Komitetu Wojewódzkiego PZPR prowadziła sekretarz Ewa Trojanowska. Wszystkie prace budowlane koordynował mistrz Andrzej Szadkowski z Przedsiębiorstwa Budownictwa Komunalnego w Radomsku.

Reklama

- Większość pracowników codziennie dojeżdżała do Białego Brzegu, ale byli i tacy, którzy nocowali tam w barakowozach. Zwłaszcza podczas prac wykończeniowych - mówi Gebauer.

- Podczas budowy wycięto zaledwie 12 drzew. Zaprojektowano budynki tak, by oszczędzić przyrodę. Z niektórych dachów wystawały rosnące drzewa. Tak było np. w budynku administracyjnym. Po prostu wycięto dziurę w eternitowym dachu - wspomina Stalka.

Pierwszym pracownikiem stanicy był Stefan Koń. Na co dzień mieszkał w pobliskich Rączkach. Był portierem. Później zatrudniono także trzech innych członków jego rodziny. Ale Stefan Koń pracuje w stanicy do dziś, a nawet tam na stałe mieszka, w specjalnie dla niego zbudowanym domu. Wcześniej mieszkał w jednym z pawilonów i ten, kto dawniej odwiedzał stanicę, pamięta go zwykle przesiadującego w oknie.

Reklama

Woda z beczkowozu

Każdy element stanicy budował inny zakład pracy. Pawilon administracyjny Mostostal. Dwa budynki mieszkalne powstały dzięki ZPM im. Gwardii Ludowej (Fameg). Umywalki i ubikacje to było zadanie dla Wojewódzkiej Usługowej Spółdzielni Pracy i Komuny Paryskiej. Kuchnię zbudował Peberol i PBK. Wtedy w stanicy były tylko cztery prysznice, teraz jest ich kilkanaście. Prace związane z elektrycznością wzięli na siebie Zakład Energetyczny, Cerbudowa, Peberol oraz technikum elektryczne. Drogę dojazdową wykonał Rejon Dróg Publicznych z Radomska. Brama i płot przypadły Fabryce Maszyn. Drewniana budka wartownicza, która stoi obok głównej bramy, nie została zmieniona od początku - to ta sama konstrukcja, co w 1979 roku.

Wszystkie zakłady pracowały na stanicy równocześnie. Ponoć ówczesny naczelnik Radomska Mirosław Gajda ufundował specjalną nagrodę dla ekipy, która jako pierwsza odda do użytku swoją część. Ze zwycięstwa miała cieszyć się ekipa Mostostalu, która zakończyła prace już po dwóch miesiącach.

Reklama

Oficjalne otwarcie zaplanowano na 22 lipca. Wtedy - państwowe święto. Ale pierwsze obozy harcerskie rozpoczęły się już 16 czerwca. - W dwóch budynkach mieszkalnych w trakcie dnia pracowały jeszcze ekipy remontowe, więc na noc wstawiano tam łóżka dla najmłodszych harcerzy - wspomina Marian Stalka. - Każdego dnia przyjeżdżały dwa beczkowozy z Przedborza z wodą do mycia i gotowania.

- Pierwsza brama wyglądała zupełnie inaczej niż teraz. To były kołki połączone poprzeczką. W środku był szlaban - opowiada Zdzisław Gebauer. - Któregoś dnia harcerze wieźli na stanicę metalowe konstrukcje do budowy jednego z magazynów oraz kontener z przyspawanym kawałkiem szyny. Przejeżdżając przez bramę, zahaczyli o nią. Brama upadła i trzeba było ją budować od początku. Charakterystyczną, znaną do dziś formę, brama ma od lat 90. Na pomysł jej budowy wpadł wówczas komendant hufca Marek Duszyński. Niedawno całkowicie wymieniliśmy deski, gdyż dach już nie wyglądał zbyt dobrze - mówi Gebauer.

Reklama

Obiad? Najpierw na jagody

Kuchnię w stanicy uruchomiono dopiero w sierpniu. - Tam położono mnóstwo betonu. Zanim to wszystko wyschło, zanim uzbroiliśmy kuchnię w odpowiednie sprzęty, minęło trochę czasu - mówi Marian Stalka. - Początkowo na zewnątrz, pod prowizoryczną blaszaną wiatą, ustawiliśmy trzy parniki, z których największy nazywał się Batory. Szefową kuchni była Wanda Warcicka, która jeździła z nami jeszcze wcześniej na obozy do Kraszewic – mówi Stalka.

- Wtedy kuchnia polowa służyła głównie do gotowania ziemniaków oraz do podgrzewania wody. Obok był namiot higieniczny, w którym można było się umyć. Kiedyś znaleźliśmy ramki i stojaki od tej polowej kuchni - mówi Zdzisław Gebauer. - Nawet jak już uruchomiono kuchnię w budynku, to polowa nam jeszcze przez jakiś czas służyła.

Reklama

Gotowanie w środku lasu na kuchni polowej obiadu dla kilkuset osób to musiało być wyzwanie.

- Pani Wanda to była niesamowita kobieta! Potrafiła wydać nawet 500 obiadów jednego dnia! Bardzo ciężko pracowała, a mimo tego miała jeszcze siłę na wygłupy. Wieczorem posypywała mąką swoją twarz i włosy, z kartofla robiła sobie zęby, przebierała się za Babę Jagę i chodząc po stanicy straszyła najmłodszych. Oczywiście było dużo śmiechu - opowiada Stalka. - Gotowała bardzo dobrze. Pamiętam jak kiedyś wszyscy zostali wysłani na jagody. Potem pani Warcicka zrobiła obiad, po dwa duże pampuchy z sosem jagodowym.

Obozowicze sami musieli pomagać w przygotowywaniu posiłków. Obierali ziemniaki, przelewali wodę z beczkowozów, zmywali.

- To były czasy, gdy w Polsce był kłopot z dostaniem wielu towarów, np. mięsa. Kupowaliśmy więc świnię i pod nieobecność dzieci przygotowywaliśmy mięso. Kiedyś jedna ze świń nam uciekła! Nie mogliśmy jej schwytać. Jeden z instruktorów wpadł na pomysł, żeby zrobić dla niej błoto, wtedy zwierzę na pewno zainteresuje się takim miejscem i będzie łatwiej ją złapać – wspomina ze śmiechem Zdzisław Gebauer. - Innym razem w trakcie burzy wyłączono nam prąd, a mieliśmy akurat pełne lodówki mięsa. Mężczyźni kręcili więc mięso w maszynkach, a kobiety smażyły kotlety. Przez cały tydzień potem mieliśmy mielone na obiad.

Uczestnicy obozów nie myli swoich naczyń tam gdzie obecnie, czyli obok kuchni. Trzeba było iść do pobliskiego strumyka i wyszorować menażkę piaskiem. - Jeśli ktoś nie wypucował jej odpowiednio, to instruktor wyrzucał takiemu harcerzowi menażkę w krzaki. Oczywiście to były żarty. Dopiero z czasem zainstalowano zmywak z boku kuchni i wszystko odbywało się już na terenie stanicy - mówi Gebauer.

W trudnych czasach trzeba było zdobywać nowe, czasem nietypowe doświadczenia. - Pamiętam pierwsze obozy, organizowaliśmy wszystko od początku. Kierownikiem masarni w Dobromierzu, gdzie zaopatrywaliśmy się w mięso, był Czesław Gawroński, zwany Rajtuzem. Pan Gawroński obsługiwał nas zawsze w pierwszej kolejności, bo załatwiliśmy mu kiedyś wykonanie noży i specjalnych siatek tnących w Fabryce Maszyn w Radomsku. Innym razem kierownik pewnego dużego magazynu pomógł nam w zaopatrzeniu w artykuły spożywcze. Zrobił to również dlatego, że na obozie przebywał wówczas jego syn. Skorzystaliśmy wszyscy. W tamtych czasach takie przysługi pomagały nam w prowadzeniu stanicy. Wszyscy sobie wzajemnie pomagaliśmy – mówi Marian Stalka.

Nauka życia

Otwarcie 22 lipca 1979 roku odbyło się z wielką pompą. To był 144 dzień od rozpoczęcia prac. - Pamiętam, że wtedy wszyscy zmobilizowaliśmy się, aby założyć piaskowe krótkie koszule mundurowe z czerwoną krajką z trzema paskami. To jeden z niewielu momentów, kiedy instruktorzy naszego hufca wyglądali identycznie. Pierwszy apel zgrupowania obozów poprowadził Paweł Łukomski, zwany Skuterem - wspomina Stalka.

Stanica otrzymała od razu imię XXXV-lecia PRL. Dziś o tym fakcie przypomina już tylko pamiątkowa tablica przytwierdzona na zewnętrznej ścianie stołówki.

Po oficjalnym otwarciu, dla władz, budowniczych oraz wybranych instruktorów w okolicach pobliskiej gajówki odbyła się impreza podsumowująca. Instruktorzy wykorzystali okazję i poprosili o wsparcie w wyposażeniu. - Dostaliśmy obietnice zakupu 10 rowerów oraz telewizora kolorowego - chwali się Marian Stalka. - Niektórzy sami przychodzili do nas i pytali, czego nam potrzeba. Tak było z Nikodemem Friemanem, dyrektorem zakładu Cerbudowa. On pomagał nam m.in. w sprawach związanych z elektrycznością - dodaje.

Stanica bardzo się zmieniła przez te kilkadziesiąt lat.

- Pamiętam, że na początku przebywały tu przede wszystkim obozy radomszczańskie, teraz jest wprost przeciwnie, większość przyjeżdża z Polski - mówi Gebauer.

- Kiedyś harcerze musieli pracować na kuchni, uczyli się dzięki temu życia. Każdy z obozów organizował jakąś imprezę dla pozostałych grup ze stanicy. Mógł to być festiwal albo gra terenowa. Prowadzono też piękne kroniki - wspomina Marian Stalka.

Teraz wszystko jest w internecie, na Facebooku i nie przykłada się już takiej wagi do tworzenia kronik ze zdjęciami, do opisywania wydarzeń na papierze.

- Widziałeś totemy i elementy dekoracyjne na placu apelowym? - pyta mnie na koniec Marian Stalka. - Oczywiście, że widziałem - odpowiadam. - To wszystko pozostałości po kolejnych obozach. Nie wolno tego zniszczyć, bo kiedyś ludzie włożyli w to swoją pracę - tłumaczy Marian Stalka.

Paweł Dudek, gazeta@radomszczanska.pl

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/04/2026 10:32
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości