Haftowana ręcznie przez 35 osób „Bitwa” zaginęła niemal dekadę temu. Po latach spędzonych w sądzie udało się twórcom odzyskać dzieło. Przypominamy historię batalii o batalię, która ukazała się w Gazecie.
W odzyskanie haftu zaangażowała się grupa jego twórców. Pod przewodnictwem Piotra Mielczarka, burmistrza Pajęczna, odzyskano dzieło. Upoważnioną do odbioru była Lidia Tokarska z Pajęczna, jedna ze współtwórczyń haftu. Burmistrz zorganizował bus do przewozu „Bitwy”. Trafi do Pajęczna. Niestety, dzieło nieco ucierpiało przez lata.
- Są duże przebarwienia. Trzeba będzie włożyć dużo pracy, aby można go było pokazać - mówi Elżbieta Kowalska z Dobryszyc, jedna z hafciarek.
Dziewięć metrów na cztery. Wyhaftowany przez 30 kobiet i kilku panów. O wspólne dzieło przez ostatnie lata toczyła się sądowa batalia. Dzisiaj ta ekipa nie stanowi już monolitu, jak wtedy, kiedy wykonywała pierwsze fragmenty obrazu, a sama replika „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki spoczywa, najprawdopodobniej, w jakiejś wersalce. Nie wiadomo w jakim stanie
Wymyślił to Adam Panek. Obserwował swoją matkę, Janinę Panek, haftującą z zaangażowaniem piękne wzory. Uznał, że gdyby więcej kobiet zajęło się wspólną pracą, to udałoby się wyhaftować replikę czegoś naprawdę dużego i słynnego.
Matka i syn podjęli spontanicznie decyzję. Przedstawili pomysł wspólnego haftowania kilku osobom. Wybór wzoru, czyli matejkowskiej „Bitwy pod Grunwaldem”, wynikał z rozmiarów. I rozmachu dzieła. To robiło wrażenie.
Zaczęło się w czerwcu 2008. Projekt przygotował Grzegorz Żochowski z Białegostoku. Było trochę problemów z zebraniem ekipy haftującej, trochę technicznych z przygotowaniem materiałów. No i zebraniem pieniędzy, które były potrzebne choćby na kupno materiałów.
Obraz podzielono na 40 fragmentów. Każda z pań i panów otrzymała swoją część. Haft był krzyżykowy, ale im tego mówić nie trzeba, znają się, haftują nie od wczoraj.
Wykorzystano 220 kolorów, przy czym każdy hafciarz użył do swojej części około stu.
Pieniądze na materiały były zbierane podczas festynów, gdzie współtwórcy haftu, przede wszystkim panie, sprzedawały własnoręcznie pieczone ciasta. Były darowizny od sponsorów, dokładali się także sami haftujący. W czasie pracy spotykali się, żeby dogadać szczegóły, z czasem na tyle się zbliżyli, że zostali przyjaciółmi.
Po czterech i pół roku mistrzowska replika „Bitwy pod Grunwaldem” o rozmiarach 9,20x4,05 m ujrzała światło dzienne.
Obraz należał do wszystkich
Obraz był współwłasnością wszystkich 35 osób, które mozolnie wykonywały kolejne krzyżyki na kawałkach płótna. Na początku współpracy wszyscy podpisali umowy na swoją część. Umowy zawierały zapis dotyczący ustanowienia administratora do opieki nad dziełem. To on decydował, gdzie replika ma być przechowywana. Miał dbać o jej stan, pełnił też funkcję rzecznika grupy twórców i zajmował się promocją.
Administrator, Adam Panek, nie miał władzy absolutnej. Każdą decyzję miał podejmować z przynajmniej jednym członkiem zarządu. W zarządzie znalazła się matka prezesa, Janina Panek i cztery inne osoby.
Przy podpisywaniu umowy wszystkie strony były parafowane, ale ponieważ pojawiły się błędy w tekście, niektóre kartki były podmieniane. Później okazało się, że w jednej wersji decyzję mieli podejmować wspólnie wszyscy członkowie zarządu a w drugiej, po podmianie - już tylko Adam Panek z matką.
Pierwsza, nieoficjalna jeszcze prezentacja obrazu, odbyła się w Działoszynie, skąd pochodzili pomysłodawcy projektu. Uroczyste odsłonięcie obrazu, to oficjalne, odbyło się 25 września 2010 roku w Dobryszycach. Dzień później dzieło pokazywane było w Kleszczowie. W styczniu 2011 r. zawędrowało do Białegostoku, skąd pochodził autor wzoru - Grzegorz Żochowski. Miesiąc obraz oglądano i podziwiano w województwie lubelskim.
„Bitwa pod Grunwaldem” wędrowała po całej Polsce. Wzbudzała podziw i zachwyt. Na początku prezentacje były bezpłatne. Potem pojawiły się opłaty i od tego momentu zaczyna się wszystko, co złe w tej historii.
„Bitwa” w 2011 roku przez trzy miesiące była prezentowana w Berlinie. Na przełomie stycznia i lutego obraz pojawił się w Międzyrzeczu Górnym w ramach unijnego projektu „Historia haftem malowana”. Od maja 2012 replika, z małymi przerwami, przebywała w Muzeum Bitwy Grunwaldzkiej w Stębarku. We wszystkich tych miejscach widzowie za oglądanie płacili, a Adam Panek sprzedawał gadżety. Pieniądze zbierano także do puszek, a kwoty, które do nich trafiły, nigdy nie zostały rozliczone.
Adam Panek w lipcu 2012 założył w Częstochowie Fundację Wspierania Kultury, Sztuki i Tradycji Rękodzieła Artystycznego imienia Św. Królowej Jadwigi, której został prezesem. W skład zarządu fundacji weszła jeszcze matka prezesa, Janina Panek. Pani Janina zarabiała przy okazji ekspozycji repliki i dawała lekcje „historii mówionej”. Taki rodzaj płatnej prelekcji.
- I właśnie w tym momencie dotychczasowy impresario nieformalnej grupy hafciarek i hafciarzy zaczął decydować o wszystkim sam. Gdzie i za ile zostanie wystawiony - mówi Elżbieta Kowalska z Dobryszyc, która była jedną z hafciarek: - Nagle ta nasza „Bitwa pod Grunwaldem” zaginęła. Nie miałyśmy żadnej informacji, gdzie się znajduje, bo pan Panek nie odbierał od nas telefonów. W pewnym momencie nawet zmienił numer. Śledziłyśmy tylko w internecie, że gdzieś tam w Polsce obraz został wystawiony - opowiada.
Początkowo replika była wystawiania za niewielkie kwoty, ale kiedy stawała się coraz słynniejsza, cena biletów rosła.
- O ile pierwsze honoraria jeszcze były dzielone na twórców haftu, to z czasem doszło do tego, że hafciarki i hafciarze nie dość, że nie mieli dostępu do obrazu, to nie otrzymywali żadnych pieniędzy z gaży - mówi pani Ela. - Ponoć za wystawę w Berlinie Panek zainkasował 50 tys. zł. Z tej sumy wybiórczo wydał po ok. 1000 zł twórcom, ale mieli oni obowiązek zapłacenia podatku.
W końcu osoby zaangażowane w haftowanie repliki powiedziały „dość”. Złożyły skargę do prokuratury o zawłaszczenie dzieła. Wtedy okazało się, że obraz w 2016 roku Adam Panek przekazał - aktem darowizny - swojej znajomej, której powiedział, że replika jest własnością jego fundacji.
W 2018 roku sąd w sprawie karnej skazał go na karę grzywny oraz ograniczenie wolności w zawieszeniu na 2 lata. Prawo do repliki nie zostało jednak tym wyrokiem przywrócone współwłaścicielom, bo z powodu konfliktu z oskarżonym nie byli w stanie przedłożyć jednego zgodnego oświadczenia. Poszkodowani wnieśli wówczas pozew cywilny.
- Sprawy sądowe ciągnęły się przez kilka lat, gdyż Panek za każdym razem składał odwołanie od decyzji sądu. Jednak z końcem 2019 roku zapadło prawomocne postanowienie sądu w Częstochowie, że replika „Bitwy pod Grunwaldem” ma powrócić do prawowitych właścicieli, hafciarek i hafciarzy - pani Ela nie kryje satysfakcji, ale dodaje, że trwająca wiele lat walka w sądzie była wyczerpująca.
Uzgodniono, że upoważnioną do odbioru repliki będzie Lidia Tokarska z Pajęczna.
Replika w wersalce
Kiedy to nastąpi, wciąż nie wiadomo. Obecnie pozostaje ona w depozycie sądowym. Co to oznacza? Jak informuje nas prezes Sądu Okręgowego w Częstochowie replika, na mocy decyzji podjętej przez prokuratora w toku postępowania przygotowawczego, znajduje się na przechowaniu u pani Anny M. Pani M. w sądzie miała powiedzieć, że dzieło wielkości 9 na 4 metry przechowuje u siebie w domu, w... wersalce.
Pani Lidia Tokarska czeka na odpowiedź z sądu, gdzie może haft odebrać. Pismo o zwrot depozytu wystosowała 14 stycznia. Tak naprawdę to nie wiadomo, gdzie dokładnie obraz się znajduje i w jakim jest stanie. W telewizji NTL wójt gminy Dobryszyce Małgorzata Dzwonek informowała widzów: - Musieliśmy, jako wszyscy współtwórcy, dojść do kompromisu i znaleźć dla niego odpowiednie miejsce. Doszliśmy do porozumienia, że docelowo zostanie on umieszczony w Pajęcznie. Były już rozmowy z panem burmistrzem. Z tego, co wiem będzie to albo biblioteka, albo dom kultury.
Jak mówi na koniec Elżbieta Kowalska, intencją haftujących było stworzenie dzieła, które przejdzie do historii, będzie miało walory edukacyjne i patriotyczne. Nie liczył się dla nich zysk. I dlatego nie przywiązywali wagi do spraw formalnych. A przy podpisywaniu umowy nikt nie zdawał sobie sprawy, że właściwie nie ma ona znaczenia, bo potem część stron została wymieniona.
- W tej chwili naszym priorytetem jest odzyskanie obrazu, co będzie swoistym rodzajem zadośćuczynienia. Gdy tylko odzyskamy replikę i będzie ona w dobrym stanie, natychmiast zostanie wystawiona w Dobryszycach i w innych miejscowościach - zapowiada.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze