Rzeczy, które w dzieciństwie puszczaliśmy mimo uszu, te wszystkie historie, które słyszeliśmy, one i tak zapadały gdzieś w pamięć. Dzieciaki tym nie żyją, młodzi ludzie też mają na głowie inne sprawy. I nagle, powiem wprost - po 50. - ta przeszłość zaczęła się o mnie bardzo upominać - Gazeta rozmawia z Piotrem Pacholikiem, który napisał powieść „Pomarańcze na obrazie”
GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Już na pierwszej stronie, po kilku pierwszych zdaniach, znalazłem się w domu z pańskiego dzieciństwa. Po chwili biegałem po pochylni gorzelni. Zachwycił mnie język, jakim opowiada pan te wszystkie historie.
PIOTR PACHOLIK: - Cieszę się. Miło to słyszeć, ale to za duże słowa…
Dlaczego za duże?
- Jeżeli nie zapyta pan, dlaczego tak źle albo tak głupio, już będę szczęśliwy (śmiech).
Nie przeczytałem jeszcze całości, a już teraz mogę powiedzieć, że to jest naprawdę dobra, dobrze napisana książka. Może trudno jednoznacznie zakwalifikować ją do któregoś z gatunków, bo dla mnie nie jest to klasyczna powieść.
- Od trzeciego rozdziału taką się już staje. Opowieścią, powieścią, beletrystyką.
Choć od razu muszę zauważyć, że anglista, którym pan jest, daje o sobie w książce mocno znać.
- Pewnie czasami do przesady, ale to…
Zboczenie zawodowe?
- Tak. Dokładnie.
Znam pana jako człowieka, który prowadzi szkołę językową. I nagle książka. Skąd pomysł?
- Zawsze miałem poczucie, że potrafię pisać. No, może jednak nie zawsze. Liceum nie nauczyło mnie dobrze pisać. Stało się to na studiach. Pisać zwięźle, do rzeczy, jak komponować akapity, topic sentence, i tak dalej. I od tej pory takie myśli chodziły mi po głowie. Skoro człowieku potrafisz jakoś pisać…
To warto z tej umiejętności skorzystać.
- Tak. Teksty użytkowe, które tworzę na potrzeby swojej działalności wychodzą dobrze i świetnie, ale może by tak coś więcej? I tak z poczuciem, że potrafię pisać, ale nie mam o czym, przeżyłem więcej niż połowę życia. I dopiero, kiedy przyszła okrągła rocznica urodzin, to chyba jest naturalne, że wtedy zaczynamy się bardziej skłaniać ku swojej przeszłości. Rzeczy, które w dzieciństwie puszczaliśmy mimo uszu, te wszystkie historie, które słyszeliśmy, one i tak zapadały gdzieś w pamięć.
Na co dzień żyje się tym co tu i teraz.
- Dzieciaki tym nie żyją, młodzi ludzie też mają na głowie inne sprawy. I nagle, powiem wprost - po 50., ta przeszłość zaczęła się o mnie bardzo upominać.
Jest pan sentymentalny?
- (śmiech) Czasami daję się ponosić nostalgii. A sentyment to chyba nie jest najlepsze słowo.
Dla mnie jest pan oazą spokoju. Nie wyobrażam sobie, że bywa pan kiedykolwiek zdenerwowany.
- To niech pan przyjdzie do szkoły na zajęcia pierwszych obecnych roczników (śmiech).
Wróćmy do przeszłości. W jaki sposób się o pana upomniała?
- Nie wiem, czy wszyscy tak mają, ale im bliżej drugiego brzegu, tym więcej myśli się o tym, co się już wydarzyło. Któregoś dnia stwierdziłem, no dobrze, skoro już wiesz o czym pisać, to zacznij, to spróbuj. Zobaczysz, czy potrafisz naprawdę. Pierwszy akapit, jest. Pierwsza strona, OK. Wtedy pierwsza strona była dla mnie jak pierwszy rozdział. I nagle tych niby rozdziałów mam pięć. Potem dziesięć. I to dopiero tak naprawdę był pierwszy rozdział. I jakoś poszło. Drążąc te historie rodzinne między innymi wybrałem się w kilka miejsc z nimi związanych. Nie mówię o tych lokalnych, z którymi zawsze jakiś kontakt był. Ale na przykład wybrałem się do Holandii, gdzie na cmentarzu wojskowym znajduje się grób Rysia, bohatera trzeciego rozdziału „Po mlecznej drodze”. Przeszedł on pół świata, żeby spróbować wrócić do Polski i w Holandii się to zatrzymało. Wybrałem się też do Francji, widziałem upadający przemysł w Lotaryngii, co wiąże się z losami brata mojego dziadka, Cyryla. Mój dziadek pracował we Francji od 1937, wrócił w 1947 i prawdopodobnie do końca życia żałował tej decyzji. Jego najstarszy brat Cyryl tam został. Udało mi się, poprzez kontakty z merostwem, znaleźć jego grób, miejsce, w którym mieszkał, porozmawiać z ludźmi, z sąsiadami.

Pisze pan kolejne strony. W tajemnicy przed bliskimi, czy ktoś już wie, że właśnie powstaje książka?
- Można powiedzieć, że pierwsze dwa rozdziały powstały po cichu. A kiedy już powstały zbiegło się to z okrągłą rocznicą urodzin mojej mamy, nie zdradzę którą. I wówczas dałem je jej w prezencie.
Była pierwszą recenzentką?
- Czytelniczką. Chociaż powiedziała: czytam, śmieję się i płaczę.
Nie potrzeba nic więcej. I pewnie daje dodatkową motywację, żeby pisać?
- Absolutnie.
Prowadzi pan szkołę, jest pan na pewno bardzo zajęty. Kiedy pisze się książkę? I to jeszcze w tajemnicy?
- Wtedy, kiedy można. Nocy na to na szczęście nie zarywam, ale wieczory tak. Moje tempo nie jest wielkie. Zacząłem w 2018, skończyłem w 2023. Trzysta parę stron w ostatecznym druku w pięć lat. Nie jest to tempo imponujące.
Chciał pan to tak dopracować w szczegółach? Zmieniał pan wersje?
- Na pewno tak. Cyzeluję, że tak powiem, do oporu. Jednak dochodzę do wniosku, że to takie moje własne tempo. I nawet gdybym w tym momencie przeszedł na emeryturę, nie robił nic innego, to następna książka nie powstałaby szybciej. Może trochę… Nie pięć, ale trzy lata. Takie jest moje tempo i innego nie będzie.
Książka jest gotowa. I co pan wtedy robi? Zaczyna szukać wydawcy?
- Tak, choć szczerze mówiąc, najpierw nie za bardzo wiedziałem co z tym zrobić. Chciałem przede wszystkim jakoś ten tekst zabezpieczyć. Żeby mieć potwierdzenie, że to jest moje. I na początek poszedłem do notariusza (śmiech).
Z książką do notariusza? Nietypowy pomysł.
- A on mówi, że to nie jego jurysdykcja, absolutnie nie. I zacząłem rozglądać się po wydawnictwach, rozsyłać ten tekst gdzie się dało. W większości oni nawet nie zadają sobie trudu, żeby odpowiedzieć, jeśli nie są zainteresowani. Chociaż, jak powiedział mi kolega, który jest autorem kryminałów, jemu nikt nie odpowiedział, do momentu, w którym przyszła ta jedna, ale pozytywna odpowiedź. A ja po miesiącu z jednego wydawnictwa dostałem odmowę, że to nie ich profil, ale życzą szczęścia u innych wydawców. I wtedy, za radą kolegi „kryminalisty”, wybrałem się na targi książki do Krakowa. Bo to dobra metoda, można porozmawiać, nawiązać kontakty, wziąć wizytówki. I może to była dobra decyzja, bo w grudniu odezwało się wydawnictwo z Gdyni, które było zainteresowane. A w styczniu zawarłem umowę. A potem okazało się, że ten proces wydawniczy jest niesamowicie żmudny, długi, nudny, pracochłonny, trzeba się wykłócać czasami.
Chcą wpływać na treść?
- Nie o to chodzi. Ale jest ileś tam kolejnych korekt, projekt okładki i tak dalej. Jednak samo wydawnictwo określa, że to proces, który musi trwać około siedmiu miesięcy. I tak było, tyle trwało. Data premiery to 22 sierpnia.
Co się czuje, kiedy dostaje się maila, że ktoś chce wydać pańską książkę?
- Czuje się jakąś ulgę. I satysfakcję, że nie jest to tak złe, jak wskazywałaby cisza z pozostałych wydawnictw.
W ilu egzemplarzach ukazała się pańska książka?
- Takie rzeczy nie są nawet mnie znane. Teraz żadne wydawnictwo nie podaje w stopce nakładu. Mają elastyczne podejście, bo dodruk nie jest żadnym problemem. Puszcza się na rynek wydawniczy pewną liczbę egzemplarzy i w zależności od popytu są dodruki.
Jeszcze nie miał pan okazji wziąć do ręki swojej książki na półce w księgarni? (rozmowa odbyła się w piątek 24 sierpnia - dop. red.)
- Jeszcze nie miałem jej w ręku. Widziałem projekty okładki. Może i dzisiaj przyjdą moje egzemplarze autorskie?
Wydawnictwo zmieniło panu tytuł książki?
- To też ważna kwestia, bo wydawca często to robi. Mojemu koledze zmieniono na siłę tytuł debiutu, ale sam potem stwierdził, że wyszło lepiej. Mnie przedstawiono dwie inne propozycje, ale tak płaskie, że stwierdziłem, że nie umywają się do oryginału i, o dziwo, został mój, tak jak ja chciałem.
Już sobie wyobrażam, że ktoś z wydawnictwa dzwoni i mówi, że ma lepszy tytuł, a pan ze swoim stoickim spokojem oświadcza, że ten, który pan nadał książce, jest najlepszy. I to koniec dyskusji.
- Spokoju w tym procesie nie ma. Aż się dziwię, że pan uważa mnie za tak spokojnego, bo wewnątrz jestem z reguły kłębkiem nerwów. Oprócz tego, że jestem urodzonym pesymistą. I dlatego nie wierzyłem do końca, że to wszystko się uda. Pan czytał wersję w pewnym sensie rozszyfrowaną. Dlatego, że tutaj są wszystkie autentyczne nazwy, nazwiska, imiona.
W druku już nie ma?
- Proszę sobie wyobrazić, że jedna osoba z rodziny stwierdziła, że sobie tego nie życzy. I to był dla mnie kryzysowy moment, o mało z książki nie zrezygnowałem. Zapytałem tej osoby, a jeżeli zmienię miejsca, imiona i nazwiska? No, to wtedy może tak. Jednym z moich głównych założeń było nie napisać o nikim źle. Każdy ma jednak do tego własne podejście. Moja córka, która była jedną z pierwszych czytelniczek, stwierdziła, że to tak odległe czasy, i tak zamierzchłe historie, że absolutnie nikt nie może mieć pretensji.
Moim zdaniem książka jest bardzo ciepła i pozytywna.
- W sumie myślę, że to wyszło książce na lepsze. O tyle, że doszedł dodatkowy smaczek. Członkowie mojej rodziny, bliższej i dalszej, będą się mogli zastanawiać, o kogo chodzi? Lokalni czytelnicy mogą pobawić się w rozszyfrowanie nazw. Nie są one głęboko zaszyfrowane i dla lokalsów nie będzie to kłopot. A dla wszystkich czytelników książka może być bardziej uniwersalna, taką mam nadzieję. Że te historie takie dla nich właśnie będą.
Bliscy na pewno książkę przyjęli bardzo dobrze. Był już pierwszy feedback od znajomych?
- Niektórzy znają ją fragmentami, a jedna osoba przeczytała w całości. I raczej ten feedback był pozytywny. Jedna z tych osób jest bardzo mocno zainteresowana historią i zna się na niej, również naszego regionu. Oczywiście od razu zaznaczam, że nie jest to książka historyczna, a ja nie jestem historykiem. Dołożyłem wszelkich możliwych starań, żeby było tylko to, co się dało, sprawdzić. Myślę, że siłą rzeczy jakieś błędy historyczne mogły się zdarzyć i ktoś, kto się na tym zna, może coś wytknąć.
Ja bym ją nazwał opowieścią rodzinną. A jak pan ją określa?
- Początkowo sam miałem z tym problem. W tej mojej pierwszej wersji napisałem, że jest to po pierwsze nie-kryminał, trochę żartobliwie. A to dlatego, że w świecie, w którym wszyscy piszą kryminały, napisanie czegoś, co nim nie jest, jest pewną sztuką. Fikcja oparta na rodzinnych, słowo rodzinnych w nawiasie, faktach. To druga definicja. Historia jest tu na pewno ważnym elementem, ale na pewno nie jest to książką historyczna.
To są ludzkie losy. I powiem szczerze, że uniwersalność tej książki polega na tym, że czytając o tym, co ich spotkało, włącza się wyobraźnia i od razu myśli się o swoim życiu.
- Oby.
Można się w nich trochę poodbijać, jak w lustrze.
- Bo takie historie są w każdej rodzinie. Trzeba tylko trochę poszukać. Mój kolega piszący kryminały doradzał, że przecież IPN wydaje teraz różne rzeczy, może zwrócić się do nich? To absolutnie nie jest rzecz dla IPN-u. Moja książka w internetowych księgarniach określana jest najczęściej jako obyczajowa proza. Niektórzy dodają romans. Co jest ciekawe, ale zdradzę, że jeśli czytelnik dotrwa do ostatniego rozdziału, to są w nim elementy romansu.
Jak w życiu.
- O tysiące rzeczy musiałem się z wydawnictwem wykłócać, ale o to w ogóle nie walczyłem, a oni sami na tylnej okładce napisali - literatura piękna. Przyznaję, to mnie bardzo usatysfakcjonowało. Jakże to dla mnie nobilitujące.
Wiem, że to pytanie będzie z tych banalnych, ale nie mogę go nie zadać. Kiedy kolejna książka?
- Oczywiście, że będzie. Pisanie uzależnia. To nie tak, że przez ostatni rok tylko próbowałem wydać tę książkę.
Pisał pan.
- Dokładnie tak.
Zgodnie z pańskim tempem, potrwa to jeszcze dwa lata.
- Tak, bo mam wrażenie, że mam już jedną trzecią książki. Dodam, że jeśli kogoś znudzą historie rodzinne, to tym razem będzie to może nie kryminał…
Już się bałem, że pan to powie.
- Ale coś bardziej sensacyjnego. Choć związki z moimi rodzinnymi historiami też się tam znajdą.
Rozmawiał Janusz Kucharski
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Bardzo mnie cieszy, że mój 1-szy nauczyciel języka angielskiego, pan Piotr Pacholik, napisał książkę. I chyba wcale nie jestem tym faktem aż tak bardzo zaskoczony. Dobrze pamiętam zajęcia, podczas których - dla jak najtrafniejszego wskazania o co chodzi w omawianym zagadnieniu - pan Piotr formułował doskonale zdania, wypowiedzi. To facet, który zawsze umiał świetnie mówić, a to przełożyło się automatycznie na pisanie. Gratuluję i zaczynam szukać swojego egzemplarza w internetowych sklepach! ????
Dziękuje serdecznie (Panie) Łukaszu. Zawsze w mojej wdzięcznej pamięci. Pozdrawiam
Bardzo mnie cieszy, że mój 1-szy nauczyciel języka angielskiego, pan Piotr Pacholik, napisał książkę. I chyba wcale nie jestem tym faktem aż tak bardzo zaskoczony. Dobrze pamiętam zajęcia, podczas których - dla jak najtrafniejszego wskazania o co chodzi w omawianym zagadnieniu - pan Piotr formułował doskonale zdania, wypowiedzi. To facet, który zawsze umiał świetnie mówić, a to przełożyło się automatycznie na pisanie. Gratuluję i zaczynam szukać swojego egzemplarza w internetowych sklepach! ????
Dziękuje serdecznie (Panie) Łukaszu. Zawsze w mojej wdzięcznej pamięci. Pozdrawiam