Reklama

Raz przemarznięte, raz spalone. Sadownik opowiada, jak zmiany klimaty wpływają na jego gospodarstwo

Wojciech Kidawski jest sadownikiem od ćwierć wieku. Nie rozumie tych, którzy zmianom klimatu zaprzeczają. Jakby nie chcieli widzieć faktów. On je obserwuje w sadzie i musi na nie reagować. A że jest z natury optymistą, szuka innych rozwiązań

Najpierw drzewa sadził jego pradziad, gospodarstwo przejął dziadek, a potem jego ojciec. On jest sadownikiem w czwartym pokoleniu. Wojciech Kidawski gospodaruje na kilkunastu hektarach. I widzi, że klimat się zmienia. Przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy rok temu musiał liczyć straty sięgające 90 procent planowanych zbiorów.

Pogoda była przewidywalna

Jest poniedziałek 10 listopada, godzina 9 rano. Od kilku dni nad miastem unoszą się mgły. Do sadów jedzie się ulicą Krańcową, do końca asfaltu, potem skręca w lewo w utwardzoną polną drogę. Jest jeszcze spory kawałek, zanim po lewej stronie zaczną się ciągnąć rzędy równo posadzonych i przyciętych drzew. Dom stoi pomiędzy nimi. Można powiedzieć, że jest tu w jakiś sposób bajkowo.

Reklama

Jest już po zbiorach. Owoce w chłodniach. Co nie znaczy, że pan Wojciech nie będzie miał co robić. Zawsze jest jakaś praca do wykonania. Ale on te sady kocha.

Opowiada, że w latach 90. polscy sadownicy uczyli się od tych z krajów zachodnich. A dzisiaj już dawno ich przegonili. Gatunki, technologie, maszyny - w tym już nie odstajemy.

Z pogodą poszło jednak w drugą stronę. W złą. Tak mniej więcej do 2000 roku była przewidywalna. Wiadomo było, kiedy spadnie śnieg, jak długo poleży, kiedy zrobi się ciepło. A teraz, odkąd średnia temperatura wzrasta, drzewa zaczynają wegetację o wiele wcześniej.

Reklama

- Kiedyś kwitnienie było regularne jak w kalendarzu. Najpierw czereśnie, parę dni później jabłonie. Kwiaty i zalążki pokazywały się w długi majowy weekend.

A teraz jest ruletka. W ubiegłym roku drzewa kwitły już w kwietniu.

- A to oznacza o wiele większe ryzyko przymrozków. To dla sadowników największe zagrożenie. W ubiegłym roku 23 kwietnia zrobiło się na minusie i było pozamiatane.

Nadzieję miał jeszcze do popołudnia, ale potem zielone zalążki zrobiły się brązowe, w końcu czarne. I było po owocach.

Reklama

Najpierw przycinał, nawoził i dbał, a w kwietniu liczył, jak duże są straty. Wyszło mu, że stracił 90 procent plonów.

- Kwiaty są w miarę wytrzymałe i mogą się zregenerować, ale jak zmarznie zalążek, nie ma żadnych szans. To tylko jeden ze skutków zmian klimatu. Dotknął nas boleśnie.

Podjął jeszcze próbę ratowania zbiorów, stosują różnego rodzaju środki. Bez efektu.

- Jak ktoś umarł, to wskrzesić się go nie da. To biologia i fizyka. Jeżeli coś zamarza, to tworzą się kryształki lodu, które niszczą ściany komórkowe. Koniec.

Reklama

Przegrzane pomarańczowe jabłka

- Co jeszcze widać w przyrodzie? Coraz gorętsze lata - mówi Wojciech Kidawski.

Jabłka dojrzewające pod silnym słońcem i w coraz wyższych temperaturach, jakie były w ostatnich latach, przegrzewają się. Normalnie miałoby czerwoną skórkę. Jak człowiek, który zbyt długo leży na plaży i dostaje słonecznych oparzeń, tak też reagują na temperaturę jabłka. Skórka robi się pomarańczowa. To już nie jest zdrowy i pełnowartościowy owoc.

Wojciech Kidawski mówi, że na zachodzie sadownicy stosują specjalną siatkę, która chroni drzewa przed gradem, a jednocześnie daje cień. W jego sadzie chroniłaby jabłka przed przegrzaniem. Tylko to są bardzo duże koszty.

Reklama

Upały oznaczają też bardzo małe opady.

- Im mniej wody w roślinie, tym niższa jędrność. Mniej wody w jabłku to większe ryzyko oparzeń słonecznych. To się właśnie teraz dzieje - opisuje sadownik.

Chociaż, jak zauważa, akurat ten rok w opady był całkiem bogaty. Ale niestety trzeba go traktować jak anomalię. Bo na przestrzeni lat, ze względu na niższe temperatury i większe opady był wyjątkowy. Za to ceny, jakie pan Wojciech za swoje jabłka i inne owoce dostaje, są dziś niższe niż kiedy zaczynał. A z kosztami produkcji już się bardziej zejść nie da. W takim sadzie potrzeba wielu pracowników, a ich pensje są kilka razy wyższe niż dwadzieścia lat temu. Trzeba więc maksymalizować zbiory. Zmiany klimatu nie pomagają.

Reklama

Kolejny skutek zmian klimatu to zimy bez mrozów. To wpływa na szkodniki, które zimują pod korą i tuż pod powierzchnią gleby. W mroźną zimę ginęły. Teraz wiosną atakują drzewa. Trzeba z nimi walczyć.

Nie tylko ciepłe zimy szkodzą, także brak śniegu. Biała okrywa chroniła gatunki mniej odporne na niskie temperatury. Dzisiaj tej naturalnej ochrony już nie ma.

Arbuzy, winogrona, borówka amerykańska

Największym wrogiem pana Wojciecha jest przymrozek. Nie jest w stanie przykryć wszystkich drzew. Choć jest pewien sposób i niektórzy go stosują. Trzeba na drzewa wylać bardzo dużo wody. Zraszaczami. Po co? Żeby na kwiatach i zalążkach owoców stworzyła się lodowa pokrywa.

Reklama

- Ona chroni, bo ma w środku zero stopni. Tylko do tego trzeba mieć jakiś staw albo studnie. U nas woda jest na głębokości 80 metrów - mówi Kidawski.

Radomszczanin nie rozumie tych, którzy zmianom klimatu zaprzeczają. Jakby nie chcieli widzieć faktów. A on obserwuje je w swoim sadzie i musi na nie reagować. A że jest z natury optymistą i, jak podkreśla, świata nie zbawi i zmian nie cofnie, szuka innych rozwiązań. Skoro jest u nas coraz cieplej i mamy już prawie południowy klimat, to w zeszłym roku posadził arbuzy. Rosły jak na drożdżach.

Reklama

- To był przepyszny arbuz - zapewnia. Teraz myśli już o winogronach. Uprawia również borówkę amerykańską.

- W Polsce pojawiła się zaledwie kilka lat temu. Wtedy wielu zastanawiało się, czy to może się udać. A dzisiaj Polska jest największym producentem borówki w Europie. To chyba mówi samo za siebie. To przez zmiany klimatu.

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 17/11/2025 15:00
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości