Masz pracę, jesteś zadowolony z życia, wszystko idzie w dobrą stronę? Uważaj, jeśli zbliżasz się do pięćdziesiątki, powinieneś się bać. Dla pracodawców za chwilę staniesz się niewidzialny. Nie wierzysz? On też nie wierzył
(Przypominamy najważniejsze tematy Gazety Radomszczańskiej w 2019 r. Tekst opublikowany w nr 46/2019)
Spotykamy się na ulicy, chwilę rozmawiamy. Opowiada, że był w kolejnej firmie. Znów nic, pracy nie ma. Od kilku miesięcy odbija się jak od ściany. Rozstajemy się, ale potem długo o nim myślę. Dzwonię, musimy porozmawiać. Bo jak to: mamy rynek pracownika, bezrobocie na najniższym poziomie z możliwych, a on nie może znaleźć roboty?
A nie może. Już wiem, dlaczego.
***
Wykształcenie wyższe. Magister inżynier, Politechnika Świętokrzyska. Pierwsza praca jeszcze za komuny. Najpierw jednostka samorządowa, później dwa lata wojska, potem praca w urzędzie. Taka na dłużej, aż do 1998 roku. Ale nadchodzi reforma samorządowa, z nią likwidacja jednych urzędów i powołanie innych. Pech, on pracuje w tym do likwidacji. No to urząd przestaje istnieć, on przestaje pracować.

Przez pewien czas jest bezrobotny. Wtedy urząd pracy funkcjonuje inaczej, człowiek stawia się tam, urzędnik daje skierowanie, jeśli jest jakaś robota, to firma przyjmuje. Kto oferty nie przyjmie bądź pracę porzuca, traci status bezrobotnego i zasiłek. Dziś jest inaczej. Urząd nie kieruje do pracy, tylko wysyła na spotkania. A po tych spotkaniach ze strony firm nie ma żadnego odzewu. Nawet informacji: kolego, zostałeś nieprzyjęty.
W końcu znajduje pracę w dużej firmie. Zajmuje się sprzedażą. Tam przepracuje prawie 20 lat. Na różnych stanowiskach: od przedstawiciela handlowego, przez menedżera okręgu średniego szczebla, po jego kierownika. Pracuje w Radomsku, w regionie, potem w placówce firmy kilkadziesiąt kilometrów od Radomska. Wtedy codziennie dojeżdża.
Gdy wybucha kryzys 2009 roku, firma mocno obrywa. Choć jakoś trwa, właściciele mają dość. Stwierdzają, że jednak chcą skonsumować sukces. Firmę sprzedają.
Nowi zwalniają, ale powoli, by nie wpaść w grupowe. Mówią, że to po to, by było lepiej. Rozwój przez redukcję, stała gadka specjalistów od cięcia kosztów. Aż przychodzi ten dzień. Rano w wewnętrznym intranecie pojawia się informacja, że przyszłość firmy jest świetlana i oby tak dalej, a chwilę później zjawia się nowa kadrowa i wręcza mu wypowiedzenie. Mówi: ma pan za wysokie kwalifikacje, by pracować na niższym stanowisku, a że pana jest likwidowane, to wicie, rozumicie. Poza tym jest pan skażony pierwiastkiem byłych właścicieli. Więc dziękujemy, do widzenia, pa.
I zaczyna się jego droga przez mękę.
***
Ma trzy minusy. Pierwszy to, jak mówi Piotr Bałtorczyk, kijowy pesel. Znaczy: człowiek po pięćdziesiątce. Drugi też słaby: w papierach ma wpisane „menedżer”. To potencjalnym szefom nie pasuje. Może im zaburzyć status quo w firmie, zagrozić ich pozycji i jakie tam jeszcze koszmary miewają. A co, jeśli ambitny, będzie chciał się piąć, będzie wymyślał, koncypował, aktywizował? Zagrożenie dla tych mniej lotnych. Nic to, że on chce tylko przepracować te kilka lat do emerytury, a tamten etap, tamte nerwy i stresy ma za sobą. Jak menedżer, znaczy zagrożenie.
No i trzeci minus: w szkole uczono go nie tego języka. W PRL-u się edukował, rosyjski miał obowiązkowy, o angielskim mało kto słyszał. A teraz wszędzie angielski albo inny zachodni.
***
Z tymi językami to bywa zabawnie. Nikt mu nie potrafi wyjaśnić, po co ten angielski na stanowisku sprzątacza, robotnika czy sprzedawcy w sklepie. Ale wymóg stoi jak wół.
Był kiedyś na giełdzie pracy. Firma szuka pracowników do produkcji. Czyta: ze znajomością angielskiego lub hiszpańskiego. Hiszpańskiego? Pyta pani od rekrutacji: może u was instrukcje na stanowiskach pracy są po angielsku bądź hiszpańsku? Pani nie jest zorientowana. No to po co wam ten angielski albo hiszpański? Pani nie umie odpowiedzieć.
No to ryzykuje. W wymogach stoi, że ten angielski to komunikatywny ma być, a on coś tam przecież potrafi i rozumie. Wraca do pani od rekrutacji i proponuje: porozmawiajmy po angielsku, może ten mój poziom wystarczy. Nie możemy, odpowiada pani. Bo ona tego angielskiego to nie zna.
Zastanawia się jeszcze nad tym hiszpańskim. Do produkcji potrzebny? Iluż będzie chętnych? Może jak ktoś tam wyjechał do roboty, coś liznął i wrócił, to się zgłosi, ale ilu takich? Bo niby po iberystyce pójdzie na produkcję?
W końcu sobie koncypuje: skoro właściciel z Hiszpanii, to pewnie chce raz w tygodniu poopierdzielać tych swoich pracowników w tym swoim hiszpańskim.
No, i to ma sens. Tylko to.
***
Wie, że musi się przebranżowić. Ofert pracy w jego dotychczasowej branży w Radomsku nie ma, to musi szukać gdzieś indziej.
Był na castingu w bardzo dużej firmie działającej w strefie. Mówi „casting”, bo według niego to najlepsze określenie tego, jak te rozmowy wyglądają. Szukali pracowników na produkcję. Przyszło 60 osób. Firma fajna, prezentacja też fajna, pokazano produkcję, zakład, pracę na kolejnych stanowiskach. Generalnie światowo cokolwiek. Ale jak doszło do niego, to pani rekruterka skonsternowana:
Dlaczego pan tu siedział cały czas z nami, pyta. Nie mógł pan mi pokazać tego CV wcześniej? On tłumaczy: nie mogłem, bo nikt nie prosił. Coś w jego CV nie tak? Ano nie tak. Bo on się na produkcję nie nadaje. No to pyta, dlaczego się nie daje. Przecież chce pracować na produkcji, chce pracować fizycznie, dźwigać, co tam dźwigać trzeba, obsługiwać także. Pani jest nieugięta: pan nigdy nie pracował na produkcji, pan się nie nadaje.
On jeszcze próbuje: chce zacząć od nowa, gdzie mam iść, jeśli nie na produkcję? Może macie coś innego? Ale pani nie ma głowy, dziś rekrutuje tylko na produkcje.
Nawet nie został zaproszony na wycieczkę po zakładzie.
***
Śle CV, nikt nie odpowiada. Nawet negatywnie. Próbował zostawić bezpośrednio u dyrektorów, ale oczywiście nie ma wejścia, portierzy bronią. Więc śle dalej albo zostawia w dużych firmach w skrzynkach do korespondencji. Też nic.
Zaplątał się do pewnej firmy. Praca brudna, ciężka, ale jest. Właściciel proponuje na pierwsze trzy miesiące 12 zł za godzinę brutto za 10 godzin pracy dziennie. Po trzech miesiącach daje 15 zł za godzinę, a po roku 20. Rozpytuje. Okazuje się, że to tak skalkulowane, żeby ludzie popracowali te trzy miesiące i szlus. Następny. Tania siła robocza. Rachunek dla przedsiębiorcy się zgadza.
***
W końcu znalazł firmę przez ogłoszenie. Wspaniałą firmę, dopiero co powstała, dba o pracowników, nie ma naleciałości i przeszłości. Nieduża, zatrudnia 140 osób. Produkuje pieluchy. Siedemset na minutę. A każda się składa z 20 części. Po hali chodzi się w czepku, wszystko jest sterylne, ręce się dezynfekuje, a panie nie noszą biżuterii. Bo zarazki.
Firma szuka operatorów maszyn. Szesnastu. Na takiej maszynie tych operatorów stoi trzech. Maszyna ma kilkadziesiąt komponentów, to idzie w ruchu. Jedna osoba nadzoruje, sprawdza produkt pod kątem jakościowym, widzi wszystko na monitorze. Druga wspiera pierwszą. Trzecia zajmuje się zakładaniem komponentów, zamawianiem ich z magazynu. Oprócz tego są jeszcze pakowacze, ale tych na razie nie potrzeba.
Była giełda pracy w PUP, na której nie był, wybrał się do samej firmy. Trafił na drugą zmianę, razem z nim 60 kandydatów. A takie spotkania były cztery w samej firmie, nie licząc tego w urzędzie pracy.
Firma poszukuje tych pracowników według bardzo konkretnych wymagań i predyspozycji. Kandydat się musi wpasować. To naturalne. Ale widocznie w tych wymaganiach wiek ma być inny. On to nawet rozumie. Jeśli obok siedzi 36-latek, to dla tej firmy, po długotrwałym szkoleniu, popracuje lat 25. A on dziesięć. Mało tego, on ze swoją pięćdziesiątką na karku może zacząć chorować. To właśnie ten kijowy pesel. Bo firma dba. Takiego kandydata wysyła na bardzo dobrych warunkach na sześć miesięcy na szkolenie za granicę. Płaci diety, zakwaterowanie, nawet wynajmuje samochód na cztery osoby z wypożyczalni.
***
Wysłał ostatnio 36 CV. Nawet do sieci handlowych. Został zaproszony na rozmowę. Pani na wstępie pyta, jakie posiada doświadczenie w handlu. Wyjaśnił, że przez 20 lat zajmował się sprzedażą. Pani nie o to chodzi. Nie takie doświadczenie, tylko w sklepie. On wyjaśnia, że techniki sprzedaży są takie same, mechanizmy także. Z tą różnicą, że trudniej jest sprzedać usługę niż produkt. A praca w sklepie? Bierze paleciak, przewozi towar, wystawia na półkach. Sprząta, zamiata, odśnieża, siada na kasę, sprzedaje.
Pani mówi: musi mieć pan świadomość, że każdy kasjer pracuje na swojej kasetce i jeżeli ma manko, to zwraca z własnej kieszeni. On ma świadomość. W końcu okazuje się, że jest dla niego praca. Na pół etatu. 900 złotych na rękę. Jakieś nadgodziny, podwyżki, premie? Przez pierwsze trzy miesiące nie ma mowy.
***
No to może znajomości? Uśmiecha się: nie ma już znajomości. Znajomości były, jak mógł coś komuś pomóc, załatwić, zaoferować. Dzisiaj jest tylko jedna odpowiedź: będziemy w kontakcie. Wiadomo, co oznacza: znikaj.
Urząd pracy się stara, chce mu się. Robi u siebie giełdy. Ale takie same giełdy firma robi w zakładzie cztery dni później. Tam można jeszcze zobaczyć, na czym ta praca polega.
Próbował w internecie, ale tam jest podobnie: zero odpowiedzi. Jest jeszcze rynek pracy publicznej - urzędy, skarbówka, policja, gminy, cała budżetówka. Tajne przez poufne. Jeśli coś nie wypłynie w mediach, to żeby śledzić ten rynek na bieżąco, trzeba codziennie odwiedzić kilkadziesiąt stron. Te oferty nigdzie indziej się nie pojawiają, tylko w Biuletynach Informacji Publicznej. Mało tego, nie pojawiają się w urzędzie pracy. Może są pisane dla konkretnej osoby, takiej, co to akurat u nich na stażu albo zastępstwie? Wtedy jest wymóg: staż pracy min. 1 rok. U nich.
Mówił, że tajne?
***
Próbował w mniejszych firmach. Zostawił w kilku miejscach CV, najczęściej słyszał: nie mam na ciebie pomysłu. Ale będziemy w kontakcie.
Swego czasu był na tyle naiwny, że wysłał 50 CV po prezesach i dyrektorach. Tych, których znał. Nikt nie zadzwonił, nikt się nie odezwał. Tylko jeden człowiek, którego nigdy nie widział na oczy, odpisał, w akurat nie planuje zwiększenia zatrudnienia, ale bardzo chętnie zatrzyma jego CV i jeśli tylko będzie potrzeba, zadzwoni. Uczciwie. Wszyscy inni: zero odpowiedzi.
Nie, nie myślał, żeby ze swoim doświadczeniem szukać pracy w dużym mieście, w swojej branży. Ma 50 parę lat i wie, jak jego branża się zmienia. Tam nie potrzeba już tylu ludzi, jest więcej komputerów i aplikacji. On nie mam z tym problemu, ale tam też potrzeba młodych.
***
Zastanawia się, jak będzie wyglądał ten cudowny rynek pracy w przyszłości. Przecież w Radomsku będzie tylko więcej takich jak on. Nie przybędzie młodych, tylko starych. Strefa niby wchłonie każdego pracownika, ale stawia wiekowe bariery. Widocznie jeszcze może.
On jest przekonany, że firmy albo zmienią taktykę, albo stracą szanse rozwojowe. Wie, jaka to droga: nie będą tworzyć nowych miejsc pracy, bo rosną koszty pracy, więc postawią na automatyzację. Wtedy nie tylko dla takich jak on nie będzie pracy. Dla młodszych też. I ten scenariusz chyba się ziści. Wszystko idzie w tę stronę.
Ostatnio znalazł pozytywną stronę tego stanu rzeczy. Odbiera każdy telefon. Może to ktoś z ofertą pracy? Zwykle w słuchawce słyszy: mam do zaoferowania ubezpieczenie, chciałam porozmawiać o naszej nowej pożyczce. Albo: zna pan nasze nowe garnki? Wtedy odpowiada: ale ja obecnie jestem bezrobotny.
O to przepraszam, rozłącza się rozmówca. On nawet nie zdąży dokończyć: ale dlaczego Pani mnie...
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze