Reklama

Dlaczego jesteśmy właśnie tacy? Andrysiak: Czuję, że jestem winny Państwu opowieść

Dlaczego tak wiele energii w Gazecie Radomszczańskiej poświęcamy nie tylko na to, co się dzieje w naszej lokalnej społeczności, ale też na kontrolę władzy oraz analizę procesów i zjawisk, które Radomska dotykają? Jak widzimy swoją rolę?

Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Za wszystkie gratulacje, głosy wsparcia, lajki. Jeszcze w tym tygodniu odbierałem od Państwa wiadomości, SMS-y i telefony z ciepłymi słowami. Przyznaję: to wspaniałe uczucie. Tytuł Dziennikarza Roku Grand Press jest dla mnie tym istotniejszy, że nie jest przyznawany przez jury, a polskie redakcje. W tym roku głosowało 88. Choć był dla mnie bardzo zaskakujący, odbieram go jako uznanie dla naszej Gazety i innych niezależnych redakcji lokalnych.

Dziś czuję, że jestem Państwu winny opowieść. Ona nigdy na łamach Gazety Radomszczańskiej nie wybrzmiała, bo też pisanie o mediach powinno być domeną medioznawców bądź dziennikarzy branżowych. Czasami jednak kontekst jest dużo szerszy. Bo opowieść o tym, dlaczego jesteśmy właśni tacy, dlaczego Gazeta Radomszczańska tak wiele miejsca poświęca kontroli władzy, jak widzimy swoją rolę i miejsce, nie jest tylko naszą opowieścią. Należy także do naszych Czytelników.

Reklama

Ale aby dojść do sedna, muszę zacząć od pewnej rewolucji. Trwa od kilkunastu lat, wcale się nie zakończyła i wcale nie dotyczy bezpośrednio Internetu. To rewolucja informacyjna, nie - informatyczna.

Gdzie to się zaczęło

Jeszcze na początku dwudziestego pierwszego wieku głównym źródłem informacji była prasa. Portale raczkowały (kto pamięta, że Onet założyło wydawnictwo wydające przewodniki turystyczne?), a telewizje i rozgłośnie radiowe skupione były na relacjonowaniu wydarzeń bieżących. Tym oczywiście zajmowały się wszystkie redakcje, ale prasa zajmowała się czymś więcej: zaglądaniem pod dywan. Władzy, biznesowi. Analizowała wydarzenia, nie tylko je relacjonowała. W telewizjach nie było jeszcze reportaży śledczych, podcasty dopiero raczkowały, a stacje informacyjne, jak TVN24, Polsat News, TVN Info szukały pomysłu na siebie.

Reklama

Podobnie było na poziomie lokalnym. Jeśli mieszkaniec chciał się czegoś dowiedzieć, sięgał po gazetę. Tam były informacje o inwestycjach, o działaniach radnych, urzędów, ludziach, wydarzeniach, imprezach. Jeden ważny aspekt definiował media jako takie - weryfikacja. Obojętne, jak wtedy (i dziś) nie oceniamy dziennikarstwa, podpada ono pod ścisłe mechanizmy kontrolne. Przede wszystkim prawo prasowe. To ono definiuje technologię powstawania informacji, ono nakłada karby i ograniczenia na redakcję i dziennikarzy, nakazując im zachowanie określonych zasad. Przede wszystkim - dążenie do prawdy, weryfikację informacji i różnorodność źródeł. Gdy te zasady są łamane, bohaterowie publikacji mogą w pierwszej kolejności je prostować, w drugiej - dochodzić roszczeń przed sądem.

Reklama

Informacja przez lata była płatna. Płaciło się dwoma walutami. Pieniędzmi - za gazety, czasem - za radio i telewizję. Czas odbiorcy wbrew pozorom ma swoją wartość i branża reklamowa potrafi go precyzyjnie wycenić. Oglądając telewizję i słuchając radia płaciliśmy właśnie swoim czasem.

Ale pojawił się Internet. Świetne narzędzie, doskonały kanał dystrybucji informacji, powszechny i błyskawiczny. Rynek medialny potrafi go wykorzystać i dziennikarstwo się tam odnajduje. Ale wraz z mediami społecznościowymi zmieniło się coś jeszcze - powstała wielość źródeł. Każdy, z dowolnego miejsca na ziemi, może napisać, co chce, co wie, co uważa. To bardzo dobre z punktu widzenia debaty publicznej, bo wzmacnia demokratyzację, jednak zabójcze dla weryfikacji. Media społecznościowe zdjęły z piedestału autorytety (to chyba dobrze), ale nie dały nic w zamian.

Reklama

Przełożę ten problem na praktykę. Załóżmy, że dwoje ludzi dyskutuje w Internecie o tym, czy trzeba obniżyć stopy procentowe. Po jednej stronie doktor ekonomii, po drugiej budowlaniec. Przerzucają się faktami. Ale jak zweryfikować, które są prawdziwe? Za profesorem stoją publikacje, można poszukać, potwierdzić. A za budowlańcem? (To zawód przykładowy, chodzi o specjalizację). Może i racja stoi po jego stronie, może ma doskonałą wiedzę, zna i rozumie mechanizmy, siedzi z nosem w ekonomicznych pismach naukowych, ale jak to potwierdzić? Jeśli jeszcze poda źródła, można próbować, ale jeśli nie?

W dodatku istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że któryś z nich (albo obaj) mylą opinie z faktami, uznając je za równoprawne w dyskusji i stosując zamiennie. Opinii nie da się zweryfikować, dlatego pod te dziennikarskie reguły nie podpadały. Ale media społecznościowe lubią opinie, bo wzbudzają emocje. Dzięki nim wzrasta zaangażowanie użytkownika, co oznacza większe zasięgi i możliwość sprzedaży reklam.

Reklama

W Internecie każdy głos jest więc równoprawny i każdy ma taką samą wagę. Dodatkowo Facebook, X (Twitter) i TikTok (w skrócie: F/X/T) skutecznie wykorzystują model bańki informacyjnej. To mechanizm oparty na algorytmie, który podsuwa nam treści podobne do tych, które nas wcześniej zainteresowały. Przykładowo: gdy kilka razy klikniemy w treści polityczne, na naszych wallach na F/X/T będziemy widzieć więcej takich treści. Mechanizm schodzi bardzo głęboko - jeśli klikniemy na treści prawicowe, dostaniemy kolejne prawicowe, jeśli lewicowe - podobnie. Może się wydawać, że to dobrze, bo algorytm podsuwa nam treści, które nas interesują i ogranicza te niezgodne z naszymi zainteresowaniami. Gdy dotyczy to rozrywki, ma to sens. Ale gdy dotyczy spraw publicznych?

W efekcie w mediach społecznościowych obcujemy z poglądami zbieżnymi z naszymi. Nieraz pewnie Państwo słyszeli zwolennika PO, który dziwił się, że PiS wygrywał. Przecież żadnych głosujących na PiS nie znał. I odwrotnie. Dla debaty to zabójcze, bo nie dość, że nie stykamy się z innymi poglądami, to często nawet nie wiemy, że one istnieją.

Reklama

Mamy więc Internet pełen treści, które trudno zweryfikować, których źródła bardzo często nie znamy (tu już kłania się rosyjska propaganda, która właśnie na tym opiera swoją skuteczność) i dziennikarzy, o których jako społeczeństwo myślimy coraz gorzej. Dlaczego? To w dużej mierze efekt szatańskiego pomysłu, który pojawił się kilkanaście lat temu. Skoro w społeczeństwie jest tak wielka polaryzacja polityczna, zróbmy media, które pokazują tylko to, co się zgadza ze światopoglądem odbiorców. Prawicowy obraz świata dla prawicowców, liberalny dla liberałów, lewicowy dla lewicowców. Po co odbiorcę denerwować i wyprowadzać ze strefy komfortu, jak można go nieustająco głaskać. Odbiorcy te media pokochali (wbrew wyobrażeniom niektórych), w dodatku zaczęli uznawać, że prawdziwe jest tylko to, co się zgadza z ich światopoglądem. Wszystko inne to kłamstwo. Dziennikarze z mediów, z których korzystamy, mówią prawdę, wszyscy inni to kłamcy.

Oczywiście: i odwrotnie.

Reklama

Ta rewolucja wciąż trwa, a na horyzoncie rysuje się straszna dla demokracji perspektywa.

Ekonomia zna termin „rozwarstwienie majątkowe”. To proces, gdzie najbogatsi pomnażają majątki, a biedniejsi biednieją. Według danych ONZ dziś 1 procent najbogatszych ludzi na Ziemi posiada około 40 procent całego majątku ludzkości, 10 procent najbogatszych posiada 85 procent majątku. Podobny proces przebiega w przestrzeni debaty publicznej, nazywa się to rozwarstwienie informacyjne.

Ten proces to pochodna zmian technologicznych i Internetu. Wytworzenie informacji zawsze kosztuje, co oznacza, że media muszą mieć model, w którym sfinansujemy koszty produkcji, jeśli dajemy odbiorcy informację za darmo. Stąd wzięła się klikbajtoza, czyli tworzenie treści tylko po to, by użytkownik w nie kliknął i by można było mu wyświetlić reklamy. Problem w tym, że na polskim rynku - podobnie jak na innych - istnieje duopol Google/Facebook. Ma już ponad 60 procent całego rynku reklamy Internetowej. Dla wszystkich pozostałych jest 40 procent. Stawki za reklamę Google i FB dla wydawców są tak małe, że widoczne pieniądze trafiają tylko do portali, których odsłony idą w miliardy miesięcznie.

Reklama

Wydawcy mają więc dwie drogi - albo opierać się na reklamie za pośrednictwem Google, albo przekonać odbiorców do płacenia. I tu właśnie pojawia się rozwarstwienie informacyjne. Rynek zmierza w stronę podziału: będzie około 10-15 procent odbiorców płacących za informacje (czy to za wydania papierowe, czy za subskrypcje) i pozostali, korzystający z informacji darmowych. Te pierwsze będą lepszej jakości, zweryfikowane i jakościowe, te drugie - oparte na klikbajtozie. Płacący będą uprzywilejowani - lepiej poinformowani i z lepszym dostępem do wiedzy. Dzięki temu będą faworyzowani na rynku pracy, będą mieli większe szanse na realizację ambicji i wyższe zarobki.

Znów: to zabójcze dla demokracji. Ale jak na razie nikt nie wymyślił modelu, w którym można inaczej sfinansować jakościowe dziennikarstwo.

Reklama

Gdzie w tym wszystkim jesteśmy my

Teraz wejdźmy do Radomska i Gazety Radomszczańskiej. Wiemy, jak zmienia się przestrzeń medialna na świecie, wiemy, że tym procesom podlegają wszyscy. Ale na poziomie lokalnym mamy coś jeszcze - profesjonalizację biur promocji urzędów. Ten proces dotyczy całej Polski samorządowej. Wydziały są coraz większe, produkują coraz więcej informacji. Co więcej, jeśli chodzi o informację dotyczącą inwestycji, wydarzeń, spotkań, działań urzędu, są z zasady uprzywilejowane - źródłami tych informacji są same urzędy i biura promocji.

Gdzie tu miejsce na media? Przecież to wszystko, o czym pisałem wyżej i co przez lata było główną treścią mediów lokalnych, jest wszędzie za darmo. Nikt za to nie zapłaci. A jak nie zapłaci, jak utrzymać dziennikarzy?

Reklama

Rozwiązaniem jest tak zwane wyodrębnienie puli. Przecież poza bieżącą informacją (jest na wszystkich portalach plus kanały urzędowe), jest jeszcze wielka pula wiadomości, których urzędy nie stworzą. Co więcej, będą chciały ją ukryć.

W małych miejscowościach miejscem, wokół którego skupia się życie polityczno-gospodarcze, są urzędy. Dokładniej - wójtowie/burmistrzowie/prezydenci. W wielkich miastach też są urzędy, ale są też uczelnie, think tanki, fundacje, partie, stowarzyszenia, więc tam debata jest różnorodna. U nas nie. Wójtowie/burmistrzowie/prezydenci chcą narzucać opowieści o gminie i mieście, chcą decydować, o czym debatować, co jest istotne, a co nie. W dodatku charakterystyczna dla lokalnego samorządu jest tak zwana folwarczność - decyzje zapadają zwykle jednoosobowo. A wielka władza, to wielkie pokusy. Jedynym skutecznym narzędziem na ograniczenie nieprawidłowości władzy jest kontrola. Dobrze, jeśli jeszcze jest opozycja, ale w wielu gminach wszyscy w radach są za. Dokładnie: za wójtem lub burmistrzem. Jak kontrolować? Jak dyskutować? Jak przestawiać konkurencyjne pomysły?

I tu wchodzimy my.

Poświęcamy tak wiele miejsca dyskusji o mieście i kontroli władzy właśnie z tych powodów. Bieżące informacje podajemy Państwu jak najszybciej na portalu radomszczanska.pl, ale nad tym, co dla miasta najważniejsze, wolimy się zatrzymać i pomyśleć. Nie spieszyć się. Mamy nadzieję, że to jest właśnie to, co możemy Państwu zaproponować unikalnego. Nie tylko śledztwa (te, wbrew pozorom, publikujemy ledwie kilka razy w roku), ale przede wszystkim własne informacje, których nie ma gdzie indziej i opowieść o tym, co jest ważne dla miasta i mieszkańców.

To dlatego nie relacjonujemy polityki, tylko zaglądamy pod dywan. To dlatego nie przyjmujemy do wiadomości opracowanego przez miasto raportu o mieście, tylko opracowujemy własny (w formie wydawnictwa książkowego mamy jeszcze kilkanaście egzemplarzy, jeśli ktoś chciałby się zapoznać). To dlatego przejmujemy na siebie obowiązki informacyjne spółki miejskiej i urzędu i publikujemy cykl materiałów o spalarni - tekstów i wideo - pokazujący największą planowaną miejską inwestycję z różnych perspektyw.

Zdaję sobie sprawę z uciążliwości, jakie nasza praca sprawia samorządowcom i urzędnikom. Losy naszych bohaterów bywają nie do pozazdroszczenia. Zdaję sobie sprawę z emocji, które wywołują nasze publikacje i ze zrozumieniem przyjmuję, że bywają odbierane bardzo osobiście.

Ale u podstawy tych działań leży przekonanie, że przejrzystość jest najważniejsza dla utrzymania standardów demokracji lokalnej. Oraz pewność, że media społecznościowe i blogerzy tego, o czym piszemy, mieszkańcom nie powiedzą. O wypadkach owszem, o wydarzeniach też (to też ważne), ale o tym, co inni chcą ukryć przed pinią publiczną - nie.

I tu widzimy swoje miejsce. Nie chcemy być podstawką pod mikrofon, przekaźnikiem niezweryfikowanych treści (mam zresztą nieodparte wrażenie, że głównym źródłem fejków na poziomie lokalnym są teraz władze, nie Internet). Chcemy być pewni, że sprawdziliśmy, że próbowaliśmy dotrzeć do prawdy.

I za to, mam nadzieję, zarówno ten tytuł Dziennikarza Roku, jak państwa gratulacje.

Jeszcze raz dziękuję.

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 08/01/2025 11:48
Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    HaHaHa - niezalogowany 2024-12-22 19:19:28

    Proszę o jakiś przykład kontroli władzy w starostwie... czy były jakieś materiały o staroście? Czy on jest taki kryształowy?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Redakcja - niezalogowany 2024-12-22 19:29:50

    Prosimy https://radomszczanska.pl/artykul/nowy-zaciag-tlustych-n1256470

    • Zgłoś wpis
  • Redakcja - niezalogowany 2024-12-22 19:35:34

    I tu https://radomszczanska.pl/artykul/grabarczyk-zasada-parafia-n1295662 Jeszcze?

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości