Gdyby o jakości, charakterze i otwartości Radomska świadczyli tylko ci ludzie, bylibyśmy najlepszym miejscem do życia na Ziemi. Poznajcie MIASTOPOZYTYWNYCH. Działają, organizują, tworzą. Nie przyjmują do wiadomości, że się nie da
ERNEST RUDNICKI
Dendrolog
Tak, jest taki zawód. A jeden z dendrologów jest radomszczaninem. I od kilku lat przekonuje mieszkańców miasta, że każde drzewo jest ważne. Trzeba się nim tylko odpowiednio zająć. Bo piła i decyzja o wycince to ostateczność. - Mam trociny na rękach - mówił w rozmowie z Gazetą o swoich początkach. Dzisiaj jest tym, który walczy o to, by w mieście było jak najwięcej pomników przyrody. Nie poddaje się.

Na początek życzenia szybkiego powrotu do zdrowia. Kilka tygodni temu pan Ernest podczas pielęgnacji cennej lipy miał wypadek. Doszło do awarii podnośnika, spadł na ziemię z wysokości kilku metrów. Wyglądało to bardzo źle. W szpitalu okazało się, że ma złamany kręgosłup. Na szczęście rdzeń kręgowy nie został uszkodzony. Po kilku tygodniach leczenia dendrolog będzie mógł wrócić do swoich obowiązków.
- Radomszczanie są wrogami drzew - usłyszeliśmy w wywiadzie z maja tego roku. Ernest Rudnicki mówi spokojnie, opanowanym głosem. I chyba tego potrzebujemy w awanturze, jaka zawsze w Radomsku wokół drzew powstaje. Kiedy władze decydują o wycince, zawsze zaczyna się emocjonalna debata. Z jednej strony ci, którzy popierają, bo po co komu drzewa, ważniejsze są ulice i chodniki. Z drugiej ci, którzy protestują przeciw wszechobecnej kostce brukowej i betonowi. Obie strony potrafią być brutalne. Zwłaszcza w sieci.
Ernest Rudnicki stara się nastroje tonować. Tłumaczyć i wyjaśniać. Z jednej strony dlaczego drzewa są nam tak potrzebne. Dlaczego decyzja o wycince musi być przemyślana. Bo drzewa nie rosną kilka miesięcy. I takiego rosnącego kilkadziesiąt lat nie zastąpi nawet 100 młodych.
Z drugiej nie broni tych, które stanowią zagrożenie. Wiele razy wykonywał ekspertyzy, które wskazywały, że to czy inne drzewo powinno zostać wycięte, ponieważ przy silniejszym wietrze może dojść do odłamania konaru i nieszczęśliwego wypadku.
Zdrowy rozsądek, to wszystko czego potrzebujemy w kwestii drzew w mieście. Ernest Rudnicki go ma. Nie jest niestety słuchany przez władze. Przeciwnie. Naraził się tyle razy, że jest jednym z wrogów publicznych. Nie poddaje się. Robi swoje. Inwentaryzuje i pielęgnuje. Walczy o to, by najcenniejsze okazy uznane zostały za pomniki przyrody, dzięki czemu będą podlegać szczególnej ochronie. Edukuje i przekonuje. W swoim spokojnym, zrównoważonym stylu. - Najmłodsze pokolenie będzie kładło kostkę, kolejne się obudzi i zapyta dlaczego nasi rodzice tak zrobili, a jeszcze następne zacznie zrywać kostkę, przywozić żyzną ziemię i sadzić drzewa - mówił nam w maju. A może nie czekać trzech pokoleń? Zacząć sadzić już teraz. To marzenie nie tylko dendrologa, ale dużej części mieszkańców Radomska, którzy myślą tak jak on.
MORSY Z RADOMSKA
Stowarzyszenie
Zorganizowali się, założyli stowarzyszenie, świetnie się bawią. Pozytywni, radośni, nie ma, że się nie da. Zorganizowali dwie duże imprezy: I Radomszczańskie Morsowanie oraz Piwną Milę.

Mówią o sobie: „Grupa osób dojrzałych, którzy gdzieś tam byli, coś widzieli, wiedzą, jak inne miasta się rozwijają pod względem sportu, rekreacji, pomysłów na spędzanie wolnego czasu. A u nas jest trochę sztampowo”.
Więc wymyślili, że skoro nie mogą zmienić innych, to zaczną organizować imprezy sami.
Pojawili się wczesną zimą 2018 r. Kilkanaście osób spotykało się albo na Wymysłówku albo Zakrzówku, i morsowało. Czytaj: wchodziło na kilka minut do lodowatej wody. Jak trzeba było, najpierw siekierami wykuwali w lodzie dojście. Wszystko dla zdrowia.
Założyli na Facebooku profil „Morsy z Radomska”, tam zapraszali na wspólne spotkania i relacjonowali kąpiele. Dziś Morsy z Radomska to 50-osobowa grupa, więcej niż niejedna partia politycza. Wciąż dołączają kolejni.
W lutym zorganizowali Wielkie Radomszczańskie Morsowanie, na którym bawiła się ponad setka morsów z różnych miast. Imprezę przygotowali samodzielnie, pozyskując sponsorów. - Prosiliśmy urząd miasta o namioty i toalety, ale wtedy nie było formalnej możliwości, bo nie byliśmy zarejestrowani - mówiła Gaazecie Ewa Kuśmierczyk.
W czerwcu zarejestrowali się jako stowarzyszenie. Prezesem jest właśnie Kuśmierczyk. - Założyliśmy je, żeby łatwiej było nam organizować imprezy o troszeczkę innym charakterze i bardziej odważne niż te, które w mieście robiono do tej pory - mówiła Gazecie. We wrześniu była Piwna Mila. Imprezę wymyślono w latach 80., została rozpropagowana w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Potem rozeszła się po świecie. Skierowana jest do środowisk biegowych. Zasady są proste: uczestnicy biegną 400 metrów, piją jedno małe piwo i biegną kolejne 400 metrów. Tak cztery razy.
Było kontrowersyjnie, bo jak to: bieganie i picie? Jako, że podobne imprezy odbywają się w całym kraju, Morsy nic sobie z protestów nie robiły, po prostu przygotowały imprezę od A do Z. - Sponsorów Piwnej Mili mieliśmy zanim ruszyły zapisy. Ludzie chcą pomagać - mówiła Ewa Kuśmierczyk.
W listopadzie zainaugurowali nowy sezon. W planach mają morsowanie świąteczne. Na początku 2020 r. planują II Radomszczańskie Morsowanie. W marcu jadą morsować do Danii i Szwecji.
Z grupą można się kontaktować przez Facebooka.
BEATA TUREK
Liderka Szlachetnej Paczki w Radomsku
To ona trzyma wszystko w garści. Pomaga, organizuje, pilnuje papierków. Liderką Szlachetnej Paczki w Radomsku w tym roku była już drugi raz.

Zaczynała w 2017 roku jako wolontariusz. Wciągnął ją znajomy. Zachwalał: to świetna sprawa, spróbuj. Chodziła po rodzinach, przeprowadzała wywiady.
Zasada Szlachetnej Paczki jest prosta: rodzina potrzebuje pomocy, darczyńca chce się do tej pomocy przyłożyć. Rodzina zgłasza, co jej potrzeba, darczyńca wybiera rodzinę, kupuje według zapotrzebowania. Wolontariusze Stowarzyszenia „Wiosna” szukają ludzi w potrzebie. Takich, którzy sami nie dają sobie rady. Zastrzegają, że nie pomagają tym roszczeniowym, którym się po prostu nie chce nic w swoim życiu zmienić. Pomoc trafia do tych, którzy naprawdę jej potrzebują i bez pomocy innych sobie nie poradzą.
Beata Turek pamięta swoją pierwszą wywiadowaną rodzinę. Małżeństwo z synem. On miał wiele chorób, nie mógł pracować. Mąż schorowany, walczył z rakiem. Nie byli biedni od zawsze. Kiedyś było inaczej. Ale żona straciła pracę z powodu redukcji etatów, mąż zachorował, jest tylko jakaś mała renta rehabilitacyjna. Na swój sposób sobie radzą, ale ciężko jest. Więc trafili do Szlachetnej Paczki. Do tej pory w całej Polsce pomoc otrzymało prawie 170 tys. rodzin. W corocznej akcji chodzi o wyjście z biedy.
A ta ma wiele twarzy. Beata Turek mówiła Gazecie, że bieda się ukrywa, bo wielu patrzy na nią z pogardą. Sama kiedyś, krótko, korzystała z pomocy MOPS-u, też miała w życiu trochę gorszy czas. I to nie dlatego, że jej się nie chciało pracować, że mąż nie pracował, bo on akurat pracuje całe życie. Mieli poważnie chore dziecko. Mnóstwo badań, co tydzień wyjazd do Łodzi, nie mogła pogodzić tego z pracą. Dziecko pobierało zasiłek pielęgnacyjny, przychodziła do nich pani z MOPS-u, bo to jest taki wymóg. Jak zaproponowano zasiłek celowy albo okresowy, to była wdzięczna, bo to było zawsze coś.
Więc dziś wie, że jak ktoś korzysta z MOPS-u, to nie znaczy, że leń.
Sama ma na głowie dom, pracę, dzieci. Czasami trudno było jej to pogodzić. Ale angażuje się. Bo to kocha. Uważa, że życie to nie tylko praca i własne przyjemności. Nie wyobraża sobie siedzenia w domu i nicnierobienia.
Zauważa, że im więcej ma obowiązków na głowie, tym jest bardziej zorganizowana i w praktyce ma więcej czasu. Wykorzystuje go na pomaganie.
W Radomsku Szlachetna Paczka miała dziewiątą edycję.
DANUTA ZAWADZKA
Twórca Teatru Źródło
Prowadzi Teatr Źródło, który sama założyła. Jest nauczycielką, polonistką. „Rzeźbiarka ludzkiej duszy” - tak zatytułowaliśmy jej sylwetkę.

Ma tyle pasji i zainteresowań, że znajomi dziwią się, jak znajduje na wszystko czas. Jak sama mówi, z powołania jest nauczycielem, z pasji prowadzi Teatr Źródło.
- Jestem polonistką i mam świadomość, że muszę przygotować młodych ludzi do pełnienia różnych ról i zadań - mówiła Gazecie. - Przyszłych prawników, lekarzy, ale również rzemieślników i artystów. Muszę dać tym ludziom odkryć swoją pasję i pokazać im właściwą drogę. Pasja dodaje człowiekowi skrzydeł. A to dla mnie satysfakcja, która sprawia, że czuję się jak rzeźbiarz ludzkiej duszy.
Pochodzi z Opolszczyzny, choć podkreśla, że Radomsko stało się jej miastem rodzinnym. Przyjechała tu za mężem.
Źródło działa już od ponad 20 lat. W teatrze nie ma żadnych ograniczeń wiekowych, nakazów i zobowiązań. „Źródlani ludzie”, bo tak Danuta nazywa członków teatru, traktują się jak rodzina, w której starsi i bardziej doświadczeni uczą młodszych.
Aktorem może być każdy. Przez Źródło przeszło 900 aktorów. Wśród nich byli zarówno zawodowcy, jak i amatorzy.
Pani Danuta prowadzi trzy teatry: dla najmłodszych Małe Źródełko, dla dorosłych Źródło i Otwarte Drzwi w MDK.
W tym roku Źródło obchodziło dwudziestolecie istnienia. Jubileusz zorganizowano w MDK
Pani Danuta ma wiele ról. Gdy trzeba, jest aktorką, ale zdecydowanie lepiej czuje się za sceną. Reżyseruje, pisze scenariusze. Tworzy kreacje aktorskie, scenografię, wspiera dobrym słowem, gdy aktorów łapie trema.
Danuta Zawadzka jako zasłużony mieszkaniec województwa łódzkiego została odznaczona odznaką premiera Mateusza Morawieckiego na 100-lecie odzyskania niepodległości.
Mówi, że jej wolność polega na tym, że robi coś dla innych. - Uważam, że skoro umiem podarować tę umiejętność drugiemu człowiekowi, powinnam to robić - mówi. Choć jak u każdego, tak i u niej zdarzają się chwile zwątpienia.
JACEK KASZYŃSKI
Fotograf miasta
Fotografuje Radomsko od 40 lat. To dzięki niemu możemy sobie przypomnieć, jak nasze miasto wyglądało za PRL-u, a jak na początu transformacji.

Jego zdjęcia publikujemy w Gazecie Radomszczańskiej, publikują inne media. Są w muzealnych archiwach, na wystawach. Na nich całe Radomsko, na przestrzeni kilku ostatnich dekad.
Jest z zawodu nauczycielem fizyki, z zamiłowania fotografem. Od lat na emeryturze. Urodził się w Radomsku, tutaj też dorastał. Na studia wyjechał do Łodzi, zaraz po ich ukończeniu wrócił do rodzinnego miasta. Podjął pracę jako nauczyciel fizyki w Technikum Mechanicznym, w którym w latach 90. był także wicedyrektorem. To było jego jedyne miejsce pracy.
Fotografią zainteresował się w latach 80. Kiedy zaczął dokumentować Radomsko? Nie pamięta tego jednego momentu. - To we mnie tkwiło, od zawsze lubiłem oglądać stare zdjęcia - mówił Gazecie. - To była i nadal jest moja pasja. Czułem wewnętrzną potrzebę, aby utrwalić moje rodzinne miasto i czasy, w których przyszło mi żyć.
Jesienią 1983 roku kupił swój pierwszy aparat, radziecki Zenit. Kupił też kilka książek, z których opanował podstawy techniki. Fotografowanie na dobre zaczęło się w 1984 roku. Czasy były trudne, końcówka PRL-u, kryzys. - Gdy chodziłem z aparatem po mieście, ludzie nie patrzyli na mnie zbyt przychylnie, czułem się jak szpieg - wspominał.
Dlatego do fotografowania wybierał moment, w którym na ulicy nie było zbyt wielu mieszkańców. Nie lubiano zwłaszcza, gdy fotografował kolejki.
W jego zbiorach jest kilka tysięcy fotografii. Na nich niemalże każdy zakątek miasta.
- Moje zdjęcia za 40, 50 lat będą stare. Mnie już nie będzie, a moje fotografie zostaną. Dzięki temu ludzie będą mogli zobaczyć, jak miasto prezentowało się kiedyś. To była moja wizja. Chciałem stworzyć kolekcję, której jeszcze nigdy nie było. I chyba mi się to udało - opowiada. Według niego, stare zdjęcia mają jedyny swego rodzaju klimat. Nie do podrobienia. Współczesne fotografie nie mogą się z nimi równać.
Każde zdjęcie dokładnie opisuje: data, miejsce, nazwiska osób, nawet tych przypadkowych. Zaczął od fotografowania ulic, placów, domów, z czasem pojawił się niedosyt i pomysł, aby fotografować mieszkańców, wydarzenia, imprezy publiczne. Właśnie wtedy fotografie Jacka Kaszyńskiego podzieliły się na dwie grupy.
Przez ponad trzydzieści lat powstał ogromny zbiór. Początkowo były plany, żeby kolekcję przekazać dzieciom. Był jeden warunek: musieliby mieszkać w Radomsku. Ale wyjechali z miasta. Dlatego prawdopodobnie zbiory pan Jacek przekaże do Muzeum Regionalnego.
Wciąż fotografuje. - Robię to, bo chcę, a nie muszę. I będę fotografował dopóki starczy mi sił - zapewnia.
Zrobił tysiące zdjęć i nie ma tego jednego, które by najbardziej utkwiło mu w pamięci. - Kocham Radomsko, jestem lokalnym patriotą, dlatego je dokumentuję. Nie tylko fotografuję, ale dużo podróżuję. Interesuję się historią, numizmatyką, geologią, należę do Towarzystwa Opieki nad Zabytkami i Rady Muzeum. Dzięki temu się nie nudzę i żyję interesująco - mówi. - Jak zaczynałem dokumentować historię Radomska, miałem wizję i poczucie misji. Moja duża kolekcja pozostanie i będzie służyć. Taki był mój cel.
PIOTR GRYGLEWSKI, DAMIAN WAWRZYNIAK
Rozbiegajmy Radomsko
Stworzyli grupę, w której uczestniczy się nie dla sportu, nie dla rywalizacji, nie dla wyników. Tylko po to, żeby być. Razem. Najzwyczajniej w świecie.

Kiedy półtora roku temu rozpoczynali pierwsze treningi, jeszcze na pół amatorsko, badając, czy to w ogóle ma sens, nie spodziewali się tego, co wydarzy się w ciągu kilku miesięcy. Dzisiaj nie są już w stanie tego powstrzymać. Rozpętali biegowe piekło. Takie, do którego chce trafić prawie każdy.
Damian zaczął biegać, żeby móc „jeść więcej ciastków”. Powtarza to, ile razy zostanie zapytany. Kiedy uznał, że z nadmiarowymi kilogramami mu nie po drodze, postanowił się z nimi pożegnać. Także w drodze. Na kolejnych biegowych treningach. Udawało się, a bieganie stało się najpierw nawykiem, potem prawie codzienną potrzebą. Dzięki niej może bezkarnie zjeść coś, co kiedyś dodałoby wagi, dzisiaj jest uzupełnieniem kalorii.
Potem spotkał Piotra. Od słowa do słowa, i się zaczęło. Pierwsze spotkania na Dwójce. Pomagał fejs. Tam wieści rozchodzą się najszybciej. Z początku po kilka, potem kilkanaście osób. Dzisiaj prawie na każdym treningu jest po kilkadziesiąt.
Z jednej strony przychodzą po fachowe rady. Jak biegać, żeby nie zrobić sobie krzywdy, żeby poprawić swój czas, żeby udało się dobiec do mety pierwszej dyszki, pierwszego półmaratonu, a wreszcie jak pokonać 42 km za jednym razem i jeszcze mieć z tego fun. Dostają je. Nie na zasadzie: musisz. Na zasadzie: możesz. A jeśli ktoś nie daje rady, chciałby się poddać, usłyszy tyle wsparcia, że nie zrezygnuje. Bo właśnie ludzie tworzą coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze. Wyjątkową atmosferę.
Chłopakom udało się stworzyć grupę, w której każdy czuje się dobrze. Każdy znajduje tu to, czego akurat w tym momencie potrzebował. Chwili rozmowy, wygadania, żartów, ucieczki od codzienności, odnalezienia siebie, bo gdzieś po drodze się człowiek zagubił. Tak, tu się to dzieje.
Członkowie RR chętnie się angażują. Bo warto. Co chwila rodzą się kolejne pomysły, a potem są realizowane. I już.
A wiecie co jest najlepsze? Grupa się nie zamyka. W każdej chwili możecie dołączyć do RR. I stać się jej częścią. Dostać i dać coś od siebie. Tu nikt nie będzie was pytał o wyniki, o osiągnięcia. Nieważne, czy biegacie szybko, czy szuracie. Wszyscy są tak samo ważni.
TOMASZ NOWAK
Polskie Towarzystwo Historyczne w Radomsku
To on wpadł na pomysł wydawania „Zeszytów Radomszczańskich”, najważniejszej publikacji dotyczącej historii miasta i regionu. Do tej pory wydano 16 tomów. Od dziewięciu lat jest prezesem Polskiego Towarzystwa Historycznego w Radomsku. Sam też publikuje. Niedługo czytelnicy dostaną do ręki jego książkę „Nekrologi piotrkowskiego Tygodnia 1873-1906”.

Z wykształcenia jest historykiem, doktorem nauk humanistycznych. Był pracownikiem muzeum radomszczańskiego, jego dyrektorem, dziennikarzem Gazety Radomszczańskiej, dziś znów pracuje w muzeum. Z nasżą Gazetą wciąż współpracuje.
Jest propagatorem radomszczańskiej historii, prezesuje Polskiemu Towarzystwu Historycznemu w Radomsku.
Na pomysł utworzenia PTH 14 lat temu wpadł nieżyjący już historyk, radomszczanin Robert Szwed, wykładowca na Akademii Jana Długosza w Częstochowie. Tak Nowak opowiadał Gazecie o początkach Towarzystwa:
- Kiedyś przypadkiem spotkaliśmy się z Robertem w Częstochowie na uczelni. Powiedział, że chciałby założyć w Radomsku Koło Polskiego Towarzystwa Historycznego. Nie będę ukrywał, że popukałem się w czoło. Myślałem, że to się w Radomsku nie uda. Minęło kilka miesięcy, zadzwonił i powiedział mi, że na początku grudnia odbędzie się spotkanie inauguracyjne. Przyszedłem. I tak działam w Polskim Towarzystwie Historycznym od 2005 r.
Początkowo działalność radomszczańskiego PTH polegała na organizowaniu odczytów. Najpierw zapraszał prelegentów Robert Szwed, później Towarzystwo zaczęło być coraz bardziej samodzielne. Dołączali i młodsi, i starsi. I nauczyciele historii, i ci, którzy historią nie zajmują się zawodowo. Hobbystów było znacznie więcej. Bo nie ma znaczenia, czy ktoś ma wykształcenie historyczne, czy nie. Trzeba po prostu lubić, kochać historię.
Przed wstąpieniem do PTH wypełnia się specjalną deklarację. Tam przyszły członek wpisuje np. jaka dziedzina historii najbardziej go interesuje. Czy jest to ta lokalna, a może regionalna.
PTH organizuje odczyty, prelekcje, oraz wydaje pozycje historyczne. Ostatnio - drugi tom „Radomszczańskiego Słownika Biograficznego” pod redakcją Grzegorza Mieczańskiego.
Jesienią wyszedł XVI tom „Zeszytów Radomszczańskich”. To właśnie Nowak wpadł na pomysł ich wydawania. On też przede wszystkim zajmuje się redakcją, współpracą z autorami, pozyskiwaniem sponsorów.
Autorami są członkowie Towarzystwa, ale publikują też osoby z zewnątrz. Pierwszy tom zeszytów wyszedł w 2007 roku. Nakład to 300, 350 egzemplarzy. Pozycja jest finansowana ze środków publicznych. Dokłada się starostwo, urząd miasta, są też sponsorzy. Książek nie można sprzedawać, dlatego są rozdawane. Towarzyszy temu duża promocja.
STRAJKUJĄCY RADOMSZCZAŃSCY NAUCZYCIELE
Grupa społeczna
Ta propozycja części naszych czytelników może się wydać kontrowersyjna, ale my jesteśmy jej pewni: to dzięki strajkującym nauczycielom w końcu zaczęliśmy rozmawiać o edukacji. Oni sami na strajku stracili, ale społeczeństwo już wie, że mamy problem. Także w Radomsku.

Strajkowali trzy tygodnie. Żądali przede wszystkim podwyżek i większych nakładów na oświatę. Zaczęli na początku kwietnia, wrócili do pracy 29.
To była największa akcja protestacyjna nauczycieli po 1989 roku. W Radomsku zastrajkowały wszystkie podstawówki, przedszkola i szkoły ponadpodstawowe. W sumie - 1390 nauczycieli. Na egzamin gimnazjalny, rzutem na taśmę, udało się skompletować komisje.
Na początku nauczyciele mówili Gazecie, że byli przekonani, że następnego dnia, najpóźniej za dwa, protest się skończy. - Jak powstańcy warszawscy, którzy myśleli, że zwyciężą Niemców w dwa, góra trzy dni - mówił nauczyciel G. - Ja byłem przekonany, że tyle to właśnie potrwa, że tam na górze, w Warszawie, pójdą po rozum do głowy i zrozumieją, że trzeba się dogadać, że to najlepsze rozwiązanie.
Ale nie zrozumieli. A nauczyciele z każdym dniem, z każdym hejtem, z każdym przytykiem ze strony rządu, usztywniali się.
Opowiadali: - Takiego poziomu frustracji wśród kadry jeszcze nie było. Zalewska doprowadziła nas do furii.
Minister edukacji Anna Zalewska miesiącami powtarzała, że w szkołach wszystko jest na tip-top, reformę wprowadzono perfekcyjnie, problemu kumulacji podwójnych roczników nie ma. W nauczycielach buzowało: - To prawda, nie jesteśmy środowiskiem zjednoczonym. To prawda, że nauczyciele się boją. To prawda, że mamy swoje za uszami - mówili Gazecie. - Ale miarka się przebrała.
Na szczęście nie byli sami. Gdy rano 12 kwietnia przed południem w internecie pojawił się pomysł organizacji w Radomsku manifestacji popierającej strajkujacych, o godz. 19 na pl. 3 Maja stawiło się 250 osób. - Jesteśmy w bardzo trudnym momencie. Tylko razem można osiągnąć sukces. Wszyscy wiemy, jaki mamy ogromny deficyt społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Bardzo często nadużywamy słowa „Polska”, ale nie używamy słowa „wspólnota”. Teraz jest ten historyczny moment, gdy nauczyciele walczą nie o jakieś przysłowiowe tysiąc złotych, ale o godność i prestiż swojego zawodu - mówiła organizatorka wiecu Małgorzata Ptak.
Przegrali? Wrócili do pracy, rząd ich postulatów nie spełnił. Ale dzięki ich akcji, rodzice i obywatele wiedzą, że w szkołach nie dzieje się najlepiej.
Dziś już wiadomo, że mieli rację: nauczyciele odchodzą z zawodu (na razie w większych miejscowościach), samorządom - przede wszystkim powiatom - z powodu nieudolnie przeprowadzonej reformy brakuje pieniędzy. Tylko powiatowi radomszczańskiemu - 9 mln zł w przyszłym roku. I nic nie zapowiada, że będzie lepiej.
PRZEMYSŁAW I MONIKA RĄCZKOWSCY, ARTUR GALA
Szach Mat Amigo
Fascynaci szachów. Propagują je wśród najmłodszych. Organizują zajęcia gry w szachy połączone z kodowaniem.

Kiedyś szachy były w Radomsku popularne. Ale sekcja szachowa w RKS zakończyła działalność w pierwszych latach XXI wieku. Wtedy klub przechodził poważny kryzys. Miłośnicy tego sportu przenieśli się do Miejskiego Domu Kultury. Jednak w tym roku zajęcia także zakończono, nie było dużego zainteresowania. Udało się jedynie rozegrać dużą imprezę we współpracy MOSiR-u i MDK - Grand Prix Radomsko.
Aż pojawili się oni: Przemysław Rączkowski, jego żona Monika Rączkowska oraz Artur Gala. Postanowili propagować grę w szachy wśród najmłodszych. Najpierw jako grupa nieformalna, potem - fundacja.
- Będziemy szukać młodych talentów, które wykazują jakieś zdolności do szachów - wyjaśniał Gazecie Przemysław Rączkowski. - Osób zdolnych, pracowitych, ambitnych. Chcemy wspierać ich rozwój.
Nauka szachów połączona jest z kodowaniem. To nic innego jak podstawy programowania robotów. Dzieci przez zabawę uczą się programowania. Nie muszą programować bezpośrednio w którymś z języków do tego przeznaczonych.
- Szachy i kodowanie sprzyjają wszechstronnemu rozwojowi, kształtują i rozwijają logiczne myślenie, umiejętność podejmowania decyzji, umiejętność rozwiązywania problemów, pewność siebie, rozwijają wyobraźnię, rozwijają umiejętność analizy napotkanych problemów, koncentrację, uczą systematyczności, cierpliwości, dodają odwagi, uczą uczciwego współzawodnictwa - mówił pan Przemysław. Wiele znanych osób, takich jak Albert Einstein, Thomas Edison czy Józef Piłsudski, bardzo dobrze grali w szachy.
W ramach swoich zajęć chcą wypromować grę w szachy. Nie mają złudzeń, że w czasie takich spotkań wiele nauczą. Nie o to chodzi, ważne żeby zachęcić do gry. Z czasem to się rozwinie.
ajważniejszy jest rozwój młodego człowieka. Szachy uczą logicznego myślenia, rozwijają wyobraźnię przestrzenną, łączą pokolenia. Nie trzeba mieć drogiego sprzętu, ubrania, można grać prawie wszędzie i o każdej porze. - Naucz dzieci grać w szachy, a o ich przyszłość możesz być spokojny - przytacza znane wśród szachistów powiedzenie pan Przemek.
Artur i Przemek znają się ze studiów, razem uczyli się na politechnice, skończyli mechanikę budowy maszyn. Nie widzieli się 10 lat, przez przypadek spotkali się na turnieju szachowym.
- Gram od kilku lat. Podstaw nauczył mnie kolega na studiach, potem sam uczyłem się przy komputerze. W międzyczasie syn chodził na zajęcia koła szachowego w MDK. Nauczył grać brata i kuzynów. Półtora roku temu wygrał Grand Prix Radomska. Miał też sukcesy w mniejszych zawodach, jakichś turniejach szkolnych i międzyszkolnych - mówi Przemysław Rączkowski.
Inaczej wyglądało to u pana Artura: - Gram od jakichś czterech lat, a gry nauczył mnie syn. On nauczył się w szkole w Gorzkowicach, jeździł na zawody. Potem ja się wciągnąłem, zacząłem chodzić na spotkania do szkoły. Potem nauczył się grać drugi z moich synów. I tak zaczęliśmy na zawody jeździć rodzinnie. Na jednym z takich turniejów spotkałem po latach Przemka - mówi. Zaczęli się informować o kolejnych zawodach, jeździli razem. Potem trafiły się zawody w MOSiR-ze. Pan Przemek zorganizował wraz z Arturem Kwiatkowskim turniej w MOSiR-ze na kilka kategorii wiekowych. Podobne zawody grand prix odbywają się w Bełchatowie, Piotrkowie, Opocznie, Częstochowie.
W końcu postanowili założyć klub w Radomsku. Pomysł wyszedł od pana Przemka. Zapisał się do klubu w Strzałkowie, ale jako radomszczaninowi brakowało mu środowiska szachowego w rodzinnym mieście. Miejsca, gdzie można by grać.
- Udało nam się otrzymać grant z OPUS Łódź. Dzięki niemu mogliśmy otrzymać pieniądze na zakup podstawowego sprzętu. Pozyskaliśmy 5 tys. zł. Wystarczyło, by kupić 20 szachownic z zegarami turniejowymi, oprócz tego duże szachy ogrodowe wraz z szachownicą. Lofi Robot, dwa tablety, grę edukacyjną Scotti Go oraz tablicę demonstracyjną - wylicza Przemysław Rączkowski. Sprzętu używają podczas zajęć, które organizują w muzeum raz w miesiącu. Nawali je „Szach Mat Amigo”.
Monika, żona pana Przemysława, pracuje w bibliotece w Kłomnicach i tam też zaczyna propagować szachy. Niedługo zorganizuje w swojej placówce trzeci już turniej szachowy. Z tym, że ona raczej skupia się na kodowaniu. Dla swojej biblioteki pozyskała pieniądze i rozwija działalność. W ten sposób chciała urozmaicić ofertę biblioteki.
RADOMSZCZAŃSKI ALARM SMOGOWY
Fundacja
Informować, edukować, kontrolować - takie cele założył sobie Radomszczański Alarm Smogowy. Dzięki niemu o smogu mówi się coraz więcej.

Podobne Alarmy działają w całej Polsce. Radomszczański zebrał się w listopadzie 2018 roku. W deklaracji napisano:
„My, mieszkańcy Radomska:
- świadomi zagrożenia, jakie dla naszego życia, zdrowia i przyszłości niesie smog,
- przekonani, że dopiero rozwiązanie tego problemu podniesie jakość życia w mieście,
- powołujemy Radomszczański Alarm Smogowy.
Naszym celem jest informowanie i edukowanie mieszkańców o zagrożeniach związanych z zanieczyszczeniem powietrza oraz kontrolowanie stanu jakości powietrza w Radomsku.
Jesteśmy grupą nieformalną, społeczną i apolityczną.
Wierzymy, że mieszkańcy mają moc sprawczą!”
Deklarację podpisały 23 osoby, które przybyły na spotkanie założycielskie.
Dziś RAS to fundacja. Prowadzi fanpejdż na Facebooku, na którym informuje o działaniach antysmogowych, monitoruje stan powietrza w Radomsku. W ubiegłym sezonie ogłosił Alarm Smogowy dla Radomska, gdy normy pyłów przekroczyły dopuszczalne dobowe stężenie. Plakatował miasto, wyświetlał smogowe alerty na telebimach.
Latem RAS wystąpił do prezydenta o zachowanie topoli berlińskiej, ostatniego takiego drzewa przy ul. Żeromskiego (na zdjęciu Artur Szponder z RAS). Prezydent odmówił. W grudniu członkonie RAS, Iga Borowiecka-Grzywacz i Małgorzata Ptak, opublikowały w internecie „Bajkę o tym, jak mała Zuzia, Tymek, mama, tata, piesek Tropik i kotka Łatka walczyli ze SMOGIEM”. W listopadzie i grudniu, wspólnie z grupami RUNdomsko i Rozbiegajmy Radomsko zorganizował SmogRun. W budżecie obywatelskim zgłosił projekt instalacji w zerówkach i pierwszych klasach szkół podstawowych i przedszkoli oczyszczaczy powietrza. Projekt przeszedł w głosowaniu, będzie realizowany.
Dzięki działaniom RAS o smogu w mieście mówi się coraz więcej. Władze miasta w poprzednim sezonie powołały zespół zajmujący się tym problemem.
RAS nie liczy na szybkie efekty, bo zakłada, że największym problemem w walce ze smogiem jest świadomość mieszkańców. Na styczeń zapowiedział kolejne inicjatywy.
W działalność Alarmu może się włączyć każdy. Wystarczy, że wymyśli jakieś działanie i skontaktuje się na Facebooku. RAS jednak ostrzega: żadnych profitów, zysków, bonusów za to nie ma. To praca społeczna, dla pasjonatów.
Radomsko znajduje się na 26. miejscu wśród najbardziej zasmogowionych miast w Europie.
AGNIESZKA SKURA-GARBACIAK I AMNESTY INTERNATIONAL
Lokalny oddział Amnesty International
Stoją po stronie praw człowieka, uchodźców i wszystkich, których prawa są łamane. Piszą listy, edukują i przypominają: zawsze trzeba bronić słabszych.

Największą organizowaną przez nich imprezą jest Maraton Pisania Listów. Odbywa się na całym świecie, także w Radomsku, na początku grudnia. Każdy może napisać list w sprawie konkretnej osoby, której prawa są łamane. Do rządu/prezydenta/premiera jego kraju. Część odnosi skutek. Tylko w tym roku w naszym powiecie napisano ich ponad 1500.
Koordynatorem radomszczańskiej grupy jest Agnieszka Skura-Garbaciak, do niedawna nauczycielka w II Liceum Ogólnokształcącym, od jesieni szef wydziału edukacji w radomszczańskim starostwie.
W lutym AI Radomsko zorganizowało w MDK debatę o uchodźcach i wystawę. Najpierw wyświetlono dokumentalny film „Eldorado” szwajcarskiego reżysera Markusa Imhoofa, potem była dyskusja z udziałem Aleksandry Fertlińskiej z Amnesty International i Umedakhon Bobojonovy z Fundacji dla Somalii. W holu MDK można było obejrzeć zdjęcia z wystawy „Witamy”.
Lokalna grupa AI uczestniczyła w projekcie „Start The Change”. Jesienią 18-letnia Jagoda Cieślik, uczennica I LO i aktywistka radomszczańskiego AI, w ramach tego projektu wyjechała na włoską wyspę Lampedusa, gdzie sześć lat temu, 3 października 2013 roku, doszło do największej tragedii uchodźczej. Ledwie pół mili od brzegu, blisko zatoki zwanej Isola dei Conigli, gdzie znajduje się jedna z najpiękniejszych plaż świata, zatonął statek. Płynęło nim 540 osób, głównie mieszkańców Erytrei. Utonęło 368 osób, 155 przeżyło, 20 uznano za zaginione. Na pamiątkę tej tragedii 3 października obchodzony jest Dzień Pamięci i Gościnności.
- W tym projekcie chodziło o to, żeby się dowiedzieć, jak problem uchodźców wygląda naprawdę, na miejscu - opowiadała Gazecie Jagoda.
W październiku członkowie Amnesty International sadzili krokusy pod pomnikiem ofiar Holocaustu na ul. Berka Joselewicza, w ramach akcji prowadzonej przez Żydowskie Muzeum Galicja. Później Agnieszka Skura-Garbaciak i nauczycielka Siódemki Iga Borowiecka-Grzywacz, także zaangażowana w AI, rozmawiały z młodzieżą na temat nietolerancji i jej skutków.
Maraton Pisania Listów odbył się 9 grudnia w CH Stara Mleczarnia. Napisano 1516 listów, o 212 więcej, niż rok wcześniej.
KSAWERY OLCZYK
Współorganizator Młodzieżowego Strajku Klimatycznego i organizator Marszu Równości
W marcu wspólnie z Hanną Andrysiak i Mateuszem Sicińskim (cała trójka na zdjęciu) zorganizował Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. Stawiło się na nim 300 młodych ludzi. W Łodzi na podobnym wydarzeniu było 200. Protestowali przeciw bezczynności władzy w sprawie zmian klimatycznych oraz walki ze smogiem. W sierpniu za jego sprawą ulicami Radomska przeszedł pierwszy Marsz Równości. Byliśmy najmniejszym miastem w Polsce, w którym taka impreza się odbyła.

Ma 19 lat, w tym roku pisał maturę, w październiku rozpoczął studia. Skończył II Liceum Ogólnokształcące.
Po Marszu Równości media ogólnopolskie nazwały go „lokalnym aktywistą”, ale to określenie nieadekwatne do jego działalności. Bo o żadnej działalności, rozumianej politycznie, mowy nie ma. Jest aktywność skupiona na konkretnych celach.
Ksawery pojawił się w przestrzeni publicznej Radomska w ubiegłym roku, jako członek kilkunastoosobowego Komitetu Stop Wycince Drzew w Radomsku. Powstał on w proteście przeciwko wyrżnięciu przez miasto wszystkich drzew na jednym ze skwerów i zapowiedziach kolejnej wycinki, tym razem przy Reymonta (zrealizowanej w tym roku). Radomsko znajduje się na 26. miejscu wśród najbardziej zasmogowanych miast w Europie, jesienią i zimą normy zanieczyszczenia powierza przekroczone są kilkunastokrotnie, więc działania władz oburzyły część mieszkańców.
Komitet był apolityczny, zawiązany w konkretnym proekologicznym celu. Odbyło się kilka happeningów i akcji, przedstawiciele występowali w mediach i na sesjach rady.
Grupie przewodniczył Dawid Wawryka. Jesienią ogłosił zamiar startu w wyborach na prezydenta miasta. Olczyk znalazł się nawet na liście komitetu do rady miasta, ale bardziej jako zapełniacz miejsca niż kandydat z aspiracjami. Mandatu nie zdobył, ani on, ani nikt z list Wawryki.
Komitet się rozpadł.
W marcu tego roku Ksawery Olczyk, wspólnie z uczennicą I LO Hanną Andrysiak i uczniem Ekonomika Mateuszem Sicińskim zorganizowali w mieście Młodzieżowy Strajk Klimatyczny. W centrum miasta, w środku dnia, stawiło się 300 młodych ludzi. W Łodzi na podobnym wydarzeniu było 200. Aby uświadomić sobie proporcje: 300 osób w 40-tysięcznym Radomsku to 0,75 procent mieszkańców. Tak, jakby w dwumilionowej Warszawie wyszło 15 tys. osób
Kolejnym zorganizowanym przez Ksawerego i znajomych wydarzeniem był już Marsz Równości. Odbył się 17 sierpnia. Zapowiadano go hasłem „Tolerancja. Miłość. Równość”. Olczyk mówił Gazecie, że zdecydował się na organizację, żeby pokazać, że mniejszości są także w takich miastach jak Radomsko, nie tylko tych dużych. I że tolerancja potrzebna jest wszędzie.
Według policji w marszu uczestniczyło około 300 osób. Byli przyjezdni z innych miast, ale większość z Radomska. Wydarzenie szeroko relacjonowały media ogolnopolskie.
Było spokojnie.
VIOLETTA OJRZYŃSKA
Nauczycielka Śpiewu
To ona rozśpiewała Radomsko. Uczy śpiewu w Studiu Piosenki w Gminnym Ośrodku Kultury w Gidlach, a jej podopieczni śpiewają w Polsce i za granicą.

Zaczynała śpiewać jako dziecko. Jej ojciec był muzykiem. Wymyślała na poczekaniu teksty w sobie tylko znanym języku i chwaliła się, że potrafi śpiewać na przykład po angielsku albo rosyjsku.
Chodziła do szkoły w Truskolasach. Nigdy swojego śpiewania nie traktowała bardzo poważnie, ale też wtedy nie było możliwości, by je tak traktować. Nie było festiwali, przeglądów, telewizyjnych talent show, nawet ośrodków gminnych w małych miejscowościach. W pierwszej klasie technikum w Kluczborku mieszkała w internacie z Edytą Górniak. Od niej się dowiedziała, że jeździ do studia piosenki Elżbiety Zapendowskiej do Opola. Najpierw trafiła pod skrzydła Antoniego Drohomireckiego, śpiewaka operowego i instruktora w Miejskim Ośrodku Kultury w Kluczborku. Był pedagogiem, uczył techniki. Zaczęła jeździć na konkursy i przeglądy. Na jednym z nich, w Opolu, poznała Elżbietę Zapendowską. Była jurorem. Pojechała do niej z prośbą, by pani Ela jej posłuchała. Zgodziła się. Posłuchała i powiedziała: możesz przyjeżdżać. Jeździła przez poł roku.
Potem śpiewała w Kluczborku w restauracji z akompaniatorem. W końcu wyszła za mąż i przyjechała do Pławna z Częstochowy. Jej mąż jest muzykiem, prowadził wtedy dodatkowe zajęcia muzyczne w Elektryku. Ona nie pracowała. Poprosił, by przyjechała i podpowiedziała coś dziewczynom. Przygotowała je do festiwalu piosenek Agnieszki Osieckiej w Elektryku. Na festiwalu w jury była Anita Pawlak-Zygma, wtedy dyrektor Miejskiego Domu Kultury. Po imprezie otrzymała z mężem propozycję poprowadzenia warsztatów podczas ferii. Potem dostali propozycję stałej współpracy z MDK jako instruktorzy wokalni. Tam przepracowała 10 lat. Ale wygrała konkurs i została dyrektorem Gminnego Ośrodka Kultury.
Dziś prowadzi Studio Piosenki w Gidlach, gdzie uczy dzieci i młodzież śpiewać. Efekty jej nauki radomszczanie mogą oglądać choćby w telewizji. Jej podoopieczna Maria Markiewicz zajeła II miejsce w ósmej edycji polsatowskiego show „Must Be The Music”. Oliwia Kopiec, Julia Dorożdżyńska i Michal Makowski śpiewali w programie The Voice Kids w TVP2. Jej podopieczni są laureatami zagranicznych festiwali. W grudniu na Międzynarodowym Festiwalu Riga Symphony nominację World Hit otrzymały: w kategorii 12-14 lat Wiktoria Śliskowska, Laura Grabarczyk; w kategorii 15-17 lat Dominika Musiał a w kategorii 18-25 lat Michał Makowski. Ten ostatni otrzymał także nominację do Grand Prix.
DARUSZ KOPEĆ
Koordynator w Klubie Wzajemnej Pomocy Szansa
Chodzi o to, żeby przyznać się do swojej przeszłości. On już dawno to zrobił. Zmierzył się ze swoim nałogiem i wygrał. Najpierw z alkoholem, potem z ludźmi, którzy do dzisiaj widzą w nim tylko tamtego faceta, który popłynął. A przecież od lat pomaga tym, którzy tak jak on popłynęli, ale dzisiaj są trzeźwi. Daje sobie i im szansę w Szansie.

Dariusz Kopeć pracuje w poradni z ludźmi uzależnionymi od alkoholu. I to chyba nikomu nie przeszkadza. Jednak to, że jest miejskim radnym, już takie łatwe do przełknięcia nie jest. No bo ja to tak, żeby on był radnym? Po tym co w życiu robił? Dzisiaj już się tym nie przejmuje. Zwłaszcza, że i głosów takich coraz mniej, a on coraz bardziej w tym samorządzie doświadczony. Stara się, działa, zabiega, żeby mieszkańcy jego dzielnicy mogli powiedzieć, że nie zmarnował czasu. Że coś się na tych ich ulicach zmienia, coś powstaje. Po to przecież na niego głosowali.
Niedawno był bohaterem telewizyjnego programu „Ocaleni”. Jest jednym z ocalonych z nałogu i każdego dnia stara się ocalać innych. Nie jest łatwo powiedzieć całej Polsce, że się kiedyś piło i robiło przez to złe rzeczy.
Klub Szansa to miejsce, gdzie nawet należy o tym mówić. Od tego trzeba zacząć, żeby zmienić swoje życie. Dariusz Kopeć zna wszystkie schematy, wie kto i dlaczego. Kolejne pytania, to jak z tego wyjść. Udaje się znaleźć skuteczne odpowiedzi. Nie tylko w gabinecie czy na terapii grupowej.
Szansie, w której prezesem jest jego żona Anna, udało się coś więcej. Jej członków spotkacie przy okazji wielu wydarzeń w mieście, na które zapraszają ludzi z zewnątrz. Jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym, jest bieg Szansa na 5, organizowany od trzech lat w grudniu. 5 km ulicami miasta, pod hasłem Trzeźwo - Zdrowo - Sportowo. Impreza, która integruje radomszczańskich biegaczy, zamyka biegowy sezon i jest bardzo dobrze i wysoko oceniania. Tylko, że nie o bieg tu chodzi, choć wielu walczy o życiówki.
Tu chodzi o pokazanie, że nie ważne jak nisko się upada, ważne, żeby któregoś dnia zdecydować: tak, teraz wstanę. Zrobię jeden krok, potem kolejne. Ludzie z Szansy na pewno mi pomogą. Uda się. A ci, którym już się udało, tego dnia pracując przy organizacji biegu i jego przeprowadzeniu, czują, że nie są niepijącymi alkoholikami. Są tacy jak wszyscy. Są mieszkańcami miasta, w którym może się wydarzyć i właśnie dzieje się coś dobrego. Rok po roku, miesiąc po miesiącu, dzień po dniu. Tego nie da się kupić, a Dariusz Kopeć tego nie sprzedaje. On to nam wszystkim daje. Tak po prostu.
ANDŻELIKA CHODOREK
Radomszczańskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami
Kilka miesięcy temu pani Andżelika musiała na chwilę zwolnić. Po tylu latach walki o lepszy los bezdomnych zwierząt jej organizm powiedział dość. Trzeba zająć się sobą, poddać w końcu operacji, którą przesuwało się tyle razy. Odpocząć, przestać się tak martwić, choć trochę, bo stres robi swoje. I mniej ją w mieście widać.

W 2012 została uhonorowana tytułem Kociarza Roku. Pamiętacie? Pewnie nie. Statuetka stoi gdzieś na półce, ale nie nagrody są ważne. Bo dla niej najważniejsi zawsze byli nasi bracia mniejsi. Te wszystkie psy i koty, których nierozsądni właściciele nie zadbali o kastrację i sterylizację, żeby zapobiec rozmnażaniu. A potem wyrzucali kolejny miot na ulicę, bo nie mieli z nim co zrobić. Tak zwyczajnie. I powiększali w ten sposób populację bezdomnych zwierząt w mieście. Albo ludzie, którzy kupowali zwierzaka jako zachciankę, prezent, a potem wyrzucali.
Takich przykładów pani Andżelika przez kilkadziesiąt lat swojej działalności ma grubą teczkę.
Można śmiało powiedzieć, że w pewnym momencie, w sytuacji kiedy ktoś zauważył na ulicy kota lub psa, i chciał mu pomóc, dzwonił nie do schroniska dla zwierząt prowadzonego przez miasto, a szukał kontaktu do niej. Nieważne, która była godzina. W świadomości radomszczan przyjęło się, że ona odbierze, wyjdzie z domu, wsiądzie w samochód i przyjedzie ratować kolejne zwierzęce życie. Sama jest sobie trochę winna. Bo nie umiała, i chyba do dzisiaj nie umie, odmawiać.
Za to potrafi pojechać tam, gdzie nie chcą inni, bo np. zabraniają przepisy. Nie nasza gmina, nie nasz teren, to sprawa dla innej władzy. My się tym nie zajmiemy i już.
Zebranie bezdomnego zwierzęcia z ulicy to jedno. Bardzo często wymaga ono leczenia. Skomplikowanego, specjalistycznego. Tam, gdzie inni machnęliby ręką, pani Andżelika zawsze szukała rozwiązania. Nie dało się tak, próbowała inaczej. Ma wielu zaprzyjaźnionych weterynarzy, wiele klinik dla zwierząt, w których na uregulowanie rachunku za prześwietlenie, poskładania złamanej łapy czy trwającą kilka godzin operację, poczekają. Dają pani Andżelice czas, by zebrała pieniądze. Bardzo często po kilka tysięcy zł. Nigdy nie zrezygnowała. Choć nie ukrywa, że miała momenty, w których wydawało się jej, że doszła do ściany, że nie jest w stanie zrobić choćby małego kroku.
A następnego dnia wstawała i szła jak zawsze do Kociej Arki, gdzie wciąż przebywa kilkadziesiąt kotów. Trzeba się nimi zająć. W tej pracy wspiera ją kilka osób. Bez nich nie dałaby rady, co zresztą zawsze podkreśla. I dodaje, że niestety, ale brakuje ludzi, zwłaszcza młodych, którzy chcieliby się w taką działalność zaangażować. A to zajęcie wymagające poświęcenia. Co zyskuje się w zamian? Wdzięczność zwierząt skrzywdzonych przez człowieka. Satysfakcję z tego, że kot czy pies, który był cieniem samego siebie, któremu nie dawano szans na przeżycie, po kilku miesiącach staje na własnych łapach, a po kilku następnych znów daje się człowiekowi pogłaskać. Odzyskuje zaufanie. I trafia do nowego domu.
Pani Andżelika zawsze starała się, żeby ratowane zwierzęta trafiały do adopcji. Okazuje się, że bardzo często psy i koty z Radomska trafiają do nowych rodzin w całej Polsce. Nawet w zdecydowanej większości przypadków. Wielu zarzuca Andżelice Chodorek, że przeprowadza bardzo dokładny wywiad, sprawdza warunki, a nawet nie godzi się na adopcję. Wynika to z jej doświadczenia. Po tylu latach wie, czy ktoś odpowiednio zajmie się zwierzęciem, które wymaga szczególnej opieki po tym co do tej pory przeszło. Czasem woli, żeby zostało w Arce, niż narazić je na ponowne wyrzucenie. Nie wszyscy to rozumieją. Ona jednak nie zamierza łamać swoich zasad. Nawet jeśli znajdą się tacy, którzy powiedzą, że na punkcie psów i kotów ma fioła. Ma. I dobrze, bo bez niej wielu z tych istnień nikt by nie ratował.
Teraz jej rolę przejęły inne osoby, które zajmują się zwierzętami. Ona jednak na pewno do tego wróci.
WALDEMAR SOBCZYK
Fundacja Promień Radości
Znak rozpoznawczy - wielka czerwona mucha. Nie na co dzień oczywiście. Podczas oficjalnych wydarzeń organizowanych przez fundację, którą prowadzi wspólnie z żoną Renatą. Do tego zabawne okulary. Reszta już klasyczna, garnitur i biała koszula. Taki styl z nutką luzu. No i uśmiech. Ten już praktycznie zawsze.

Mąż, ojciec, przedsiębiorca. - To urodzony społecznik. Jemu się nie da odmówić. Działalność charytatywna to jego pasja i spełnienie - można o nim usłyszeć od tych którzy go poznali.
Z muchy jest kojarzony, bo w przestrzeni publicznej pojawia się rzadko. Właściwie tylko przy okazji koncertów, które są już tradycją. Co roku w MDK organizowane jest duże wydarzenie, podczas którego prezentują się młode talenty wokalne. Fundacja wspiera dzieci i młodzież w ich artystycznym rozwoju. A przy okazji zbierane są pieniądze dla podopiecznych fundacji. W tym roku dla malutkiej Weroniki, która urodziła się bez paluszków lewej dłoni. Była w domu kultury wraz z rodzicami. Widownia była pełna, radomszczanie chętnie pomagają. Już kilka dni po koncercie Waldemar Sobczyk na facebookowym profilu fundacji z niekłamaną radością informował, że udało się zebrać całą kwotę i już w styczniu dziewczynka przejdzie kosztowną operację. Wkrótce będzie miała palce. Kolejne dziecko, któremu udało się pomóc. I będą następne.
Najszerzej znany jest pan Waldemar w swojej dzielnicy, na Bartodziejach. Tam, zanim jeszcze powstała fundacja, organizował spotkania dla osób samotnych i starszych. Tam też prowadził niewielką telewizję. I tam jest też członkiem gwardii w swojej parafii.
Zaczęło się od małych rzeczy, potem były coraz większe projekty, trzeba było szukać poważniejszych sponsorów i coraz większych środków. Z Waldemarem Sobczykiem nie wszyscy chcieli rozmawiać, ale z prezesem fundacji już tak. I dlatego powstała.
I poświęca jej swój wolny czas, bo na co dzień ma swoje zawodowe obowiązki. Pomaga, bo chce. Nie oczekuje niczego w zamian. Kiedy się o niego pyta, prawie zawsze w opisie pojawią się słowa: skromny, cichy, bezinteresowny. A obok nich, cierpliwy, skuteczny, doprowadzający sprawy do końca.
I jeszcze jedno: apolityczny. Wiele razy lokalni samorządowcy komentowali, że fundacja to po to, żeby zaistnieć i do lokalnej polityki w pewnym momencie wejść. Lata mijają, a pan Waldemar od polityki jest jak najdalej.
I dalej robi swoje.A jeśli zostaje mu trochę czasu tylko dla siebie, zaczyna grać. Bo muzyka to kolejna jego wielka pasja, zaraz obok pomagania.
GRZEGORZ MIECZYŃSKI
Redaktor Radomszczańskiego Słownika Biograficznego
Są już dwa tomy tego bardzo ważnego nie tylko dla historyków, ale dla wszystkich mieszkańców, wydawnictwa. Składa się z biogramów radomszczan. Zdjęcie i zwięzły opis. Daty, nazwy szkół, tytuły, osiągnięcia. W tym z 2017 - 212. W drugim, który można było otrzymać niedawno podczas promocji w galerii Muzeum Regionalnego, prawie 200. Radomsko w pigułce.

A odpowiedzialnym za oba tomy jest członek radomszczańskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Historycznego (wydawcy słownika) redaktor Grzegorz Mieczyński.
To on koordynuje pracę blisko 40 autorów. W książce można znaleźć informacje na temat zmarłych osób mających wpływ na życie społeczne, kulturalne i polityczne Radomska i powiatu radomszczańskiego, a zakres chronologiczny obejmuje czasy od średniowiecza aż po lata współczesne. Na kolejny tom przyjdzie poczekać jakieś trzy lata.
Pan Grzegorz pochodzi ze Śląska, ale w Radomsku mieszka już kilkadziesiąt lat, stąd pochodzi jego żona. Jednym z jego hobby, poza historią, nietypowych, przynajmniej na pierwszy rzut oka, jest hodowla róż. Trzeba przyznać, piękne i pachnące zajęcie.
A historią Radomska interesuje się od wielu lat. W tym czasie publikował materiały na ten temat w lokalnej prasie lokalnej, a także w biuletynie towarzystwa przyjaciół muzeum Nasz Świat. Interesuje się też numizmatyką, szkolnictwem, ochroną zdrowia, organizacjami społecznymi - a wszystko w kontekście historycznym.
Jest autorem trzech książek historycznych i współautorem, z Józefem Medwidem, pozycji „Bierz za dobrą monetę”. To zbiór sentencji związanych z pieniędzmi. Publikował też w Zeszytach Radomszczańskich wydawanych przez radomszczański oddział Polskiego Towarzystwa Historycznego.
SEBASTIAN PIERZCHALSKI
Kolarsko-Biegowy Klub Sportowy
Spotkacie go w Miejskim Domu Kultury. Tam pracuje na co dzień. I robi różne rzeczy. Zaprojektuje plakat, ale kiedy trzeba poprowadzi zajęcia z aerobiku, albo warsztaty filmowe dla dzieciaków. Znak rozpoznawczy to getry, w których często można go zobaczyć. To z kolei ta sportowa część jego osobowości. Biegowo-kolarska.

Bo właśnie Kolarsko-Biegowy Klub Sportowy w Radomsku to jego dziecko. KBKS skupia ludzi, którzy biegają. Nawet dużo i z wynikami. To pierwsza w mieście grupa tego typu. Jej prezes postawił jednak na coś innego. Nie każdy może się do niej zapisać. Aby zostać członkiem KBKS-u trzeba przedstawić swoje wyniki. Jeśli są na odpowiednim poziomie, w zamian dostanie się druk członkowskiej deklaracji. Nie wszystkim się to podoba, ale taki model przyjął jej założyciel. I jest konsekwentny. Jeśli w mieście pojawi się nowa osoba, która zaliczy dwa, trzy niezłe starty, prawie na pewno otrzyma propozycję przystąpienia do klubu. A Sebastian Pierzchalski może takie osoby wyławiać, bo sam organizuje wiele imprez w ciągu roku. I to za ich organizację znalazł się w naszym świątecznym zestawieniu ludzi pozytywnych.
I są to małe, lokalne imprezy, jak biegi w lesie po Suchej Wsi, jak i te większe, nawet ogólnopolskie, ale o tym za chwilę. Bo najpierw jeszcze o charytatywnej części działalności klubu i jego członków. Są np. takie akcje jak zbieranie karmy dla zwierząt w radomszczańskim schronisku, czy biegi charytatywne, gdzie nie liczy się wynik, a cel. Podobnie z sekcją kolarską, bo kilka imprez dla miłośników dwóch kółek też się odbyło. A teraz ostatni, i jak do tej pory, chyba największy organizacyjnie sukces klubu, choć osiągnięty we współpracy z fundacją zajmującą się tenisem ziemnym. Mowa o I Ogólnopolskim Biegu po Strefie. Chętnych do przebiegnięcia 10 km nie brakowało, a najważniejsze było to, że na starcie stanęło wielu znanych w Polsce biegaczy, których lista osiągnięć jest naprawdę bardzo długa, tak jak lista ich rekordów. Po raz pierwszy udało się ściągnąć do miasta tak znane nazwiska. I co bardzo ważne, ci zawodnicy nie tylko pobiegli, ale także mieli czas, żeby spotkać się w MDK z mieszkańcami. Opowiedzieć o sobie, o pokonywaniu słabości, o łamaniu barier i przekraczaniu granic. O życiu. Nie tylko o bieganiu.
Ten sport w mieście staje się coraz bardziej popularny. Każde takie spotkanie pomaga zrozumieć, pomaga podjąć decyzję - ja też spróbuję. Sebastian Pierzchalski ma wiele planów. Jednym z nich jest zorganizowanie w przyszłym roku pierwszego radomszczańskiego półmaratonu. Jeśli jeszcze na jego trasie staną kibice, którzy będą zagrzewać biegaczy do jeszcze większego wysiłku, to sukces będzie podwójny. Swoje półmaratony mają inne miasta, dlaczego nie miałoby mieć Radomsko? Trzymamy kciuki.
TERESA I ZDZISŁAW NOWAKOWIE
Zespół ludowy Dziepółlanki
Od 10 lat prowadzą ludowy zespół Dziepółlanki, a od 3 w Zagrodzie Tatarskiej w Stobiecku Miejskim organizują przegląd Pieśni i Przyśpiewek Ludowych okolic Radomska.

- W ludowości nie ma grzechu - powiedzieli w rozmowie z Gazetą w sierpniu tego roku. Byli tuż przed trzecią edycją imprezy, która ma pokazywać, że muzyka ludowa jest wartością samą w sobie i należy ją pielęgnować. I, że nawet jeśli ktoś powie, że te wszystkie przyśpiewki i hołubce trącą naftaliną i mogą zainteresować tylko seniorów, to nie ma się co obrażać. Trzeba dalej robić swoje. Bo tylko w ten sposób można przekonać nieprzekonanych.
Oboje są nauczycielami muzyki. Od lat na emeryturze, na której nie chcieli „zapleśnieć”. Muzyka ludowa w ich życiu była od zawsze, kilkadziesiąt lat temu nawet w programach szkolnych. Ich uczniowie ją znali i lubili. Dzisiaj o to trudno, ale się nie poddają. Zwłaszcza, że kiedy spotykają dziś dorosłych wychowanków, ci mówią, że tamte lekcje bardzo dobrze pamiętają, a nawet próbują zarazić tym swoje dzieci. Ludowością znaczy. Nie zawsze się udaje, ale satysfakcja jest tym większa w przypadku sukcesu.
W Dziepółlankach spotykają się pokolenia. I o to właśnie chodzi. O muzykę, która łączy. A skoro łączy członków zespołu, dlaczego nie miałaby połączyć szerzej? Zespołu z zespołem? Od tego już tylko krok do przeglądu, który jest miejscem spotkań i wspólnego śpiewania. A śpiewanie daje radość, podnosi na duchu, kiedy humor raczej zły, jest językiem uniwersalnym.
Stąd próby z zespołem w dolnej garderobie Miejskiego Domu Kultury. Słuchać z niej nie tylko chóralny śpiew, ale i chóralny śmiech. I o to w tym wszystkim chodzi, podkreślają państwo Nowakowie, którzy wciąż żartują. I dogadują sobie w rozmowie, ale widać, że po spędzeniu razem tylu lat, rozumieją się bez słów.
Kiedy rozmawiamy z nimi w sierpniu wskazują na to, co zjada nam dzisiaj czas. Telefony i telewizory. A przecież można robić tyle inne ciekawych rzeczy w życiu. Oni na przykład dbają o to, żeby nie przepadły ludowe utwory z okolic Radomska. Mazowszem czy Podhalem nie jesteśmy, ale przecież sroce spod ogona nie wypadliśmy. Wystarczy poszukać, poszperać, porozmawiać, zapytać. I okazuje się, że udaje się znaleźć prawie 80 pieśni i przyśpiewek z naszego terenu. Powstał nawet specjalny śpiewnik. Gdyby jeszcze udało się ustalić, jak wyglądał ludowy strój. Ten nasz. Prace trwają, ale ostatecznego rezultatu jeszcze nie ma.
- Ja nie wyobrażam sobie życia bez śpiewania i muzyki - powiedziała Gazecie na dwa dni przed sierpniowym przeglądem pani Teresa. - Mąż mi świadkiem. Czegoś człowiekowi brakuje i już…
- Żona podobno poczęła się na weselu… - dopowiedział pan Zdzisław. W swoim stylu.
MARCIN PACHNIEWICZ
Rowerowo.pl
Apacz, bo chyba od zawsze nosi długie włosy. To on wymyślił topienie Marzana zamiast Marzanny. W marcu rowerzyści zjeżdżają się najpierw na placu 3 maja, a potem cały ten kolorowy peleton (trzeba się przebrać, bo to tradycja) jedzie pożegnać zimę i powitać wiosnę, czyli czas, kiedy można już będzie jeździć na rowerze bez czapki i rękawiczek.

Marcin Pachniewicz, tak samo jak długo nosi włosy jak wódz Indian, tak samo długo jeździ na rowerze. To jego pasja. Nie od święta, ale na co dzień.
Tak jak nie od święta, a chyba od zawsze prowadzi stronę internetową rowerowo.pl. Wpis z 6 grudnia: „Gdyby nie padało... (8.XII) Prognozy na nadchodzący weekend nie są optymistyczne, gdyby jednak pogoda okazała się łaskawa, mamy zamiar odwiedzić Chełmską Górę. Spotykamy się przy fontannie w centrum (pl. 3 Maja) o godzinie 10:00. Dystans około 70 kilometrów. Zapraszamy!”.
1 grudnia zaplanowano 30 km, bo to Andrzejki, wiele osób miało plany. 24 listopada wyjazd do miejscowości Sygontka, na rybkę. Więc jeśli lubicie jeździć, nie przeraża was pogoda ani dystans (trzeba się przygotować odpowiednio do warunków), to śledźcie tę stronę. Apacz będzie świetnym przewodnikiem, doradzi i podpowie.
Tak jak on i ludzie związani z rowerową turystyką, którzy mają w nogach tysiące kilometrów, doradzają władzom powiatu. W czym? Oczywiście w temacie turystyki. To jedna z części strategii rozwoju radomszczańskiego. Okazuje się, że mamy sporo lasów i miejsc, które warto odwiedzić. Do wielu można dojechać właśnie na rowerze. A skoro chcemy takie szlaki wyznaczać, dlaczego nie zapytać tych, którzy powiat zjeździli wzdłuż i wszerz?
Odbyło się już kilka spotkań i dyskusji. Uczestniczył w nich Marcin Pachniewicz. Ale nie tylko dyskutowano. Apacz z kolegami wsiedli na rowery i pojechali w teren, żeby wyznaczyć pierwsze trasy rowerowe. Ich pomysł polega na tym, żeby były ułożone jak plasterki pomarańczy. Założenie jest takie, żeby wyjechać z jednego punktu i do niego wrócić. Po drodze zwiedzając to, co zwiedzania jest warte. Trasy o różnej długości, o różnym stopniu trudności. Tak, żeby na wycieczkę mógł się wybrać nie tylko ten, który może bez problemu przejechać na rowerze 100 km, ale także rodzina z małymi dziećmi, dla których kilka czy kilkanaście kilometrów to już wyzwanie. A jeśli im się spodoba i nabiorą wprawy, to wybiorą się na dłuższą wycieczkę. I jeszcze kogoś namówią.
I wiecie co? Apacz i jego koledzy z rowerowo.pl robią to, bo chcą. Nikt im za to nie płaci. Poświęcają swój wolny czas na spotkania w starostwie, a potem jadą w teren i dokumentują. Tworzą mapy. Bo skoro i tak jeżdżą, a mogą przy tym zrobić coś dobrego dla innych, to dlaczego nie? Brawo.
WANDA GAWRON
Tworzy wielodzietną rodzinę zastępczą
Emerytowana nauczycielka ze Strzałkowa od 2004 roku prowadziła w swoim domu pogotowie rodzinne. Od śmierci męża w 2005 roku w pojedynkę. Od 2010 roku tworzy wielodzietną rodzinę zastępczą.

Wychowała, bo powiedzieć, że się nimi zajmowała to zdecydowanie za mało, prawie setkę dzieci. Były wśród nich także niepełnosprawne ruchowo, co było dodatkowym wyzwaniem. Wyzwaniem, z którym pani Wanda radziła sobie jak zawsze z uśmiechem. Ma go dla wszystkich, nie tylko swoich dzieci. To bardzo ciepła i pełna miłości kobieta.
W tej chwili mieszkają z nią cztery dziewczynki. Nie ważne są więzy krwi. Pani Wanda daje im, tak jak wszystkim dzieciom, które przez te lata trafiały pod jej dach, pełną akceptację i poczucie bezpieczeństwa. A to dla dzieci skrzywdzonych czasem przez los, czasem przez własnych rodziców, jest niezwykle ważne. I pomaga wyprostować w ich życiu to, co nie układało się tak, jak by chciały.
To pani Wanda zastępowała im mamę. To z nią mogły szczerze rozmawiać, opowiadać o swoich problemach, zadać trudne pytania. Dzięki niej nabierały zaufania, pewności siebie, przekonywały się, że mają wiele do zaoferowania. Pomagała odbudowywać rodzinne relacje, nawiązywać nowe znajomości. To na jej ramieniu mogły się wypłakać, ale i z nią podzielić radościami. Oczywiście pani Wanda dbała także, żeby coraz lepiej się uczyły, więc nie można było się nie przyłożyć. Lekcje musiały być zrobione na czas i jak najlepiej.
Na początku tego roku pracownicy Powiatowego Centrum Pomocy Rodziny zgłosili ją do konkursu organizowanego przez Muzeum Powstania Warszawskiego.
- W sumie to tych dzieci było dokładnie 98, a oni napisali 92 - mówiła nam w marcu o notce na jej temat śmiejąc się pani Wanda. O zgłoszeniu nie wiedziała, to było dla niej wielkie zaskoczenie. - Chcieli mi zrobić niespodziankę - mówiła Gazecie. - I rzeczywiście to była niespodzianka. Człowiek nawet nie wiedział co to za nagroda. Przez te 15 lat trzeba było pracować, kto by tam o nagrodach myślał - dodawała.
O tym, że została nominowana, dowiedziała się w lutym. - Najpierw z muzeum zadzwoniono do PCPR-u, a potem był telefon do mnie. Przyznaję, że byłam bardzo zaskoczona. I poczułam się bardzo miło, że to co robię zostało docenione - dodawała.
Pani Wanda do Warszawy na Galę pojechała dzień wcześniej. Nie sama. Zabrała swoje dzieci i wnuki. Bardzo się cieszyła, że muzeum dało jej taką możliwość. - To będzie bardzo rodzinny wyjazd - mówiła. A transmisję w niedzielę 31 marca w TVP 1 oglądali chyba wszyscy mieszkańcy Strzałkowa i większość radomszczan. A już na pewno inni rodzice zastępczy, z którymi swoim doświadczeniem wiele razy w ciągu 15 lat pani Wanda dzieliła się swoim doświadczeniem. Nagrody nie otrzymała, ale nie żałowała. Sama nominacja była nagrodą. Za jej poświęcenie, choć ona nigdy by tak tego nie nazwała, PCPR zgłosił ją jeszcze do ministerialnego konkursu, w którym wybrano pięć rodzin z całej Polski. To odznaczenie odebrała.
ANNA SIEMIŃSKA
Prezes Stowarzyszenia na Rzecz Rozwoju Oświaty i Kultury Alfa
Stowarzyszenie powstało w 2005 roku w Gidlach. Edukuje kulturalnie młodzież z tej gminy. Współpracuje z włoszczowską Lokalną Grupą Działania.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze