Reklama

Klub56: Nasza mała stabilizacja. Opowieści z innego świata [Radomsko sprzed dekady]

Był taki profesor od wychowania obywatelskiego, który nas bardzo męczył. Wykształcony człowiek, światły, znał grekę i łacinę, a dał się uwieść komunizmowi

 

Czym żyliśmy dekadę temu? Zajrzeliśmy do Gazety Radomszczańskiej z 2016 roku

Nazywają się „Klub’56”, w sobotę obchodzili 60-lecie matury. Są absolwentami II Liceum Ogólnokształcącego. Spotykali się już szósty raz, pierwsze takie spotkanie zorganizowali w 1986 roku.

Było ich dziewięcioro: Elżbieta Błada, Hanna Nowicka, Elżbieta Zaręba, Bogdan Szablewski, Aleksandra Sierko, Izabela Więckowska, Andrzej Szkoda, Damian Chmielewski i Stanisław Król. Oni wspominali swoje młodzieńcze lata, ja słuchałem.

Urodziliśmy się tuż przed II wojną światową, a względną dojrzałość osiągnęliśmy tuż przez Październikiem. (…) Wszystkie kluczowe dla ukształtowania się dojrzałej osobowości stadia rozwoju psychicznego i moralnego nasz rocznik przechodził w anormalnych sytuacjach. Wczesne dzieciństwo podczas okupacji hitlerowskiej, stadium konformizmu moralnego i konwencjonalizmu: w latach walki o władzę ludową, walki klasowej i walki z „gomułkowszczyzną”.*

Reklama

W 1945 roku poszliśmy do pierwszej klasy szkoły podstawowej. Byliśmy pierwszym powojennym rocznikiem. Liceum powstało w 1950 roku. Naukę w klasie zaczynało 45 osób, do czwartej klasy dotrwało 25. To dlatego, że po dziewiątej klasie część uczniów odeszła do innych szkół. Po wojnie brakowało ludzi w każdym zawodzie, po kraju jeździli werbownicy i namawiali, by skrócić edukację w liceum i wybrać szkołę licealną o profilu zawodowym: oficerskim, pielęgniarskim, felczerskim czy położniczym. Tacy absolwenci okazywali się potem tak zwaną małą maturą. To była zwyczajowa nazwa, określenie sprzed wojny. W okresie międzywojennym była tzw. mała matura po gimnazjum i duża po liceum. Podobne werbunki trwały długie lata. W takim kombinacie jak KGHM to jeszcze na początku lat 70. płacono pracownikom 100 złotych, jeśli zwerbowali kogoś do pracy w zakładzie.

Reklama

Jeden z profesorów miał zwyczaj na bieżąco oceniać stan naszej świadomości, z pisemną dokumentacją w zeszycie przedmiotowym. Trafił do niej nasz kolega z pamiętnym do dziś wpisem „X ma nawarstwienia skrzeku żabiego i gips na kręgosłupie”. A potem następowało ceremonialne zobowiązanie, że mu ten skrzek i gips pomożemy zlikwidować. Inny, też nieźle znany nam z liceum działacz, nadal eksperymentował z językiem, choć mniej szczęśliwie. Stoczył mianowicie zwycięską potyczkę z żeńską formą miłego naszym czasom, acz niewygodnego w użyciu zaimka „wy” i zadebiutował wobec osłupiałej z podziwu działaczki: „chodziałaście, widziałaśnie i nie reagowałaście”. Jeszcze inny kadził młodzieży: „Od was będziemy mieli pierwsze skrzypce oceny”.

Radomsko to była malutka mieścina. Tu, gdzie dziś jest park Solidarności była strzelnica, chodziliśmy tam na ćwiczenia. To było kawał drogi od szkoły, tak nam się wtedy wydawało. Radomsko kończyło się tam, gdzie Przedborska a przy drewnianym kościółku na dołku były rogatki. Folwarki to była odrębna wieś. Z drugiej strony miasto sięgało ul. Batorego. W centrum były kamienice, ale poza nim stały chatki i biedne domki. Pierwsze bloki zbudowano z dziesięć lat później. Lokali też było niewiele: Szarotka na Reymonta, Zacisze na Kościuszki, knajpa zwana potocznie „Grobowcem” na Stodolnej i jeszcze lokal Kluski na Warszyca, przed przejazdem kolejowym. Ten Kluska to był porządny człowiek, służył w Legionach Piłsudskiego. Potem rząd, czy też sam Piłsudski, takich zasłużonych obywateli obdarowywał prawem wyszynku. Czymś na kształt dzisiejszej koncesji na alkohol.

Reklama

W klasie maturalnej nasz rocznik osiągnął pełnię szczęścia: opanowaliśmy wszystkie dziedziny szkolnej i pozaszkolnej działalności. Wszelkie akademie, apelowe prasówki, poranki poetyckie, zespoły artystyczne sportowe, ZMP – to my. To nami też straszono młodsze klasy jako wzorcowymi okazami bikiniarzy i chuliganów.

Do 1948 roku w Radomsku działało wiele sklepów prywatnych i zakładów rzemieślniczych. Były jatki, gdzie można było kupić rozmaitości, czyli po plasterku każdej wędliny, za średnią ceną. Później, gdy w 1949 Polska Partia Robotnicza połączyła się Polską Partią Socjalistyczną i powstało PZPR, wprowadzono twardą komunistyczną linię i stłamszono prywatną inicjatywę. Nagle w sklepach zaczęło wszystkiego brakować.

Reklama

Był w Radomsku taki piekarz Chybalski, robił bardzo dobre pieczywo. To jemu na zakładzie napisali: „mam siedem kurek i sześć kaczek, jestem wielki kułaczek”. Władza na to pozwalała, tak niszczono ludzi.

Stawiliśmy się na doroczną akcje buraczaną i każdy z nas otrzymał do wyrwania dwa rzędy kilometrowego pola, niknącego w dali za pagórkiem. Błyskawicznie zorganizowaliśmy brygadę stachanowską: kilka rwało buraki z wszystkich przydzielonych rzędów i ciskało za siebie, kilku odcinało liście, reszta składała jedno i drugie na zgrabne kupki. Udowodniliśmy wyższość pracy kolektywnej nad indywidualną, bo doszliśmy do końca pola, kiedy inne klasy grzebały się gdzieś w połowie.

Reklama

Dziś to wszystko trochę dziwnie wygląda, ale we wrześniu najczęściej jeździliśmy do podradomszczańskich wsi, do spółdzielni produkcyjnych, na wykopki. Wtedy w kraju brakowało rąk do pracy, więc zabierano uczniów ze szkół. Widać dla władzy to było ważniejsze. Ale uczniom to odpowiadało – nie było nauki. Dawali jeść, zwykle grochówkę i czarną kawę i trzeba było cały dzień pracować. Podobnie dziwnie wyglądała sprawa z makulaturą – nauczycieli rozliczano z tego, ile klasa zebrała surowca. W kraju wciąż go brakowało, więc szukano wszelkich sposobów. Gdy więc zapowiadała się jakaś trudniejsza lekcja, to chłopcy zgłaszali, że mają dużo makulatury. Nauczyciel zawsze zwalniał, bo były rzeczy ważne i ważniejsze.

Ciekawa była „odwilż” w naszej szkole, kiedy nieoczekiwanie przybył „czynnik” o jasnej, szczerej twarzy i zasiadł godnie za stołem przed spędzoną do sali gimnastycznej młodzieżą. Oświadczył, że nastąpiła odnowa i można zadawać pytania, anonimowo, na kartkach. Zebrano kartek dość sporo i zaczął czynnik odpowiadać (…) Nagle przerwał i rytualnym gestem wstrętu odrzucił jakiś świstek. Zmartwieliśmy, gdy zdławionym głosem oświadczył: to pytanie zadał wróg!

Reklama

To były czasy wielkiej indoktrynacji, trzy lata po śmierci Stalina, tuż przed Październikiem’56. Trzeba było wkuwać na pamięć taki specjalny podręcznik o marksizmie-leninizmie.

Rodzice jednego z uczniów mieli sklep z galanterią, więc nauczyciele wypytywali go, czy aby nie słuchają w domu Wolnej Europy. Inny miał rodzinę w Ameryce, to wciąż go podpytywali, czy nie utrzymuje z nimi stosunków.

Był taki profesor od wychowania obywatelskiego, który nas bardzo męczył. Wykształcony człowiek, światły, znał grekę i łacinę, a dał się uwieść komunizmowi.

Reklama

Wypadałoby przypomnieć, że Radomsko za działalność partyzantki AK i AL otrzymało Krzyż Grunwaldu. Z drugiej strony po wojnie w naszym powiecie „Warszyc” zorganizował tak zwane Konspiracyjne Wojsko Polskie, najsilniejszy w środkowej Polsce ośrodek walki z nowa władzą. Takie okoliczności musiały zaostrzyć nadzór nad młodzieżą.

Rok przed nami, w 1955 roku, maturę zdawano z sześciu przedmiotów. Był polski, matematyka, historia, geografia, fizyka i jeszcze jeden przedmiot. My zdawaliśmy cztery przedmioty. Ustnie i pisemnie, z tym że ten, kto na pisemnym dostał piątkę, ustnego nie musiał już zdawać. Byliśmy otrzaskani w egzaminach, bo wtedy zdawało się je na koniec każdej klasy. Piątej, szóstej, siódmej i tak dalej, aż do jedenastej. Jedenastej, bo tak się wtedy liczyło: siedem klas podstawówki i cztery liceum w jednym ciągu. Podczas przygotowań do matury dostawaliśmy 100 pytań na egzamin ustny i trzeba było je wykuć.

Reklama

Teraz jak jedna osoba w klasie nie zda, to podnosi się wielkie larum, że szkoła niedobra a nauczyciele do niczego. A wtedy maturę zdawało 25 osób a zdało 20. Nauczyciele kierowali się przedwojennymi kryteriami, nie było zmiłuj.

Poziom aspiracji naszego miejsko-gminnego rocznika wyznaczyła trafnie jedna z koleżanek (z innej klasy), odpowiadając dziennikarzowi na świąteczne pytanie: czego się spodziewam po 1960 roku? Odrzekła: wygranej w Totolotka ani w Kukułeczkę się nie spodziewam, bo nie gram. Samochodu też nie – bo skąd. Chciałabym otrzymać podwyżkę – bardzo by mi się przydała. Aktywne poszukiwanie naszego miejsca na ziemi zaczęło się dopiero w latach „naszej małej stabilizacji” i zakończyło w pierwszych latach „drugiej Polski”, kiedyśmy się ustabilizowali i zaczęli dorabiać. Dopiero Sierpień 1980 przeorał naszą Polskę i reanimował nasz rocznik.
Kilkoro z nas dość aktywnie się wtedy zaangażowało – nie powiem tu po której ze stron i w jakiej proporcji, bo to już nieistotne.
Wtedy brakowało wykształconych ludzi. Matura dawał prestiż, można było iść z nią w świat. W biurach pracowali ludzie po siedmiu klasach podstawówki, więc ten, który okazywał się maturą, to był ktoś. Zaraz dostawał jakieś dobre stanowisko, pensję, można było od razu zakładać rodzinę i żyć. Ale jeszcze wiele lat po wojnie były enklawy analfabetyzmu. Jest taka słynna anegdota z lat 70. Pytają pracownika na naborze: to gdzie wcześniej pracowałeś? On odpowiada: jako optyk. Patrzą na jego ręce, spracowane, twarda skóra i dziwią się: Jak to optyk? Tamten wyjaśnia: no, optykałem dachy.
Jeszcze w latach późniejszych niektórzy w hotelach robotniczych nie wiedzieli, jak się ze spłuczką obejść. Mężczyźni z naszej klasy dorobili się czterech nauczycieli (jeden akademicki, dwóch licealnych, jeden dyrektor szkoły średniej), dwóch ekonomistów (w tym dyrektor dużego zakładu przemysłowego), prezesa spółdzielni wojewódzkiej i laboranta chemii. Równo połowa naszej byłej klasy w 1986 roku mieszkała we własnych domkach z działkami od 400 mkw do 5 ha (dalsze dwa domki w najbliższej perspektywie), pozostali zdobyli M-4 do M-6 i tylko jedna koleżanka nie może wyrwać się z M-2. Jeździmy 13 samochodami (od Syrenki do Passata), co daje 65 proc. zmotoryzowania (…). Pobiliśmy też krajowy – a może i światowy – rekord rozwodów. Szukaliśmy nie tylko nowych zajęć i zawodów, ale też nowych żon, w rezultacie trzech spośród ośmiu kolegów rozwiodło się. W 20 obecnych związkach małżeńskich mamy 34 dzieci w wieku od dwóch do 27 lat, w tym równo połowę córek, co daje nam niestety ujemny współczynnik reprodukcji brutto: 0,85 wobec przeciętnej 1,151 w roku 1984.
Jak wieczorem wracaliśmy do domu, to na ulice wylewały się z zakładów tłumy ludzi po drugiej zmianie. Dziś na ulicach jest pustka. W Radomsku to był przemysł, dziś to miasto emerytów. Było ponad 50 tysięcy ludzi, dziś jest pewnie z czterdzieści.
Wyjechałam z Radomska tuż po maturze na studia, ale zakochałam się i życie szybko się potoczyło. Całe życie mieszkałam w Lubinie. Wróciłam z sentymentu do rodzinnego miasta dziesięć lat temu. Tu się żyje dobrze. Zwłaszcza emerytom.

  • Zaznaczone fragmenty pochodzą z artykułu „Slalomem między odwilżami. Maturzyści 1956 po 30 latach”, opublikowanego w 1986 roku w tygodniku „Polityka”. Autorem był Roman Cielecki, jeden z absolwentów klasy XI a II LO w Radomsku, nauczyciel i radomszczański dziennikarz.
Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/04/2026 10:33
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości