- Wypadek dziesięciolecia, tak pewnie będzie oceniany za jakiś czas - słyszę od Marcina Mazika. W Ochotniczej Straży Pożarnej w Radziechowicach Drugich od 2011 roku, obecnie naczelnik. To jego poprosiłem o spotkanie ze strażakami. Zapytał kolegów, którzy z nim byli. Co prawda każdy ma swoją pracę i może być trudno, ale spotka się on na pewno, i może jeszcze jeden, albo dwóch, którzy pojechali do tego wypadku.
Im szybciej, tym lepiej
W remizie czeka na mnie Marcin i jeszcze Kamil Kaczor, w OSP od 2015 roku. Pozostali nie dali rady. Sprawdzają w kalendarzu na ścianie, ile już pełnią tę służbę. Sami się dziwią, że to tak szybko zleciało. Marcin pracuje w piekarni, Kamil pomaga tacie w firmie. On nie ma problemu z tym, żeby w momencie wezwania jak najszybciej pojawić się w remizie. W czwartek 2 lipca też tu był.
Choć obsada wozu bojowego to sześciu strażaków, to nie zawsze udaje się dotrzeć tak szybko, jak wtedy. I nie można czekać zbyt długo. Było pięciu, byli gotowi w pięć minut, pojechali. Liczy się każda minuta. Bywa, że na miejscu pojawi się ośmiu, albo i więcej, bo wiadomość dostają wszyscy. Wtedy siódmy i ósmy, czyli ci, którzy przyjechali najpóźniej, do akcji nie ruszają.
Kiedy rozmawiamy, jest cicho i spokojnie, wóz bojowy zaparkowany, ale otwarty. Musi być. Żeby kierowcy tylko chwilę zajęło wskoczenie do kabiny, uruchomienie silnika, włączenie sygnałów.

W czwartek w Bogusławicach byli jedynymi ochotnikami z naszego powiatu, a nawet województwa. Mieli najbliżej, jakieś 20 kilometrów, dlatego dostali wezwanie. W drodze dołączyli do strażaków zawodowych z Radomska. W takiej kolumnie po jakichś 30 minutach dotarli na miejsce zderzenia dwóch samochodów ciężarowych i autokaru. Było kilkudziesięciu rannych i poważny pożar.
Kiedy dojechali na miejsce, sytuacja była już opanowana. Pomagali strażakom ochotnikom z Kłomnic, którzy gasili cysternę, i w udzielaniu pierwszej pomocy. Takie dostali zadania od dowodzącego akcją na miejscu.
Obaj, Kamil i Marcin, wiele już w życiu widzieli, do niejednej akcji wyjeżdżali. Zgodnie mówią, że ten wypadek był jednym z największych ratowniczych wyzwań, ale wszystko zadziałało jak trzeba.
- Tam było 35 wozów, w każdym wozie średnio po pięciu strażaków, to w sumie 175. Pogotowia ratunkowe, policjanci. Działo się - podlicza Kamil. A Marcin dodaje, że duże wrażenie zrobił na wszystkich widok czterech śmigłowców Lotniczego Pogotowia Ratunkowego i jednego śmigłowca wojskowego. - To się zdarza bardzo rzadko. U nas też LPR ląduje, ale to jedna maszyna, a tutaj tyle, ale to kwestia skali.
Byłem po obiedzie
Marcin wrócił z pracy i zdążył zjeść obiad. Kamil pracuje w firmie ojca, też nie miał daleko. Z SMS-a dowiedzieli się, że wypadek masowy, i że w Bogusławicach. To ważne, bo na przygotowanie nie ma wiele czasu, a od rodzaju zdarzenia zależy co trzeba na siebie włożyć i jaki sprzęt zabrać. Wiedzieli, że prawdopodobnie nie będzie trzeba używać aparatów tlenowych, bo pożar jest na zewnątrz, a te są potrzebne w pomieszczeniach.
Teren znali, Bogusławice to co prawda już nie nasz powiat, ale przecież nie tak daleko. Często zresztą jeżdżą do Kruszyny i w jej okolice. GPS nie był potrzebny. Za to mieli okazję przejechać się nieukończonym odcinkiem autostrady, betonowym. - Bo im bliżej tym więcej było aut osobowych, inaczej się nie dało - tłumaczą.
W samochodzie jest czas pomyśleć przede wszystkim o własnym bezpieczeństwie. Skoro wypadek, to ranni, a jak ranni to krew. Rękawiczki, maseczki, także z powodu koronawirusa. - Przy takiej odległości wszyscy zdążą się przygotować, jeśli to jest na miejscu bywa różnie - mówi Marcin. - I trzeba to zrobić mądrze, tak, żeby po dojechaniu na miejsce strażak nie wyskakiwał z auta ubrany w połowie. Ale mamy to przećwiczone.
- I to nie tylko doświadczenie z akcji, ale i kursy, w których bierzemy udział, a one są na naprawdę wysokim poziomie - dodaje Kamil.
Rzut oka na sprzęt, który wisi na ścianach remizy, chyba nie różni się niczym od tego, którego używają strażacy zawodowi. Potwierdzają, że tak jest, skinieniem głowy.
Sytuacja opanowana
- 20 km w jedną stronę, do tego korki, od wezwania minęło pół godziny, a na miejscu były już bardzo duże siły - opowiada Kamil o tym, co zobaczyli, kiedy dojechali do Bogusławic. I nie, nie było już widać słupa ognia, nawet dymu z płonącej cysterny zostało niewiele. Koledzy z Kłomnic byli w trakcie gaszenia, oni zadbali, żeby nie zabrakło im wody.
A o tym, co się dzieje, wiedzieli już w drodze. Była informacja na CB radio, i wiadomościach radiowych, na stronach internetowych. Dzisiaj takie wieści rozchodzą się błyskawicznie. - Torba medyczna, deska ratunkowa, jakby była potrzebna, to jedna rota, druga pomagała Kłomnicom, ale jak mówi Kamil, sytuacja była już spokojna i opanowana - mówi Marcin. - I nasza torba nie była już potrzebna. Tak więc nasze zadanie to głównie zabezpieczenie.
- Pomogliśmy też załodze jednej karetki, która musiała podjechać jak najbliżej miejsca wypadku - dodaje Kamil. - Musieliśmy znaleźć dla nich miejsce i położyć mostki, żeby dali radę przejechać i żeby się nie zawiesili.
Obaj mówią, że wypadki drogowe to główne wezwania. Coraz mniej pożarów, coraz więcej zderzeń, trzeba kogoś wyciąć, wyciągnąć i udzielić pierwszej pomocy, bo często to strażacy są na miejscu pierwsi. - Zwłaszcza ci z państwowej straży, bo oni wyjeżdżają do akcji w ciągu minuty - zauważa Marcin.
A Kamil dodaje, że ochotnicy czasem nie mają wezwania przez kilka tygodni, a potem jest kilka wezwań w ciągu jednego, dwóch dni. Zawsze trzeba być gotowym. Nieważne, czy to taki wypadek jak w Bogusławicach, czy trzeba usunąć gniazdo os. - A tych mieliśmy zwłaszcza w zeszłym roku bardzo dużo - śmieje się.
Ochotnicy są blisko swoich. Jeśli dzieje się coś w ich gminie, to oni są wzywani razem z zawodowcami, ale zawodowcy mają dalej.
Kiedy pytam, dlaczego zostali strażakami, najpierw się śmieją, potem chwilę zastanawiają nad odpowiedzią. Bo zawsze mieliśmy kolegów w OSP, wielu z nas ma strażaków w rodzinie, to chyba było oczywiste, że my też wstąpimy jak już będziemy mogli. I to chyba tyle, nie ma co się doszukiwać drugiego dna, dodają.
I jeszcze, że niesienie pomocy, wdzięczność ludzi, to jest coś, co cieszy. I dlatego się to robi. I tu nie chodzi o żadne bohaterstwo.
Pewnie, że czasem człowiek się boi. Jak wtedy, kiedy jedzie się do pożaru domu, a w środku jest butla z gazem i trzeba ją wywieźć. Są procedury, trzeba ją schłodzić, ale przecież wszystko może się zdarzyć. Tak samo kiedy gasi się zakład stolarski od środka, a kawałki płonącego sufitu lecą na głowę. Ważne, żeby się nie zawahać.
Zanim wyjdę Kamil pokaże mi jeszcze jedno zdjęcie, ale nie do publikacji, zaznacza. Na ekranie telefonu on po czwartkowej akcji, wygląda jakby wyszedł z basenu. - Było gorąco, a ten nasz strój jednak swoje waży. Lało się z nas strasznie. Jak wsiadasz do wozu to jest adrenalina i się tego nie czuje, a kiedy już się wróci, człowiek jest strasznie zmęczony. Ale my to lubimy - Marcin potwierdza skinieniem.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze