Reklama

Komfortowo jak w urzędzie? Jak się pracuje w samorządzie

Jeśli większość pracujących w urzędach to kobiety, a taki jest fakt, ma pan odpowiedź na pytanie, dlaczego trzymają się tej pracy kurczowo, choć mało zarabiają. Mąż zarabia, ona wychodzi o godzinie 15 czy 15.30. Poszedłby pan do urzędu do pracy, to by zrozumiał, co to znaczy komfort

Zwróciliśmy na to w redakcji uwagę jakiś czas temu, podczas rozmów z pracownikami urzędów. O ile średnie pensje kadry zarzadzającej w samorzadach mogą uchodzić za przyzwoite, o tyle urzędnicy i pracownicy zatrudnieni na stanowiskach pomocniczych zarabiają niedużo. Średnio 2500 na rękę. A na stanowiskach pomocniczych - mniej niż 2000 zł.

Reklama

Tu pojawia się dysonans: jak to możliwe, że tak nisko opłacana praca jest atrakcyjna. Bo jest. Z rozmów z czytelnikami, samorządowcami, mieszkańcami wyłania nam się obraz jednego z najbardziej pożądanych miejsc pracy. I dotyczy to nie tylko urzędu miasta, ale też starostwa i podległych im jednostek. Co takiego jest w pracy w urzędzie, że ludzie się o nią biją, choć obok płacą więcej. Choćby w zakładach na strefie, które ciągle poszukują nowych pracowników, albo w zakładach produkcyjnych. Jeśli - jak wynika z rozmów z radomszczanami - naszym największym problemem w mieście są niskie pensje, dlaczego urzędnicy wybierają stanowiska niskopłatne?

Szukaliśmy odpowiedzi na to pytanie. Nie mieliśmy żadnych intuicji, żadnych wstępnych tez. Rozmawialiśmy z urzędnikami, ich szefami oraz przedsiębiorcami.

Reklama

- Tylko anonimowo - to pierwsze zdanie, które słyszę od rozmówców. Urzędnicy nie chcą rozmawiać pod nazwiskiem, bo boją się reakcji zwierzchników. Ich zwierzchnicy - bo boją się, że to, co mają do powiedzenia, nie spodoba się pracownikom. Przedsiębiorcy z zasady nie chcą mówić publicznie. Rozmawiamy więc bez nazwisk, choć o konkretnych sytuacjach i urzędach.

W opowieściach urzędników o ich pracy przeplatają się dwie narracje. Pierwsza: to strasznie ciężka robota, wymagająca i niewdzięczna. Druga: to już nie jest atrakcyjna praca, nie ma chętnych, by tyrać za takie pieniądze. Kto może, szuka innej.

Reklama

Jest jeszcze trzecia, ale o tym później.

Urzędnik A: - Pracownicy w urzędach od zawsze dzielą się na dwie kategorie: tych, którzy zap… i tych, na których się zap… Jedni siedzą w papierach, inni piją kawę. Trochę jak z falą w wojsku, z tym, że to, w której jesteś grupie, nie zależy od stażu, tylko ekipy, która akurat rządzi i tego, jak ci do niej blisko.

A. ma ponad dwudziestoletni staż i - powtarza to z przekonaniem wie, co mówi i jak jest. - Żal mi tych młodych co myślą, że jak wkręcili się do urzędu, to złapali byka za rogi. Kasy z tego nie będzie. Kto jest wyżej w strukturze, wyżyje, kto nisko, powinien uciekać, gdzie pieprz rośnie.

Reklama

A. widzi świat radykalnie i wcale tego nie kryje. - Prawda? Pyta pan, dlaczego ludzie lgną do urzędu? Bo tu lekko, łatwo i przyjemnie. Co się pan tak dziwi, przecież wiem, co widzę. Mój brat pracuje od zawsze u prywaciarza. Haruje do rana do nocy, świątek piątek. Ma pieniądze, to prawda, ale niewiele więcej niż ja. A czasu ani sekundy. I od zawsze przepracowany.

Gdy wspominam kolejnej mojej rozmówczyni o przemyśleniach A., aż się gotuje. - Nie pracuje się? Ale bym chciała poznać jego nazwisko. Ciekawe co robi, pewnie z politycznego nadania, tylko oni się obijają - mówi. - To jest przerąbana praca, a innej nie ma. Co tu jest najgorsze? Biurokracja, brak zaufania i klienci. Tak, biurokracja, bo niech pan sobie nie wyobraża, że papiery to my wypełniamy dla przyjemności. Wypełniamy, bo musimy. Takie wytyczne z góry. Rozporządzenia, ustawy, uchwały. Trzeba się stosować i szlus. Niby czasy elektroniczne, a papierologii po sufit. Inny problem: między urzędnikami nie ma za grosz zaufania. Każdy chce mieć wszystko na piśmie, nic nie da się ustalić na twarz, bo potem się okazuje, że żadnych ustaleń nie było. Każdy chroni swoje cztery litery. No i klienci wygadani, wyszczekani, agresywni, chcą na już i na teraz. A w urzędzie na teraz da się bardzo rzadko.

Reklama

Dzwonię jeszcze raz do A. - Jasne, jasne. Polityczny nie jestem i nie byłem. Ciężka praca? A wyobraża pan sobie, że są w urzędach ludzie, którzy boją się komputera? I unikają go, jak mogą? W robocie, gdzie komputer to abecadło! Nie, nie krzyczę, taki głośny jestem.

O swojej pracy urzędnicy mogą opowiadać długo i szczegółowo. A raczej - poza wyjątkami - długo i szczegółowo się żalić. Na mieszkańców, że nie rozumieją, iż pani za biurkiem jest związana przepisami i może robić tylko to, na co pozwala jej prawo. Na szefów, że nie wiedzą czego chcą. Mój trzeci rozmówca przekonuje, że najgorsza w tej robocie jest zawiść. Czy czasami mój kolega nie zarabia o dziesięć złotych więcej niż ja. Czy nie mam więcej decyzji do wydania, niż on. I dlaczego on spędza czas na papierosie i zwierzchnik mu na to pozwala, a ja muszę pracować więcej od niego, bo nie palę.

Reklama

- Urzędy to hermetyczne środowiska, w których, wbrew wyobrażeniom wielu, nie ma dużej rotacji. Jak ktoś się do tej roboty przyzwyczai i pogodzi z zarobkami, będzie tu siedział do emerytury - mówi.

No właśnie, zarobki. Tu znów podział jest czytelny. Grupa zwykle powiązanych z władzą kierowników i naczelników oraz reszta. O ile ci pierwsi na pieniądze nie narzekają, choć na pracę już tak, ci drudzy - owszem.

Dlaczego nie szukają innej pracy? Dziś bezrobocia w Radomsku praktycznie nie ma. Na strefie są zakłady, które płacą nawet 4000, 5000 zł na rękę. Praca na zmianie, świątek piątek, ale pieniądze też inne.

Reklama

Pytam o to moich urzędników.

- Przegina pan z tymi możliwościami. Mam iść do stolarza?

- Mówił pan, że ledwie wiąże koniec z końcem. Żona też w urzędzie. No to dlaczego nie? Płaci dwa razy więcej.

- Płaci, ale…

- Chodzi o prestiż?

- Powiedzmy. Skończyłem studia, wcześniej liceum nie po to, żeby skręcać meble.

- A po to, żeby klepać biedę?

Konkluzja? To nie oni powinni zmienić pracę, to urząd powinien mi lepiej płacić. Niby prawda, powinien. Stawki widać w tabeli, niektóre ledwie przekraczają pensję minimalną.

Reklama

Namawiam na rozmowę dwie osoby z kierownictwa radomszczańskich urzędów. Nie mogę zdradzić, czy to jednostki miejskie, czy powiatowe, nie mogę zdradzić płci i doświadczenia. Mogę jedynie pytać o reguły.

Pytam.

Najpierw wypowiadają standardowe formułki o tym, jak praca urzędnika jest ważna, niewdzięczna i ciężka, potem przechodzą do sedna. Pierwszy rozmówca nie zgadza się z tezą, że praca w urzędach jest dziś atrakcyjna. Może kiedyś, gdy było bezrobocie. Dziś go prawie nie ma. Na konkursy do urzędów zgłasza się niewiele osób. Podkreśla, że zdecydowaną przewagą pracy w budżetówce są godziny. W zasadzie kończy się ją między 15 a 16 i niczym już się nie trzeba przejmować. Presja w firmach i urzędach jest nieporównywalna. Jeśli w firmie pracownik idzie na zwolnienie, to szef ma problem, jak w urzędzie - szef ma oszczędność. Pracowników jest wystarczająco, żeby kogoś zastąpić.

Reklama

Mój rozmówca nie zgadza się z opiniami, że w urzędach to się tylko pije kawę. Według niego, pracy jest dużo i trzeba coraz większych kompetencji żeby ją wykonywać. Ale z drugiej strony podkreśla, że poza wyjątkami jest to praca wymagająca mniejszego zaangażowania niż w prywatnych firmach. Dodaje, że większość urzędów ma przerost zatrudnienia.

Dlaczego tak jest? - Brak konkurencji - odpowiada. - Każdy urząd jest monopolistą i nawet najlepiej zarządzany nie podlega mechanizmom rynkowym, które w sektorze prywatnym zmuszają firmy do zwiększonego wysiłku. W urzędzie zwiększony wysiłek jest tylko wtedy, jak się chce szefowi. A jak się nie chce, to wszyscy są szczęśliwi.

Reklama

Kolejny rozmówca zwraca uwagę, że praca w firmach jest, owszem, o niebo bardziej wymagająca, ale wcale nie lepiej płatna. - To kuriozalna sytuacja, ale dziś w Radomsku robotnik nie ma problemu ze znalezieniem dobrze płatnej pracy, a człowiek wykształcony ma. Wiele to mówi o Radomsku.

On nie zgadza się z opinią, że w urzędach jest przerost. - Z prostej przyczyny: nie ma takiej liczby urzędników, której urząd nie może wchłonąć i dać im jakieś zajęcie - mówi.

Obaj zwracają uwagę na jedną kwestię: większość pracujących w urzędach to kobiety. I tu jest ich odpowiedź na moje podstawowe pytanie: kobiety godzą się w urzędzie zarabiać mniej w zamian za komfort. - Tak to się już w naszej kulturze utarło, że kobieta ma się troszczyć o dzieci, oporządzić dom, ugotować, a mężczyzna ma harować na rodzinę - mówi mój rozmówca. - To jest bardzo tradycyjna wizja społeczeństwa, ale prawdziwa. Jeśli większość pracujących w urzędach to kobiety, a taki jest fakt, ma pan odpowiedź na pytanie, dlaczego trzymają się tej pracy kurczowo, choć nie zarabiają. Mąż zarabia, ona wychodzi o 15. Poszedłby pan do urzędu do pracy, to by zrozumiał, co to znaczy komfort.

Idę jeszcze do przedsiębiorcy. Słucha moich wywodów, wątpliwości i mówi: - Odpowiem panu trochę na okrągło. Trzy, cztery tysiące, tyle muszę teraz zapłacić, by ktoś u mnie pracował. Ale i tak wciąż mam rotację, bo ludzie przychodzą i odchodzą. U mnie pracuje się osiem godzin plus co druga sobota, nie ma przerw na papierosa co pół godziny i pogaduch. Myśli pan, że miałem kogoś z urzędu?
Jeden z szefów: - Ludzie w urzędach wmawiają sobie i wszystkim wokoło, że w pracy padają na twarz. To jest nieprawda. To jest odpowiedzialna robota, bywa trudna, ale w porównaniu do firm - komfortowa. Ale na cholerę, nie powiem panu tego pod nazwiskiem.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości