Reklama

[TEMATY ROKU GR] Radomszczańskie interesy Bartłomieja M.

„Zadzwonił do mnie, powiedział, że chce się spotkać. To była jego inicjatywa. Przeszedł od razu do sedna. Powiedział, że może mi załatwić pracę, dobrze płatną, miejscowość nie gra roli. Choć oczywiście stanowisko w granicach rozsądku. Powiedział, że jest warunek: oddaję 10 procent. Pensji. Nie wiem, czy miałbym oddawać jemu, czy partii, to nie zostało wypowiedziane”

(Przypominamy najważniejsze tematy Gazety Radomszczańskiej w 2019 r. Tekst opublikowany w nr 7/2019)

Janusz Kucharski

Poniedziałek 28 stycznia, godzina 6 rano. Spółka SKB Drive Tech przy ulicy Krasickiego w Radomsku. Przed bramą stają funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Tego dnia i o tej godzinie ludzie CBA z Warszawy i Gdańska są w ponad 60 miejscach w Polsce. Wykonują realizacje (tak nazywane są działania operacyjne polegające na zabezpieczaniu dowodów, w tym przypadku dokumentów) związane z zatrzymaniem Bartłomieja M., byłego rzecznika prasowego Ministerstwa Obrony Narodowej.

Reklama

Według naszych ustaleń, CBA ma kłopot z wejściem do firmy, bo mimo wylegitymowania ochrona nie chce samodzielnie podjąć decyzji o wpuszczeniu na zakład. Dzwoni po kierownika. Ten przyjeżdża, dopiero wtedy CBA wchodzi do firmy.

Funkcjonariusze żądają konkretnych faktur. Zabezpieczają je i odjeżdżają.

Tego samego dnia Bartłomiej M. zostaje zatrzymany na zlecenie Prokuratury Okręgowej w Tarnobrzegu, która prowadzi śledztwo w sprawie Polskiej Grupy Zbrojeniowej. Były rzecznik słyszy zarzuty dotyczące powoływania się na wpływy w instytucji państwowej i pośrednictwo w załatwieniu określonych spraw w celu uzyskania korzyści majątkowej w kwocie ponad 90 tys. zł.

Reklama

Prokurator uważa, że razem z urzędniczką MON Agnieszką M., mieli doprowadzić do wyrządzenia szkody na rzecz spółki w wysokości prawie 500 tys. zł. W sumie zatrzymano sześć osób. Przez tydzień próbujemy potwierdzić fakt wejścia funkcjonariuszy do firmy w CBA. Najpierw słyszymy, że nie było takiej sytuacji w Radomsku, dopiero w miniony poniedziałek CBA potwierdziło: byliśmy. Ale nic więcej nie możemy powiedzieć. Tajemnica operacyjna.

O jakie interesy Bartłomieja M. chodzi?

Musimy się cofnąć do 2017 roku. Wtedy to, w lutym, M. przestaje pełnić funkcję rzecznika prasowego Ministerstwa Obrony Narodowej. Nie zostaje na lodzie. 10 kwietnia zostaje pełnomocnikiem zarządu państwowej Polskiej Grupy Zbrojeniowej do spraw komunikacji. PGZ to jeden z największych koncernów obronnych w Europie. Skupia 60 firm, ma roczne obroty na poziomie 5 mln zł. Produkuje i modernizuje sprzęt wojskowy.

Reklama

Dziennik „Rzeczpospolita” podaje, że M. ma zarabiać 50 tys. zł. Rozpętuje się awantura, M. zostaje zmuszony do rezygnacji po zaledwie trzech dniach. Zostaje też zawieszony w prawach członka Prawa i Sprawiedliwości, a on sam rezygnuje z członkostwa w PiS ze względu na „niesamowitą nagonkę na PiS przy użyciu jego nazwiska”. Zakłada firmę, która ma świadczyć usługi marketingowe i doradcze.

Tu właśnie pojawia się wątek radomszczańskiej firmy. Według naszych ustaleń, M. zgłasza się do firmy oferując pomoc przy uzyskaniu kontraktu z Polską Grupą Zbrojeniową. SKB miałoby produkować podwozia do czołgów. Firma zajmuje się produkcją osi napędowych dla przemysłu motoryzacyjnego i przemysłu drogowego. Ma wieloletnie doświadczenie, do lipca 2015 roku działała pod nazwą Fabryka Osi Napędowych.

Reklama

SKB i M. podpisują umowę. Według naszych rozmówców, Bartłomiej M. od początku zdawał sobie sprawę, że kontrakt jest nierealny, a on nie ma ani narzędzi, ani możliwości, by do takiej umowy doprowadzić. System działał, dopóki kontrahenci nie zorientowali się, że nic nie może.

Prezes zarządu SKB Drive Tech Marek Wodzisławski potwierdza, że 28 stycznia w spółce byli funkcjonariusze CBA. Ale nie chce powiedzieć, w jakiej sprawie: - Odpowiedzi powinna udzielić służba, która się nią zajmuje. Ja nie chcę, ani nie mogę wypowiadać się o jej działaniach - mówi.

Reklama

Radomszczańska firma od dawna stara się wejść na rynek zbrojeniowy. Kilka miesięcy temu mówiło się o produkcji mostów do wojskowych ciężarówek. Potem o podwoziach do czołgów.

- Chcemy się rozwijać i współpracować z branżą wojskową - mówi prezes Wodzisławski. - Od dawna startujemy w przetargach, ale co do szczegółów, nie mogę ich zdradzić, to tajemnica handlowa. W tym roku, dzięki ciężkiej pracy załogi i zarządu, już częściowo jesteśmy obecni na tym rynku

Na początku 2015 roku, tuż po wyborach samorządowych, w których prezydent Anna Milczanowska wygrała po raz trzeci, przedstawia swojego społecznego doradcę - Bartłomieja M. Nie wiadomo dokładnie, w czym M. doradzał Milczanowskiej, środowisko samorządowe uznało to za polityczny pas transmisyjny między prezydent, która wtedy zbliżała się do PiS, a Antonim Macierewiczem.

Reklama

W Radomsku M. po raz pierwszy pojawia się w 2014. Spotyka się z lokalnymi działaczami PiS-u i zabiera głos przy różnych okazjach. Przed pomnikiem Konspiracyjnego Wojska Polskiego wraz z Szymonem Zyberyngiem i W. (byłym radnym sejmiku z PiS, skazanym prawomocnie na więzienie za stworzenie piramidy finansowej, w której klienci stracili ponad 6 mln zł) protestuje przeciw organizowaniu obchodów rocznicowych bitwy pod Ewiną. Staje przed kamerami i mikrofonami lokalnych mediów na konferencjach i briefingach. Często występują w trójkę: Milczanowska, Macierewicz i M. Nawet jeśli coś myli, nie zna sytuacji i zależności w radomszczańskim PiS-ie, to i tak nikt z miejscowych nie protestuje. Przecież to człowiek Macierewicza i doradca prezydenta miasta.

Bartłomiej M. to przykład błyskawicznej kariery opartej na polityce. Jest absolwentem XII Liceum Ogólnokształcącego im. Henryka Sienkiewicza w Warszawie. W CV może sobie jeszcze wpisać politologię na Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. Jeśli chodzi o zatrudnienie to lista zajmowanych stanowisk jest naprawdę bogata. Był koordynatorem ds. struktur wyborczych PiS, asystentem posła Antoniego Macierewicza, pełnomocnikiem powiatowym partii w powiecie piotrkowskim i radomszczańskim, sekretarzem zarządu PiS okręgu 10, sekretarzem biura zespołu parlamentarnego, pełnomocnikiem ds. utworzenia centrum eksperckiego kontrwywiadu, dyrektorem gabinetu politycznego w MON, a potem rzecznikiem ministerstwa.

Reklama

Dziś M. ma dopiero 29 lat.

- Z tamtego okresu pamiętam go jako osobę inteligentną - mówi nasz rozmówca, samorządowiec. - Nie było mnie przy najważniejszych rozmowach, kiedy zamykali się w gabinetach, ale zorientowani wiedzieli, że M. dużo może. Starał się też sprawiać takie wrażenie. Miał ciekawe pomysły i za to można było go docenić. Jednak rzeczywiście, jego sposób bycia powodował, że raczej ludzi od siebie odpychał. Pojawił się z zewnątrz i od razu zaczął rządzić. Taki koleś, który uważa, że mu wszystko wolno. Arogancki i butny, tak można go opisać.

Reklama

- Cwaniak z PKS-u - mówi inny nasz rozmówca. - Od razu takie określenie przyszło mi na myśl. Mówiąc inaczej nie przypadliśmy sobie do gustu. Na szczęście nie musieliśmy się często spotykać. Do urzędu przyjeżdżał przed 15, wchodził do gabinetu prezydent, albo zamykał się z sekretarzem (był nim wtedy Radosław Zatoń, dzisiaj pracuje w jednej ze spółek PGE w Bełchatowie - dop. red.) i tam coś ustalali.

W listopadzie 2016 roku piotrkowska prokuratura okręgowa wszczyna śledztwo w sprawie Bartłomieja M. Doniesienie złożyli posłowie Platformy Obywatelskiej. M. na spotkaniu 30 sierpnia w Bełchatowie miał obiecywać radnym powiatowym dobrze płatną pracę w zamian za głosowanie nad powołaniem wicestarosty bełchatowskiego. Po miesiącu prokuratura umarza sprawę, nie dopatrując się czynu zabronionego.

Reklama

Dziennikarze Gazety dotarli do osoby z naszego powiatu, której M. złożył propozycję pracy. Relacjonuje:

- To była jesień 2015 roku, okolice wyborów prezydenckich. Bartłomiej M. zadzwonił do mnie, powiedział, że chce się spotkać. To była jego inicjatywa. Zgodziłem się, choć nie wiedziałem za bardzo, o co chodzi. Przeszedł od razu do sedna. Powiedział, że może mi załatwić pracę, dobrze płatną, miejscowość nie gra roli. Choć oczywiście stanowisko w granicach rozsądku. Jakie miałoby być, nie padły żadne konkrety. Ja zresztą też się nie pytałem, bo byłem zaskoczony. Bartłomiej M. powiedział, że jest warunek: oddaję 10 procent. Pensji. Nie wiem, czy miałbym oddawać jemu, czy partii, to nie zostało wypowiedziane. Wtedy myślałem, że to była tylko jego inicjatywa, teraz już nie wiem. On był wtedy jedną z najważniejszych osób na naszym terenie, nie wiem, czy podejmowałby takie kroki samodzielnie,

Reklama

M. przebywał w areszcie, tak zdecydował sąd. O trzymiesięczny areszt wnioskowała prokuratura.  

Pytamy poseł Annę Milczanowską o Bartłomieja M. i o propozycję, którą złożył naszemu rozmówcy. - Nie chce mi się wierzyć w te 10 procent - odpowiada. - W żadnym wypadku nie jest to praktyka w naszej partii.

Dodaje, że nikt za nic nie płaci. - Owszem, posłowie oddają część swoich dochodów na cele partii, ale jest to dobrowolne - zapewnia.

Współpracy z M. nie żałuje. - To młody, inteligentny człowiek, który zrobił wiele dobrego. A ja lubię pracować z młodymi, mądrymi ludźmi. Zobaczymy, jak to się skończy. Te zarzuty, które mu postawiono… Co to za zarzuty? Poczekajmy, aż wszystko się skończy. Z tego, co wiem, będzie odwołanie w sprawie aresztu tymczasowego dla M., a inne osoby zostały już zwolnione.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości