Dla radomszczańskich urzędników i samorządowców to nie jest dobra wiadomość. Można ich nazywać przygłupami i palantami. W zasadzie można pod ich adresem używać wszelkich inwektyw. I to publicznie. Tak orzekł Trybunał w Strasburgu w sprawie „Ziembiński kontra RP”. Ale jest dla nich i dobra informacja: można to robić tylko „sarkastycznie” i „ironicznie”. Na poważnie to ryzykowne.
Czym żyliśmy dekadę temu? Zajrzeliśmy do Gazety Radomszczańskiej z 2016 roku
Trudno ustalić, ile razy Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu orzekał w radomszczańskich sprawach, wiadomo jednak, że o radomszczańskim dziennikarstwie wypowiadał się dwukrotnie. Odwoływał się do niego ten sam człowiek, nieżyjący już Maciej Konrad Ziembiński, w latach 1994-2007 wydawca radomszczańsko-bełchatowskiego tygodnika „Komu i Czemu”. Pierwszą sprawę przegrał, w drugiej, w miniony wtorek, Trybunał orzekł, że racja leżała po jego stronie.
O wyroku zrobiło się głośno w kraju, bo orzecznictwo polskich sądów i stanowisko Trybunału w kwestii tego, ile praw mają osoby publiczne i jak bardzo chronione są ich dobra osobiste jest diametralnie różne. Aby jednak dokładnie zorientować się w sprawie i wyrobić sobie zdanie, trzeba wiedzieć, kto, o co i dlaczego. Odpowiadamy więc.
W wyszukiwarce Google na hasło „Maciej Konrad Ziembiński” wyskakuje 57900 wyników. Po zawężeniu poszukiwań do Radomska otrzymujemy 3070 linków. Urodził się w Kłomnicach, większość życia spędził w Radomsku. Mówił o sobie, że był radomszczuchem.
Kontrowersyjny - to słowo najczęściej powtarzają moi rozmówcy. W mieście bardzo znany. W latach 70. był działaczem partyjnym, kierownikiem powiatowego wydziału kultury. Potem dyrektorem szkoły podstawowej nr 2 w Radomsku i dyrektorem Miejskiego Domu Kultury. Po przełomie 1989 roku założył własną firmę zajmująca się handlem stalą, a w 1994 roku - tygodnik „Komu i Czemu”, potocznie zwany KiCz.
Opowiada Jacek Łęski, w latach 1992-2014 wydawca „Gazety Radomszczańskiej”: - Pomagałem mu robić pierwszy numer. Znaliśmy się wcześniej, to była zwykła przysługa. Poprosił mnie o pomoc, by my już wtedy wydawaliśmy „Radomszczańską” i wiedzieliśmy, jak to się robi. Pierwszy numer to była chyba platforma wyborcza ówczesnego wójta gminy Kłomnice, tak wnoszę, bo 80 procent materiałów było poświęconych właśnie jemu. Maciek dostarczył nam teksty pisane na maszynie, mój najmłodszy syn wprowadził je do komputera i wtedy okazało się, że aby to wszystko zmieścić, numer musiałby liczyć 60 stron. A miał mieć osiem. Skróciliśmy teksty, zredagowaliśmy, daliśmy mu namiary na drukarnię. Pamiętam, że pojawiła się też kwestia tytułu. Maciek chciał, żeby gazeta nazywała się „Komu i po co?”. Mówię mu: Maciek, co to jest za tytuł? Może niech będzie „Gazeta Kłomnicka”? Przemyślał sprawę i pierwszy numer wyszedł pod taką nazwą, ale z dopiskiem na pierwszej stronie „Komu i po co”. Przez pierwsze lata stosunki między gazetami były poprawne, między nami też. Pamiętam, że na piątą rocznicę „Radomszczańskiej” zamieścił u siebie gratulacje dla nas. Potem nasze drogi się rozeszły. Nie, wróć, Maciek mnie bezpardonowo zaatakował.
Ziembiński w swojej gazecie bił mocno i mało kogo oszczędzał. Pisał ostro i kwieciście. Sam na pierwszej stronie gazety w 2003 roku przedstawiał się tak: „Piszę to ja - Maciej Konrad Ziembiński - podła hiena dotychczas bezkarnie grasująca, puch marny, twórca licznych kłamstw, brukowy dziennikarz, obrzucający błotem niewygodne mu osoby, a głównie te, które mają czyste ręce i sumienie, czyli te, które się go boją”.
Monika Bednarczyk-Bojdo, dziś redaktor naczelna „Pomiędzy stronami”, która do „KiCz” trafiła jako stażystka od razu po studiach, swojego byłego szefa określa jednym słowem: specyficzny.
- Połowa mieszkańców Radomska go bardzo lubiła i poważała, a druga połowa na samo nazwisko dostawała białej gorączki. Był prostolinijny, pisał to, co myślał, nie używał pięknych słów, tylko nazywał sprawy po imieniu. Jeśli kogoś uważał za debila, pisał, że jest debilem. Dziennikarstwo go fascynowało. Żona nie popierała jego działalności, pamiętam takie czasy, że nalegała, by skończył z wydawaniem tytułu, na co on nie chciał się zgodzić. Był okres, że gazeta bardzo dobrze prosperowała, ale później, gdy już skonfliktował się z politykami, gdy pisał tak bardzo kontrowersyjnie, część reklamodawców wycofała się.
Ziembiński marzył, by „Komu i Czemu” było gazetą opiniotwórczą, żeby kreowało radomszczańską rzeczywistość. Chciał ją oczywiście kreować po swojemu.
Jacek Łęski: To agresywne dziennikarstwo zaczęło się na przełomie wieków. On chciał mieć rząd dusz. Ale metoda, jaką to robił, była straszna. Ja tego nigdy nie nazywałem dziennikarstwem. Na przykład atakował kogoś, na którego miał papiery, a potem się okazywało, że miał mieć papiery albo domniemywał, że będą papiery. Pisał w stylu ironiczno-pogardliwym. Pamiętam, jak ktoś z miasta kiedyś doniósł na niego do Komisji Etyki przy Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich za tytuł „Cerkawski, ty ch…”. Komisja go upomniała, ale on nic sobie z tego nie robił.
Mówi osoba, która współpracowała z Ziembińskim, potem się z nim skonfliktowała: To była trochę walka biznesowa. Były dwie silne gazety, „Radomszczańska” i jego, więc Maciek próbował docisnąć konkurencję. Ale ludzie uwielbiali jego styl. Zresztą, niech pan poczyta gazetę.
Czytam. W numerach w 2003 roku znajduję serię tekstów o szefie prokuratury w Radomsku i tutejszych policjantach. Oskarżenia o przeciąganie śledztw, przekabacanie świadków, krycie sprawców przestępstw. Serial ciągnięty przez kilka miesięcy (notabene zakończony odwołaniem szefa prokuratury).
Monika Bednarczyk-Bojdo: Pan Maciej w pewnym momencie swojej pracy dziennikarskiej wstąpił na kruchą ścieżkę. Zamarzyło mu się zostać dziennikarzem śledczym. Chyba wszystko zaczęło się od śmierci Kamila Kochańskiego. To była bardzo głośna sprawa, 14-letni chłopiec został potrącony na ulicy i po kilkunastu dniach zmarł, a prokuratora nie postawiła sprawcom zarzutów uznając, że to nie była ich wina. Wtedy on opublikował cykl artykułów o tym prokuratorze. Potem opisywał meandry radomszczańskiej policji. Lubił też zadzierać z lokalną władzą. Miał swoich ulubionych polityków i tych, których nie lubił. Tak jednak miał, że przedstawiał sprawy jednostronnie. Osobom, które u niego pracowały, zakazywał pytać drugą stronę. Że to niepotrzebne. Chciał też, by w tekście było dużo komentarzy od autora.
Były współpracownik Ziembińskiego: Ale to, że ten prokuratorsko-policyjno-biznesowy układ w Radomsku został naruszony, to jego zasługa i nikt mu tego nie odbierze.
Zacznijmy od mapy politycznej Radomska. Jest sierpień 2004 r. Prezydentem miasta jest Jerzy Słowiński, starostą powiatu Michał Deszcz, posłem Andrzej Musiał. Ziembiński jest asystentem posła, do prezydenta na łamach wyraża stosunek ambiwalentny, za to starostę zwalcza. Z tym ostatnim znają się od dawna. Jak napisał sąd pierwszej instancji w uzasadnieniu wyroku, „oskarżony, kierując wówczas lokalną gazetą, uważał się za osobę, która znacząco przyczyniła się do wykreowania Michała Deszcza, doprowadzając w konsekwencji do objęcia przez niego kierowniczego stanowiska w powiecie. W tym stanie rzeczy - rozluźnienie znajomości z Michałem Deszczem, z chwilą gdy ten objął posadę wysokiego urzędnika, oskarżony odczytał jako osobisty afront i niewdzięczność”.
Michał Deszcz potwierdza: - Uważał, że powinien mu się odwdzięczać. To były ostre ataki. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że muszę się bronić. Poszedłem do sądu.
Powodem była tzw. sprawa przepiórek. Tygodnik „Po prostu Informacje” w artykule „Rusza przepiórczy interes w powiecie” z 4 czerwca 2004 r. opisywał ją tak:
„W powiecie radomszczańskim już niedługo powstanie grupa producencka hodowców przepiórek. Dzięki temu utworzone zostaną nowe miejsca pracy. Inicjatorem całego przedsięwzięcia jest starostwo powiatowe. Zadaniem pracowników tego urzędu jest zdobycie jak największej ilości informacji na temat przepiórczego interesu i przekazanie ich wszystkim zainteresowanym. (…) Do tej pory jedenaście osób zadeklarowało chęć przystąpienia do przepiórczego interesu, oczywiście na własny koszt. (…) Roczny koszt obliczony dla hodowli 1000 przepiórek wyniesie około 19 tysięcy złotych.
Maciej Ziembiński na łamach „KiCz” w artykule „Łajno - elegancjo opakowane” pomysł wyśmiał. W swoim stylu. Kluczowe dla sprawy fragmenty brzmią tak:
„Tak się zastanawiam, kto w tym powiecie zwariował i dlaczego wariackie pomysły, poparte jeszcze bardziej wariackimi argumentami, mogą być w urzędniczym życiu akceptowane. Ale cóż. Każdego nierozgarniętego szefa można przekonać do każdej głupoty. Jeszcze raz pragnę autorytatywnie i odpowiedzialnie oświadczyć, że ani przepiórki, ani pieczarkarnie, ani eternity, o których zrobiło się raptem cicho, nie rozwiążą problemów bezrobocia - głównie na wsiach naszego regionu. Każde działanie przygłupawych urzędników i ich nierozgarniętych szefów będę nadal nazywał pozoranctwem, populizmem i żaden palant nie przekona mnie, że nie mam racji.”
(Pamiętajmy: to nie była informacja, a felieton, co dla sprawy okaże się kluczowe.)
Michał Deszcz: To była sprawa z oskarżenia prywatnego, mojego, Grzegorza Drzewowskiego, wówczas rzecznika starostwa, i Krzysztofa Hoffmana, pracownika wydziału promocji. Zażądaliśmy przeprosin. Wygraliśmy w obu instancjach.
Sąd uznał, że Ziembiński znieważył starostę i jego pracowników „poprzez wielokrotne użycie wobec nich takich słów jak palant, nierozgarnięty szef, przygłupawy urzędnik, pozer i populista, czym poniżył ich w oczach opinii publicznej i naraził na utratę zaufania potrzebnego do sprawowania funkcji w samorządzie powiatowym”.
Najpierw krótkie wyjaśnienie. Spór o zakres krytyki wobec funkcjonariuszy publicznych trwa nie tylko w Polsce. Część prawników uznaje, że osoby publiczne, choćby władza, muszą mieć „grubszą skórę” i krytyka wobec nich może być dosadniejsza. Inni - że ich prawa są takie same, jak pozostałych obywateli. Inną wykładnię mają w tej sprawie sądy amerykańskie i brytyjskie (tam o osobach publicznych można powiedzieć i napisać prawie wszystko) inną francuskie (nie można prawie nic). W Polsce, jak to często bywa, sąd rozstrzygają różnie - raz na korzyść osób publicznych, raz krytyków. Sędziowie Trybunału w Strasburgu takich wątpliwości nie mają. Orzekają na korzyść krytyków.
Maciej Ziembiński odwołał się do Strasburga. Zarzucił polskim sądom naruszenie wolności słowa gwarantowanej w art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Według niego może być ona ograniczana w różnych przypadkach, ale tylko jeśli jest to „niezbędne w społeczeństwie demokratycznym”.
Karina Zakrzewska, adwokat: Pan Maciej zjawił się u mnie w okolicach 2011 roku. To było już kilka lat po uprawomocnieniu się wyroków. Przedstawił dokumenty, wskazywał, że polskie sady orzekały z naruszeniem prawa. Miał wtedy kilka takich spraw. Poprosił o pomoc. Napisałam skargę w dwóch sprawach, bo pan Maciej uznał, że ostatecznie w tych chce się odwoływać. Przetłumaczyliśmy je na angielski i złożyliśmy. Obie przeszły sito preselekcyjne w Trybunale i trafiły na wokandę.
W sprawie artykuł „Łajno - elegancko opakowane” sędziowie orzekli, że polskie wyroki naruszyły wolność słowa. Stwierdzili, że artykuł Ziembińskiego miał charakter satyryczny i że starosta, z racji zajmowanego stanowiska, podlega szerokiej krytyce. „Sarkazm i ironia są w pełni zgodne z korzystaniem przez dziennikarzy ze swobody wypowiedzi, a krajowe sądy nie wzięły tego w wystarczającym stopniu pod uwagę” - orzekli. - „Pewien stopień wyolbrzymienia czy prowokacji jest dopuszczalny. Cytowane wyrażenia użyte w kontekście artykułu mieszczą się w granicach dopuszczalnego wyolbrzymienia".
Trybunał zasądził na rzecz Ziembińskiego 4385 euro odszkodowania. Sędziowie z Polski i Litwy złożyli zdania odrębne.
Michał Deszcz: Może i sędziowie ze Strasburga tak to interpretują, ale nie jest tak, że dziennikarzowi wszystko wolno. Może pisać dosadnie, ale musi dochować staranności. Nasze sądy uznały, że to była nagonka.
Był współpracownik Ziembińskiego: No to radomszczańska władza będzie miała teraz pełne gacie. Może zejdzie z niej trochę powietrze. Myśli pan, że jednemu chodziło po głowie, żeby ciągać po sądach już nie dziennikarzy, ale internautów, którzy wypisują na forach coś na ich temat? Teraz będą się musieli dwa razy zastanowić.
W całej sprawie jest haczyk. Bo ubiegłotygodniowy wyrok nie jest jedynym w sprawie „Ziembiński kontra RP”. W 2012 Trybunał rozpatrywał inną skargę byłego wydawcy „KiCz”. Tu także chodziło o artykuły krytykujące starostę Michała Deszcz i prywatny akt oskarżenia, który ten wniósł przeciw dziennikarzowi. W 2005 r. na łamach „KiCz” Ziembiński zarzucił Deszczowi, że wiedział o żądaniu łapówki przez dyrektor szpitali, a mimo to ukrywał ten fakt. Starostę miał o tym poinformować radomszczański biznesmen. Sąd pierwszej instancji skazał wydawcę „KiCz” na grzywnę w wysokości 10 tys. zł. Stwierdził, że nie zweryfikował on informacji. I Trybunał w Strasburgu uznał, że to sąd miał rację. „Korzystanie z wolności wypowiedzi wymaga odpowiedzialności a dziennikarze mają obowiązek działać w dobrej wierze w celu przedstawienia dokładnych i wiarygodnych informacji, zgodnie z etyką dziennikarską.”
Zdaniem Trybunału radomszczański dziennikarz nie zweryfikował informacji i rażąco naruszył zasadę szczególnej staranności.
Jaki jest wniosek z tych wyroków? O władzy można powiedzieć wiele. Krytyka może być bardzo dosadna a granicę trudno przekroczyć. Jednak co innego wyśmiać, a co innego oskarżyć. Tu dowody muszą być mocne.
Choć nie od dziś wiadomo, czego władza boi się najbardziej: śmieszności.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze