Reklama

Pani Magda z Wierzbicy: To nie wieś mi dała, tylko obcy. Uznali, że warto pomóc naszej rodzinie

To nie wieś mi dała, tylko obcy ludzie, którzy uznali, że warto pomóc naszej rodzinie. Najważniejsze, że dzieci są przy mnie. Troje jest już dorosłych. Ich wychowałam, to i pozostałe wychowam - mówi pani Magda z Wierzbicy. W piątek odbierze klucze do nowego domu wybudowanego przez firmę Budimex

Janusz Kucharski, jk@radomszczanska.pl

Niedawno minął rok od momentu, w którym Gazeta opisała historię matki z Wierzbicy. Wtedy sąd zdecydował odebrać jej 11 dzieci. Staję przed jej starym domem. Wtedy po prawej stronie była tylko łąka, dzisiaj stoi tam nowy piętrowy dom. Pracownicy kończą układać kostkę brukową. Wszystko ma być gotowe na piątek 26 marca.

Tu nic się nie zmieniło

W starym domu wszystko po staremu. Pani Magda zaprasza do środka. Musimy rozmawiać trochę ciszej niż zwykle, jedna z córek ma zdalne lekcje, siedzi na wersalce wpatrzona w ekran laptopa. Zaraz będzie połączenie. Prosi mamę o jeden z potrzebnych jej teraz zeszytów. Pani Magda przegląda leżące na półce i podaje właściwy.

Reklama

Dwóch synów wraca ze sklepu. Zaglądają zaciekawieni do pokoju, witają się, idą do kolejnego. Przez chwilę wspominamy nasze pierwsze spotkanie rok temu, obok parku Świętojańskiego. Ja pamiętam jej łzy, ona pamięta tamten strach. O to, że następnego dnia będzie musiała oddać swoje dzieci.

 

Pani Magda od piątku zamieszka z dziećmi w nowym domu

Pytam, jak minął im ten rok. Zaczyna od sądów, pomocy poseł Anny Milczanowskiej i mecenasa Bartłomieja Biskupa. Nie będziemy rozmawiać o tym, o czym mówiła już wiele razy. Dzisiaj opowie, jak wyglądało ich życie, kiedy telewizyjne ekipy nagrały już swoje setki i pojechały gdzie indziej.

Reklama

Pytam 12-letnia Małgosię, czy po tym, jak okazało się, że muszą pojechać do innych domów i stali się sławni na całą Polskę, koledzy i koleżanki jakoś to komentowali? - Nie wiem, bo my cały czas na zdalnym jesteśmy - odpowiada. I dodaje, że syn jednej z nauczycielek skomentował, jakoś nieprzyjemnie. - Kolega mi o tym powiedział, ale nie chciałam wiedzieć, co to takiego - mówi.

Pani Magda wspomina o Facebooku. Że to tam ludzie byli najbardziej zjadliwi, tam wylewali swój żal i czasami nienawiść. Widać to było we wpisach.

Reklama

Czy płakała z tego powodu? Odpowiada, że nie, na płacz nie ma czasu. I nie uważa, że powinna płakać z powodu wrednych komentarzy. Ale płakała, kiedy nie było kamer i aparatów. Najpierw gdy do jej domu przyszli poseł, minister Michał Wójcik oraz pan Bartek. Słychać, że przez ten rok stał się dla niej kimś bardzo ważnym. I kiedy powiedzieli, że pomogą, nie mogła się powstrzymać. - Bo to bardzo dobrzy ludzie. Bez nich przecież bym swoje dzieci straciła.

Potem zacisnęła zęby i słuchała swojego pełnomocnika, który w kilka miesięcy przeprowadził najpierw wstrzymanie decyzji o odebraniu dzieci, a potem jej zmianę. Do sądu wchodziła z nadzieją, wychodziła z radością.

Reklama

- Płakałam jeszcze raz, jakieś pół roku po tym, jak się to wszystko zaczęło. Wszedł ten pan od tej firmy (Budimex - przyp. red.) i powiedział, że chce zbudować nam dom. Jak się coś takiego słyszy, to nie da się nie płakać. Nie mogliśmy o tym nawet marzyć. A dzisiaj wystarczy, że wyjdziemy na próg i to nasze marzenie jest już gotowe.

Na koszt państwa

- Pisali wiele razy, syn mi pokazywał, że rodziłam rok po roku, że się nie zastanawiałam, że to dla pieniędzy. Jakoś nie chcą zrozumieć, że wszystkie je bardzo kocham, że są dla mnie najważniejsze.

Reklama

Mówi, że wszystkie dzieci ma z miłości, że nie rodziła dla 500+, bo wtedy jeszcze nikt o nim nie słyszał, że mąż się nad nią nie znęcał, to znaczy nie fizycznie. I dopóki pracował to był dobrym mężem i ojcem. A pracował 15 lat w lesie. Potem miał wypadek, połamane nogi, drzewo go w lesie przycisnęło. I wtedy zaczął pić. I rzeczywiście, jak był pijany, potrafił być bardzo niedobry. Wyzywał, ale ręki na nią nigdy nie podniósł. Bolało, było przykro, ale sińców nie miała. Co nie znaczy, że nie cierpiała, i dzieci przecież musiały tego słuchać. Ale jak był trzeźwy, to i zakupy zrobił i dziećmi się zajął.

Mąż pani Magdy wyszedł z domu i podjął leczenie odwykowe. Teraz widuje się z dziećmi co dwa tygodnie. Ma zakaz zbliżania się do żony. Pani Magda mówi, że widzi, jak się stara, chce z dziećmi rozmawiać.

Reklama

Wraca do komentujących.

- Opisywać każdy umie, ale moim dzieciom nikt z nich na chleb nie dał. U nas jest jak jest, ale dzieci głodne nie chodzą. Do szkoły chodziły, robiłam wszystko, żeby miały jak najlepiej. Dla mnie najważniejsze, żeby były ze mną. Zresztą, jakby mi je zabrali, to ludzie by mówili, że matka wyrodna, że oddała dzieci, że nie walczyła. A ja właśnie walczyłam i zawsze będę o nie walczyć.

- Żyłam normalnie. Dzieciom trzeba uszykować śniadanie, trzeba wcześnie wstać, jak szkoła była normalna dopilnować, żeby się nie spóźniły. Potem obiad. Jest co robić. Gdybym słuchała i się przejmowała, to bym dawno zwariowała. Zresztą, ja zawsze taka byłam, że nie słuchałam innych. Zdaję sobie sprawę, w jakich warunkach żyjemy, ale to nie jest tak, że nie próbowałam czegoś robić. Myślałam o remontach, pewne rzeczy przecież zrobiłam. Nie po to prosiłam o pomoc, nie po to tu media przyjeżdżały, żeby ktoś mi dał na nowy dom. Chodziło o to, żeby mi dzieci nie zabrali - powtarza to co jakiś czas, prawie jak mantrę.

Reklama

Poza tym żyli przez ten rok tak samo jak inni. Ich też nie ominął koronawirus. Pani Magda i jej dzieci byli przez dwa tygodnie w kwarantannie. Jeden z synów miał pozytywny test. - Przetrwaliśmy bez problemu. Dzieci i tak uczą się zdalnie, zakupy robiła mi siostra cioteczna i bratowa, a nawet mąż, jak one nie mogły.

Niczego by nie zmieniła

Pytam, czy gdyby mogła zacząć jeszcze raz, zamiast 15 (czwórka dzieci jest już dorosła) miała dzieci dwoje albo troje. Nawet się nie zastanawia. - Niczego bym nie zmieniła. Ja nie rodziłam dzieci dla 500+, jak mówią ci nam nieprzychylni, ale z miłości.

Reklama

I o tej miłości opowiadała kolejnym dziennikarzom, którzy przez ten rok często u niej gościli. - Nie przyzwyczaiłam się do tego i ciągle to dla mnie trudne, ale gdyby nie media, to bym już dzieci przy sobie nie miała - mówi. - Dziękuję im i ludziom, którzy chcieli mi pomóc.

Wspomina: - Jak mieli dzieci odebrać, to nawet powiedzieli, że dadzą mi busa za darmo, żebym mogła je odwiedzać. Że będę miała psychologa za darmo. A ja im powiedziałam, że nie po to je urodziłam, nie po to przy nich przez lata chodziłam, żeby mi je zabierali.

Reklama

Małgosia ma chwilę przerwy. Wtrąca, że ona już część swoich rzeczy zaniosła do swojego nowego pokoju. Reszta zostanie. Bo w nowym wszystko jest nowe. Pani Magda dodaje, że zabierze stąd łyżki i może garnki. - Dzieci już sobie powybierały pokoje. Ja sama tam nie chodzę. Nie chcę, żeby ktoś zobaczył i powiedział, że się doczekać nie mogę. Że taka pazerna jestem. Cieszę się z nowego domu, bo to zupełnie inne warunki. A pan Bartek dzwonił do mnie, że jest firma, która da dzieciom sześć laptopów do nauki zdalnej.

O tym, że zapuści nowy dom, że go nie utrzyma, też już słyszała. Nie raz. - Tam są cztery łazienki, każde dziecko będzie miało swój pokój, ja też. Będziemy żyć normalnie. Wszystkim nam będzie lżej. A tu zostaje troje dorosłych dzieci, ten dom chcemy wyremontować. Jeden syn pracuje, odkłada na to.

Reklama

 

W każdym zdaniu słychać zdecydowanie. Kiedy widzieliśmy się po raz pierwszy pani Magda była przerażona, nie rozumiała decyzji sądu, potrzebowała pomocy. Dzisiaj jest pewna swoich decyzji.

Idziemy jeszcze na chwilę do nowego domu. Pokazuje pokój po pokoju, mówi, które z dzieci gdzie zamieszka. Cieszy się z salonu, z łazienek, z kuchni. - Ważniejsza jest miłość matki, a nie to co mówią inni - mówi na koniec. I wraca do starego domu. Do dzieci.

Cykl „11 dzieci z Wierzbicy” Janusza Kucharskiego wygrał w kategorii „dziennikarstwo śledcze i interwencyjne” w konkursie SGL Local Press 2020

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości