Jak widzę dziewczynę po religioznawstwie na dobrym stanowisku i świetnie wykształcone na kasie w Biedronce, to myślę, że coś tu nie gra. Ale z drugiej strony: ile osób korzysta ze znajomości, gdy tylko może?
Andrzej Andrysiak
Kto, komu, kiedy i jaką robotę załatwił - ten temat doprowadza nas do białej gorączki. Pracę po znajomości uznajemy za przekleństwo i syndrom upadku: kraju, rządów, władz, miasta i nas samych. Bo przecież powinno być inaczej. Bo wykorzystywanie znajomości jest naganne i niemoralne. Ale jeśli tak jest w istocie, spytać najpierw wypada: czy niemoralny jest tylko ten, co pracę po znajomości daje, czy także ten, co o nią prosi.

Zostawmy na razie stanowiska polityczne, to temat na osobny tekst. Wielu uważa, że powinni obejmować je jacyś wyidealizowani fachowcy wyłonieni w konkursach, jednak prawda jest taka, że szef, czy to w prywatnej firmie, czy państwowej, bierze odpowiedzialność za wybór - nazwijmy to - kadry zarządzającej. W przypadku wójta, starosty, prezydenta - odpowiedzialność polityczną.
I powinien obsadzać spółki, urzędy czy rady nadzorcze ludźmi, którzy będą realizowali jego politykę. Nie swoją. Skupmy się na pozostałej części rynku pracy. A raczej dwóch, bo z rozmów, które przeprowadziliśmy, wynika, że prywatny rządzi się tutaj innymi prawami, niż samorządowy.
Poprosiliśmy na Facebooku o kontakt osoby, które chciałby o pracy po znajomości w Radomsku z nami porozmawiać. Odzew był natychmiastowy. Wymienialiśmy się mailami, rozmawialiśmy. (Każda chciała zachowania anonimowość, bo „wie pan...”). Interesowała nas skala tego zjawiska, mechanizm i przyczyny. Bo sam fakt jego istnienia uznaliśmy za oczywisty.
Tonący brzytwy się chwyta
Najpierw kilka historii.
Opowiada kobieta, wykształcenie wyższe specjalistyczne: Będzie trochę kabaretowo, ale niech tam. Duża instytucja podlegająca samorządowi, mniejsza z tym jaka. Mam specjalistyczne wykształcenie, oni potrzebują takich fachowców, więc próbuję. Odwiedzam dyrektora, zostawiam CV. Współpracuję z nimi, ale oczywiście nieodpłatnie. W końcu od osoby tam pracującej dowiaduję się, że szukają kogoś na pół etatu na interesujące mnie stanowisko. Jeszcze tego samego dnia biorę CV pod pachę i pędzę do dyrektora. Jestem mile zaskoczona, bo natychmiast mnie przyjmuje. Rozmawiamy, on proponuje pół etatu i zaprasza za dwa tygodnie na ustalenie szczegółów. Jestem wniebowzięta. Po umówionym czasie stawiam się u niego. A on mówi, że bardzo mu przykro, ale myślał, że rozmawia z kimś innym i nie może mnie zatrudnić. A w ogóle to skąd miałam informację o tym wakacie. Bo on już dostał w teczce osobę od zwierzchników na to stanowisko.
Kobieta przed trzydziestką: Mogę opowiedzieć z dwóch stron - jako pracownik i pracodawca. Na studiach zaczynałam jak każdy, na zlecenia, od roznoszenia ulotek, przez wykładanie towaru na sklepach, po koordynatora w agencji pracy. Niestety, równo z ukończeniem studiów i moją delikatną sugestią, że może przydałby się etat, dostałam, ale wymówienie. Niezrażona z optymizmem patrzę w przyszłość a tu koniec bajki. CV roznoszę, gdzie się da: sklepy, małe firmy, urzędy, czy zgodne z doświadczeniem, czy nie. Mija miesiąc, dwa, cisza. Nagle telefon ze sklepu z ubrankami dla dzieci. Idę na rozmowę. Praca na jedną czwartą etatu, oczywiście zlecenie, stawka 5 zł za godzinę. Pracy nie dostałam, widocznie za małe kwalifikacje.
Nie poddaję się, szukam dalej. Rozmowa w jednym z banków, przeprowadzona chyba tylko dlatego, że ktoś na górze chciał podkładkę. Ja oczywiście pracy nie dostałam, bo nie miałam doświadczenia, dostała dziewczyna w moim wieku, także bez doświadczenia, której ciotka już tam pracowała. Telefon milczy, a ja dwudziestopięcioletnia dziewczyna, energiczna i ciekawa świata, zmieniam się powoli w mentalną staruszkę. Rejestruję się w urzędzie pracy. Dostaję ofertę do marketu. Myślę: dłużej nie dam w domu rady, idę. Robotę dostałam bez znajomości. Pracowałam rok, cały czas szukając czegoś lepszego. Ale te znajomości to chyba każdy ma w głowie.
Kadra kierownicza, sama wybrana z ogłoszenia, zatrudniała też tylko swoich znajomków. Nawet nie dawali ogłoszenia. Później zwrot - postanawiam założyć działalność. Zostaję pracodawcą, w ciągu dwóch dni muszę znaleźć sześć osób personelu. Myślę: dam ogłoszenie. Odzew przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Udało się, miałam personel od 21 do 55-latki. Niestety, tylko dwie osoby z tej szóstki okazały się uczciwe i pracowite. Radomsko to małe miasto, większość ludzi się zna lub kojarzy. Bez znajomości tu ciężko. Jak widzę dziewczynę w banku po religioznawstwie i świetnie wykształcone na kasie w Biedronce, to widzę, że coś tu nie gra. Ale z drugiej strony: ile osób korzysta ze znajomości, gdy tylko może?
Mężczyzna po czterdziestce, stanowisko urzędnicze, zaczynał pracę w urzędach pod koniec lat 90.: Musi pan rozróżnić dwie rzeczywistości, samorządową i prywatną. Tej drugiej nie znam, nie będę się wypowiadał, ale pierwszą owszem. Tu praca jest stabilna, więc pożądana. Kokosów nie ma, ale się nie bieduje. Są konkursy, ale to lipa, zawsze były. Wiesza się ogłoszenia na BIP (Biuletyn Informacji Publicznej - przyp. red.) i szuka frajerów, którzy złożą papiery. Trzeba mieć innych kandydatów, bo głupio by wyglądało, gdyby wystartował tylko jeden. Uwala się ich albo na etapie wstępnym, albo na rozmowie kwalifikacyjnej. Jak osoba, która ma wygrać, jest niezbyt rozgarnięta, daje się jej wcześniej pytania, by się wyuczyła na pamięć. Nie ma znaczenia, kto rządzi, mechanizmy są te same.
Absolwentka pedagogiki, przed trzydziestką: Na studiach pracowałam jako hostessa w supermarketach, rozdawałam ulotki, byłam telemarketerką, przeprowadzałam inwentaryzacje w supermarketach. Oczywiście na zlecenie. Byłam też wolontariuszem w jednym z Ośrodków Pomocy Społecznej, pisałam do studenckiej gazety i współprowadziłam internetową gazetkę studencką. Powtarzali nam: musicie być aktywni, wyróżniać się, wtedy łatwiej znajdziecie pracę. Na ostatnim roku studiów zaczęłam pracować przy różnych projektach unijnych. Prowadziłam zajęcia z młodzieżą szkolną a także z dorosłymi osobami bezrobotnymi. Dostałam się do tej pracy z ulicy bez żadnych pleców i znajomości. To dobra robota, ale krótka - zazwyczaj na miesiąc, dwa. Projekt się kończy, praca się kończy.
Po studiach składałam CV do większości radomszczańskich szkół. Wiedziałam, że dostać się gdzieś będzie graniczyło z cudem, ale udało się. Nie wiem czy można to nazwać znajomościami, ale byłam absolwentką tej szkoły. Na rozmowę zaproszono trzy osoby. Poważnie zastanawiano się nad dwiema, które ostatecznie zatrudniono. Byłam jedną z nich. Myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Dyrekcja stwierdziła, iż zatrudnia dwie osoby, by przekonać się, która się lepiej sprawdzi. Przez rok ciężko pracowałam. Po zakończeniu rocznej umowy dyrekcja trzymała mnie w niepewności jeszcze przez wakacje, po czym w ostatnim tygodniu sierpnia dowiedziałam się, że pracy nie dostanę. Zatrudniono moją konkurentkę, która - jak się potem dowiedziałam - była dobrą koleżanką jednego z dyrektorów. Podobno nie można się poddawać, więc wzięłam się w garść. Znów rozniosłam CV do wszystkich szkół w Radomsku i okolicach. Żadna się nie odezwała.
Cały czas intensywnie sprawdzałam oferty pracy na stronach internetowych radomszczańskich urzędów i jeśli tylko spełniałam wymagania, składałam dokumenty. Po kilku „castingach”, bo tak zaczęłam nazywać konkursy ogłaszane na BIP-ach, doszłam do wniosku, że bez pleców nie ma szans. Pierwszy etap - analiza dokumentów - przechodziłam w zasadzie bez większego problemu. Sprawdzian wiedzy też nie sprawiał mi większych trudności (poza pytaniami graniczącymi z absurdem, np. jaka sentencja jest umieszczona w holu instytucji X). Ale na rozmowie kwalifikacyjnej zadawano tak niedorzeczne pytania, że nie mogłam się obronić. Te pół roku mojego bezrobocia to jedne z najgorszych chwil w moim życiu. W sumie doszłam wtedy do wniosku, że nie dziwię się ludziom wykorzystującym znajomości.
Tonący nawet brzytwy się chwyta… Byle tę brzytwę mieć. Żeby nie było wątpliwości - nie szukałam tylko pracy w zawodzie. Składałam CV do sklepów, agencji pracy tymczasowej. Nie boję się pracy. Ale tam słyszałam, że mam za duże kwalifikacje. Więc poprawiałam swoje CV, żeby być mniej atrakcyjną. Ta historia ma finał, choć do happy endu daleko. Pracuję od roku, bo znalazł się sklep, który mnie zatrudnił. Tak po prostu, z ulicy, bez znajomości. Wywiesili na drzwiach ogłoszenie. Złożyłam CV, zaproszono mnie na rozmowę kwalifikacyjną i udało się. Nie przestałam jednak marzyć, że przyjdzie taki dzień, kiedy uda mi się znaleźć i wymarzoną pracę w zawodzie. Bo przecież marzenia się spełniają, prawda?
Jak to w biznesie
Takich opowieści było więcej. Trzeba mieć znajomych, wysoko postawionych rodziców, należeć do partii lub stowarzyszenia, jednym słowem – być ustawionym. Znamienne jednak, że większość historii dotyczyła jednostek związanych pośrednio lub bezpośrednio z administracją samorządową. Z punktu widzenia rynku prywatnego sytuacja wygląda inaczej. Bo tu miarą sukcesu firmy jest to, żeby się rozwijała i miała dobre wyniki finansowe.
- Jako pracodawca nie zatrudnię nikogo dlatego, że mam dług wdzięczności. Albo dlatego, że ktoś mnie prosi - opowiada jeden z radomszczańskich biznesmenów.
Wyjaśnia biznesmen 2: Wyobrażam sobie, że ktoś ma dużą firmę, która zarabia na kontraktach z administracją. Wtedy może zatrudnić znajomków lub pociotków urzędników. Upchnie ich na jakiś podrzędnych stanowiskach, byle niczego nie sknocili. Trudnej, a co za tym idzie, dobrze płatnej roboty im nie da, bo ryzyko. Potraktuje to jako koszt uzyskania przychodu. Dzięki temu będą zamówienia. Ale każdy inny?
Młoda właścicielka jednoosobowej firmy: Po urlopie wychowawczym chciałam wrócić do pracy. Odbiłam się od ściany. Jedni odmawiali, bo miałam dziecko, inni, bo ponad 30 lat (chyba za stara). Startowałam w konkursach ogłaszanych przez miasto i powiat, ale szybko okazało się, że to fikcja, bo nazwiska znane były przed rozstrzygnięciem. Mój mąż dostał się do pracy na strefie tylko dlatego, że jego kolega był jednym z prowadzących na linii produkcyjnej i go polecił. Wcześniej złożył 15 podań i nic. W końcu złożyłam wniosek o dotację do urzędu pracy. I uwaga: dostałam bez żadnych znajomości. Wszyscy mi powtarzali, że nie ma szans, a tu niespodzianka. Dziś nikogo nie zatrudniam, ale jeśli to zrobię, obiecałam sobie: żadnego znajomego ani rodziny.
Była kierowniczka ogólnopolskiej sieci franczyzowej: Szukali kierownika, zgłosiłam się. Wszystko odbywało się mailowo, na koniec rozmowa kwalifikacyjna. Ważne było, co potrafię i jakie mam doświadczenie, nikt się nie pytał, czy kogoś znam, bądź czyją jestem znajomą. Tak działa rynek. Masz kompetencje, możesz mieć pracę. Wątpliwości Jak jest skala tego zjawiska? To pytanie najważniejsze. Czy w Radomsku pracę da się załatwić „tylko” po znajomości, czy „także” po znajomości.
Pytam o to moich rozmówców. Większość wskazuje na pierwszą odpowiedź.
- U stolarza czy na strefie znajomości nie potrzeba - mówi jeden z nich. - Ale co to za praca?
- Niby nie potrzeba, zawsze jak ktoś poleci, to lepiej - odpowiada drugi.
Opowiada były radny: Jeśli pan pyta o pracę w administracji, to odpowiem tak: Nikt, absolutnie nikt, nawet tak zwane szmaty, bo tak się potocznie mówi o tych najgorszych stanowiskach, nie dostanie zatrudnienia, jeśli nie zostanie przez kogoś wprowadzony bądź polecony. Praca jest najbardziej deficytowym towarem. W ten sposób można związać z sobą ludzi. Stworzyć sieć powiązań uzależnić od siebie. Skąd się biorą wyniki wyborów? Żeby ich zachęcić do siebie, żeby oni na ciebie pracowali, trzeba im czymś zapłacić. Płaci się publicznymi pieniędzmi. Dając pracę
dzieciom, znajomym, ciotkom, wujkom.
Owa sieć powiązań wydaje się tu kluczowa. Według niego sytuacja wygląda tak: każda władza, gdy tylko obejmie urząd, tworzy sieć, która wiąże ludzi, co ma przełożyć się na głosy w kolejnych wyborach. Spoiwem tej sieci jest praca, bo to najbardziej pożądane dobro. No dobrze, ale czy to się przekłada na wyniki wyborów? Mówi wieloletni urzędnik jednej z gmin powiatu: A skąd to przekonanie, że jak zatrudniasz jednego człowieka, to zagłosuje na ciebie cała rodzina i sąsiedzi? Ma pan na to jakiś dowód? Nie pan się zastanowi nad skalą. W małej gminie urząd jest najlepszym i największym pracodawcą. Zbudowanie sieci zależności, która oplata całą gminę, jest możliwe. Taki wójt, jeśli będzie umiejętnie tym dobrem, jakim jest praca, zarządzał, będzie rządził nie cztery lata czy osiem, ale dwadzieścia. Ale jak zbudować sieć w czterdziestotysięcznym mieście? Niech pan policzy stanowiska.
Liczę więc.
Część rynku pracy, która podlega prezydentowi miasta, z urzędami, instytucjami, szkołami i spółkami to ponad 1800 osób. Skala rynku podległego starostwu, ze szpitalem, szkołami i instytucjami, jest podobna. Mówimy więc mniej więcej o 3600 stanowiskach pracy. Z rodzinami to co najmniej dziesięć tysięcy. Dużo. Ale w takim działaniu najważniejsza jest skala. Zróbmy karkołomne - niemożliwe w praktyce do przeprowadzenia - założenie, że władza obstawia swoimi ludźmi 20 procent stanowisk. Liczmy je wspólnie, nie tylko urzędy, ale i szkoły (nauczyciele) oraz szpital (lekarze i pielęgniarki). W sumie wyjdzie 720 osób. Wraz z rodzinami - półtora tysiąca.
Problem w tym, że zatrudnienie 720 nowych osób to 720 szczęśliwych i tylu samo wkurzonych, czyli zwolnionych. Którzy raczej na taką władzę nie zagłosują. Jaki więc jest bilans takiego działania? Opłaca się?
Wyjaśnia wieloletni urzędnik jednej z gmin powiatu: To jest problem skali. Myślę, że przy wymianie władzy praca po znajomości w urzędach dotyczy maksymalnie 300-400 osób. W całym mieście. Rozłożone na całą kadencję. Niby dużo, ale w stali całego rynku - niewiele. A w skali wyborców zupełnie nic. Co prawda w 2014 roku różnica w wyborach prezydenckich w Radomsku wyniosła 286 głosów, ale to był ewenement. Normalnie liczy się ją w tysiącach. Potrafi mi pan wskazać partię w mieście lub stowarzyszenie, która ma tysiąc kandydatów do pracy? Śmiech, proszę pana, na sali. Jest jeszcze inna kwestia – skuteczność. Przez poprzednie dziewięć lat miastem rządziła jedna prezydent. Poprzednie dwanaście - także jeden. Jeśli mieli tak wiele czasu i możliwości na zbudowanie sieci powiązań przez pracę, dlaczego przegrali?
Rozwiązanie zagadki może być prostsze, psychologiczne. Przekonanie, że będąc u władzy trzeba rozdawać stanowiska, bo to przełoży się na wynik wyborów, to mentalna pułapka, w której wszyscy tkwimy. Władza jest przekonana, że to jedyny sposób na zdobycie wyborców, bo nie zna innych wzorców postępowania, poza tym każdy tak do tej pory robił. Tkwi więc w niej, nie licząc efektów i mieszając skutek z przyczyną. Mieszkańcy widzą, że wszyscy tak robią, więc pewnie musi to być skuteczne.
Żeby to dobrze wyjaśnić: głosowanie na tego, od kogo zależy moja praca, byłoby jak najbardziej racjonalne. Ale politolodzy i socjologowie już dawno temu pożegnali się z przekonaniem, że wyborcy podejmując decyzję przy urnie kierują się rozumem. Większością kierują emocje, sympatie i antypatie. A 20 proc. decyduje o wyborze dopiero w lokalu wyborczym. Założenie, że jak dasz pracę, to masz głos, jest więc tylko założeniem, nie rzeczywistością.
Złe czy niezłe
Jeszcze jedna wątpliwość, mocno kontrowersyjna. A jeśli załatwianie pracy po znajomości to nie jest nic złego? Amerykanie termin „kapitał społeczny” rozumieją jako sieć osobistych powiązań i znajomości, dzięki którym osiągasz społeczną pozycję. O tym, kim jesteś i ile jesteś wart, świadczy to, kogo znasz i do kogo możesz zadzwonić. Choćby z prośbą o robotę. U nas sieć zależności - a zwłaszcza jej wykorzystywanie - jest uważana za z gruntu złą i niemoralną. Dlaczego?
Odpowiada biznesmen 1: Ja nie twierdzę, że tego typu pomoc jest zła. Jeśli ktoś jest kompetentny, przygotowany, doświadczony - w porządku. Natomiast problemem i patologią jest upychanie swoich. Gdy nieważne są kompetencje i doświadczenie, a tylko to, że ktoś jest wierny. Jeśli mówimy młodym ludziom, że nieważne co potrafią, nieważne co skończyli, bo jeśli nie ma wokół nich kogoś, kto wykona telefon i powie „zatrudnij moje dziecko”, to nie możemy się potem dziwić, że ludzie spieprzają z kraju.
Biznesmen 2: Znam firmy rodzinne, w których pracują rodzice, dzieci, ciotki i pociotki. To taki model. Ale gdy idzie o większe pieniądze, gdy pojawia się szansa na ekspansję i potrzeba fachowców, to nie idzie się do szwagra. O szwagrze wiadomo, co potrafi. Jakby dużo potrafił, to by nie liczył na robotę, tylko by ją miał.
Były radny: W mieście takim jak Radomsko nie da się zatrudniać nieznajomych. Jeżeli ktoś spędził tu dzieciństwo, chodził do szkoły, może pojechał się na studia, ale wrócił, to gdy dochodzi do stanowisk, nadal obraca się w towarzystwie kolegów. Oczywiście można udawać, że oni się nie znają, ale przecież się znają. Najważniejsze pytanie, które postawił mi jeden z rozmówców, brzmi: czy gdyby twoje dziecko miało problemy z robotą, to powiesz mu, by stawiło czoło przeciwnościom i walczyło samo o siebie, czy weźmiesz telefon i wybierzesz numer, jeśli wiesz, do
kogo zadzwonić?
Nie odpowiedziałem. Na razie to pytanie teoretyczne. Jak każdy, chciałbym myśleć o sobie, że nie zadzwonię. Ale co zrobię, gdy stanę przed takim dylematem?
(Andrzej Andrysiak, tekst opublikowany w Gazecie Radomszczańskiej w 2016 r.)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ja godzę studia dzienne z pracą dorywczo jako hostessa :) :) :)
Ja godzę studia dzienne z pracą dorywczo jako hostessa :) :) :)