Reklama

Katarzyna Bonda: Nie ma nic lepszego niż świeży trup [Radomsko sprzed dekady]

Kiedyś siedziałam w kącie, nie nosiłam sukienek, tylko szare swetry. Musiałam znaleźć w sobie siłę, żeby powiedzieć: tak, mam coś do powiedzenia, chcę wam coś opowiedzieć. Chcę, żebyście spędzili z moją książką jakiś czas, żebyście mnie słuchali. To jest najbardziej ekshibicjonistyczny zawód, jaki istnieje – Gazeta rozmawia z pisarką Katarzyną Bondą, która w ubiegłym tygodniu spotkała się z radomszczańskimi czytelnikami w Miejskiej Bibliotece Publicznej.

 

Czym żyliśmy dekadę temu? Zajrzeliśmy do Gazety Radomszczańskiej z 2016 roku

GAZETA: Jak powiedziała pani o sobie podczas dzisiejszego spotkania z czytelnikami? Leniwa, spokojna, chaotyczna…

KATARZYNA BONDA: - Same wady.

A może jednak trochę kokieteryjna?

- Nie, taka właśnie jestem. Nie umiem być kokieteryjna. A bardzo bym chciała. Chciałabym umieć mrugać i być taką sympatyczną i nie mieć takiego niskiego głosu, tylko taki delikatny. Jestem chaotyczna, spóźnialska, nieogarnięta, lubię spać. I cały czas z tym walczę.

Reklama

Jak to możliwe, skoro po trwającym prawie dwie godziny spotkaniu z czytelnikami, podczas którego opowiadała pani w jaki sposób pracuje i żyje, ciśnie mi się na usta jedno pytanie: kiedy pani pisze swoje książki?

- Teraz jestem na etapie promocji, więc nic nie piszę.

Chodzi mi o tę całą ogromną pracę dokumentacyjną do kolejnych tytułów. Wkłada w to pani tyle wysiłku, jest pani tak dokładna, że zastanawiam się, czy zostaje pani chociaż trochę czasu, żeby usiąść do komputera i pisać.

- Ponieważ jestem taka chaotyczna, muszę się zorganizować. Wszystko mam zaplanowane co do godziny i wyjeżdżam na dokumentację nie tak, że na przykład do Łodzi jadę na trzy miesiące. Tylko na tydzień, bo potem za bardzo się przyzwyczajam i przestaję widzieć. Staje się to moim miejscem. W ogóle bardzo szybko się adaptuję. I dlatego efektywniejszy jest wyjazd na trzy dni niż na dwa tygodnie. Pracuję etapowo. Dokumentacja jest dopiero na trzecim etapie. Najpierw pół roku leżę. Wymyślanie książki odbywa się nawet nie w mojej głowie, ale w brzuchu. Najlepiej myśli mi się, kiedy leżę. Nie w jakimś miejscu z pięknym widokiem na morze, ale na moim łóżku. I najczęściej zasłaniam głowę. Żeby się odkleić. I wtedy normalnie żyję. Mam bardzo dużo wolnego czasu, bo nic innego nie robię. Zaprowadzę dziecko do szkoły i zajmuję się myśleniem. I robię to tak długo, aż wszystkie postaci się wyklują, aż zaczną funkcjonować. Zaczyna się od małych rzeczy. To jest jak lepienie z gliny. Wymyślam, zapisuję, przepisuję. Drugi etap to ustawienie opowieści. Zaczyna się od opowieści i postaci. Kiedy już to mam. przygotowuję w punktach roboczy plan. Inaczej bym się zgubiła. I wtedy jadę na dokumentację. Ona dotyczy lokacji, spraw merytorycznych, strażaków, jak na przykład w „Lampionach”, gdzie przebierałam się w ten strój i wynosiłam człowieka z pożaru.

Reklama

Ten epizod skojarzył mi się bardziej z aktorstwem niż pisaniem książek. Pracuje pani tak, jak robią to aktorzy przygotowujący się do roli.

- W jakimś stopniu tego potrzebuję. Inaczej nie potrafię pisać. Bo za każdym razem chcę opowiadać inną historię. A żeby to robić, muszę mieć mięso fabularne, którym się żywię. Bo inaczej opowiadałabym historie, które są mi znane, które są o mnie, są z mojego życia. A tego nie chcę. Dlatego wybrałam powieść kryminalną, która na to pozwala, bo literatura piękna wymaga od autora czerpania z siebie. Ja jestem tylko transformatorem. I tak się odsłaniam, bo między wierszami, w dialogach, obdarzam tych ludzi emocjami, które mam, bo nie da się inaczej. I dlatego te twarde dane chcę zdobyć z zewnątrz, żeby były mi obce. Dzięki temu za każdym razem mam zupełnie inną książkę. Zyskuje na tym przede wszystkim fabuła, ponieważ jeśli zgromadzę dane pochodzące tylko i wyłącznie z tego konkretnego miejsca, z tej przestrzeni, w której rozgrywa się akcja, mogę wymyślać taką zagadkę, która będzie idealnie pasować do tej lokacji. Gdybym wymyślała ją na sucho, zza biurka, to ilość możliwości jest ograniczona jeśli chodzi o kryminał. I w większości są już wykorzystane, więc można je już tylko przetwarzać, a tego nie chcę. Chcę szukać nowych.

Reklama

Czy to, że dzisiaj pisze pani powieści kryminalne, to naturalna konsekwencja tego, że kiedy pracowała pani jako dziennikarka często bywała pani na sali sądowej?

- Myślę, że jest odwrotnie. Zostałam dziennikarką, bo to był dla mnie substytut. Chciałam być pianistką. I prawie nią zostałam. Od piątego roku życia ćwiczyłam po kilka godzin dziennie. Inaczej nie da się zostać pianistą. Trzeba ćwiczyć, bo inaczej ma się sztywne palce i nie da się grać. W pisaniu jestem katorżnikiem i wtedy też byłam. Nikt mnie do tego nie zmuszał. To ja zmuszałam rodziców, do tego stopnia, że mój ojciec musiał wziąć drugi etat, żeby opłacić moje czesne, a potem kupić pianino. Największą frajdę sprawiało mi przygotowanie utworu, ta praca nad tekstem nutowym była dla mnie najważniejsza, ćwiczenie do takiego momentu, że potrafiłam grać po ciemku, kiedy skupiałam się tylko na tej przestrzeni, gdzie się słyszy, a nie patrzy na nuty i klawisze. Za to koncerty kładłam koncertowo. Spalałam się na scenie, miałam tremę, nienawidziłam tej białej bluzki i lakierek. I wtedy moja pani profesor, która doskonale mnie znała, właściwie uratowała mi życie. Powiedziała mi pewnego dnia: Kasiu, jest mnóstwo innych ciekawych dziedzin sztuki. Na przykład fotografia. Mnie więcej nie trzeba było. Po tej rozmowie postanowiłam, że nigdy więcej nie usiądę do pianina. Kazałam je sprzedać. I słowa dotrzymałam. Dziennikarstwo wybrałam właśnie jako substytut ciekawego zawodu, dającego gwarancję przygód, który daje możliwość rozmawiania z różnymi ludźmi, tego, że nie jest to praca przy biurku. A potem szukałam tego, co mnie interesuje w dziennikarstwie. Okazało się, że wszystkie miejsca były już zajęte. Zaczynałam od Ekspresu Wieczornego, kultowej popołudniówki w Warszawie. Tam nie można było się wcisnąć. A na salę sądową trafiłam przypadkiem. Wysłali mnie tam za karę, bo to było nudne. Zawsze byłam narowista, więc słyszałam: Bonda, ty pójdziesz. I szłam. Pewnie gdybym w aktach sądowych nie odnalazła opowieści, to bym się tym nie mogła zajmować.

Reklama

Patrząc z boku, rzeczywiście widać paragrafy. A tam są przecież ludzie i to, co ich spotkało.

- Tam jest wszystko. Tak jak moje książki, które nie są o zbrodni, to opowieści o ludzkim losie, o marzeniach, zemście, współczuciu, o rzeczach, które dotyczą każdego z nas. Kryminał tak naprawdę nie jest o trupach, jest o żywych.

Odnoszę wrażenie, że kiedy pisze pani książkę, stara się dać swojemu czytelnikowi produkt doskonały, a jeśli nie doskonały, to prawie idealny.

- Najlepszy jaki zdołam przygotować. Na to, jaki będzie, wpływa wszystko. Sytuacja rodzinna, to czy któreś z rodziców nie choruje, w jakim wieku jest moje dziecko, i tak dalej. Wszystko ma znaczenie. Oczywiście staram się to przekraczać i to się udaje. Tak jak przygotowywałam zapis nutowy, tak teraz muzykę zastąpiły słowa. Zresztą dbam o to, żeby język miał melodię. Czytam książkę na głos i pod tym kątem ją poprawiam. Staram się, żeby ta opowieść zawierała luki fabularne. To paradoksalne w powieści kryminalnej, gdzie wszystko musi się składać. Elementy kryminalne się składają, ale specjalnie nie domykam pewnych wątków pobocznych, tych, które nie dotyczą głównego trzonu powieści, żeby zostawić czytelnikowi miejsce na wyobraźnię. Do tego, żeby budziła się w nim refleksja, żeby te pytania dramaturgicznie z nim zostały po zakończeniu książki. Żeby się nad tym zastanawiał. Żeby przestrzeń tych luk go uruchamiała. Żeby to nie była książka jednorazowa, zapis wydarzeń, wszystko dopchnięte kolanem, wszystko się zamknęło. Zamykamy tę książkę i bierzemy następną. Pamiętam, że na początku zarzucano mi, że to błąd. Ale ja takie książki lubię. To jest wzięte żywcem z literatury pięknej. Jakoś nigdy nie czytałam namiętnie kryminałów. Do czasu, aż sama postanowiłam kryminał napisać. Pewnie dlatego moje książki są takie grube, specyficzne i zawierają tak wiele elementów dodatkowych. „Lampiony” w ogóle nie mają dochodzenia.

Reklama

Na pani facebookowym profilu pojawił się komentarz, w którym czytelnik tę książkę bardzo chwali, ale pyta, gdzie wątek kryminalny.

- No właśnie. Specjalnie od tego odeszłam. Mówiłam o tym podczas spotkania. O piromanach, terrorystach, bomberach napisano właściwie wszystko. I jeżeli człowiek będzie się napinał, że teraz to przeskoczy… Chyba, że ma się genialny pomysł. Chodziło mi stworzenie miasta zła, Sodomy i Gomory, którą należy zniszczyć za pomocą ognia. Trafiło na Łódź. Interesowała mnie ta przestrzeń, nie intencje piromana. Zaczynałam więc od końca. Od efektu. Ta książka dlatego jest specyficzna. Staram się pracować analitycznie, wszystko planować. Wiedziałam, że tylko teraz mogę tę książkę napisać. Bo „Czerwony pająk” będzie bardzo kryminalny, ponieważ jest ostatnią częścią i dotyczy zagadki Sashy. Nie będę miała możliwości stworzenia takiej opowieści, która jest puszką Pandory, którą można zniszczyć tylko ogniem. I to są świadome zabiegi. Narażam się na ryzyko, bo czytelnik może czuć się zawiedziony. Jednak większość moich czytelników wie, że nie może się po mnie spodziewać tego samego, ani tego co już było. Czytelnik w Polsce jest bardzo wyrafinowany i wie czego chce. A moje książki sprzedają się bardzo dobrze. W ostatnim kwartale ponad milion egzemplarzy.

Reklama

Jak na polski rynek taka liczba robi wrażenie. Chciałbym wiedzieć, co czuje pisarz, kiedy już postawi ostatnią kropkę. Kiedy książką, którą pisał kilka miesięcy, jest skończona?

- Wtedy jestem na takiej górze, na szczycie. To jedyny moment, dla którego piszę. Kiedy zaczynam książkę, to zaczynam wspinaczkę. Za każdym razem to jest inna góra, trudniejsza, wyższa. I kiedy już skończę, kiedy jestem na szczycie, mam przed sobą genialny widok. Po horyzont. Napawam się tym i myślę sobie, że znowu jestem mistrzem świata. Dałam radę, weszłam. Patrzę na ten piękny widok i go podziwiam, a w pewnym momencie widzę, o, tam jest świetna góra, tam trzeba wejść.

Reklama

I wtedy zaczyna się kolejne pół roku z myślami w łóżku?

- Nie. Wtedy jest strach, bo nie mam siły. Po napisaniu książki jestem wypluta. Chora. Bo kiedy piszę, to palę, nie dosypiam, żywię się chińskimi zupkami. To jest bardzo niehigieniczne. Kiedyś wystarczyły mi cztery godziny snu i mogłam pisać od nowa. Teraz muszę odpocząć. Starość nie radość.

A jednak kokieteryjna…

- Udało mi się, chociaż raz. Kiedy skończę, wysyłam książkę do wszystkich moich konsultantów, do ludzi, którzy mi pomagali, pokazywali lokacje. Oni są pierwsi, bo znajdują wszystkie błędy. I wtedy jeszcze przez tydzień oszukuję. Śpię, oglądam seriale w kółko. Bardzo to lubię. To jest najpiękniejszy tydzień. Żeby była jasność - nienawidzę tego tekstu. Jest zły, do niczego się nie nadaje, wszystko jest do kosza, nie cierpię tej książki. To na pewno najgorsza książka jaką napisałam. Zawsze tak jest. Maszynopis leży jak jakiś pokonany potwór, jak truchło, a ja robię wtedy te wszystkie rzeczy. Czytam, w kółko oglądam całe sezony seriali i wkraczam w normalny tryb. Normalnie odprowadzam dziecko do szkoły, robię obiady i tak dalej. Zaczynam się spotykać z ludźmi. Wszyscy moi znajomi wiedzą, że kiedy piszę, to mnie nie ma. Kiedy książka wraca od konsultantów, znowu mam ochotę wejść pod łóżko i nie wychodzić. Bo znaleźli tyle błędów, że to jest straszne. I jak już skończę poprawki i wyślę tekst do wydawcy, książka nie jest już moja. W każdym razie po tym wszystkim muszę odpocząć i po skończeniu książki kupuję sobie bilet na drugi koniec świata. Jadę na miesiąc, minimum. Wyłączam wszystko. Nie ma mnie, kiedy piszę, nie ma mnie kiedy wyjeżdżam. I to trwa do momentu, kiedy zaczyna się promocja. I wtedy jest hardcore. Fizyczny. Ale to jest też bardzo przyjemne. Bardzo lubię spotkania z czytelnikami. Mówią bardzo miłe rzeczy, ten ogromny feedback jest bardzo przyjemny. Ludzie oddają mi tę energię, a ja się nią nasycam.

Reklama

Podczas spotkania powiedziała pani, że kryminał zawsze był modny. Myślę jednak, że te dzisiejsze pisane są inaczej niż te sprzed 20, czy 30 lat. Pani, czy inni popularni dzisiaj polscy autorzy, czy bardzo modni pisarze ze Skandynawii, piszą inaczej. To inny kryminał, inna jakość.

- Rzeczywiście, kiedy zaczynałam, miałam problem ze znalezieniem wydawcy. Były tylko dwa, które wydawały kryminały. Jedno mnie odrzuciło, bo byłam dziwna, a moje książki nierasowe. A drugie mnie wzięło. Wtedy też autorów polskich kryminałów można było policzyć na palcach dwóch rąk. Jestem ze starej gwardii nowej fali kryminału, czyli Marek Krajewski, Zygmunt Miłoszewski, Mariusz Czubaj... A kobiety były dwie. Ja i Gaja Grzegorzewska. Oczywiście żyła jeszcze Chmielewska. Dzisiaj nawet małe wydawnictwa mają oddzielne linie z kryminałem. Powieść kryminalna ewoluowała, przez to, że się tak rozpycha. Zawłaszcza elementy z innych gatunków. Ze wspomnianej już literatury pięknej, ale i z horroru, z powieści historycznej, z romansów, są też wątki dramatyczne, jest też dużo komedii kryminalnej, jest czysta sensacja. To jest właściwie konglomerat, a nie kryminał. Ja nie nazywam swoich książek kryminałami i dlatego się uśmiecham i polubiłam komentarz pana, który pyta o wątek kryminalny w „Lampionach”. To jest dla mnie komplement.

Reklama

A jak jest pani odbierana przez kolegów po piórze? Mówi pani głośno, że warsztat jest podstawą i właściwie wystarczy do napisania dobrego kryminału, a bez tego dobrej książki na pewno nie będzie. I można się tego nauczyć. Zresztą uczy pani tego rzemiosła.

- Myślę, że gdybym nazwała się rasową kryminalistką, to chłopcy by się obrazili. Na początku bardzo się tym przejmowałam. W pewnym momencie stwierdziłam, że to mój atut. I jest to moment, kiedy trzeba podjąć decyzję, w którą stronę się idzie. Tak było w momencie kiedy zmieniałam wydawcę. Bo miałam tylko dwóch wydawców. Pierwszego i drugiego, tak jak miałam tylko dwóch mężów… Temu drugiemu wydawcy postawiłam warunek, że będę taka jaka jestem i albo bierze mnie właśnie taką, albo nie. Oczywiście potrafię napisać tak, jak wymaga tego gatunek, ale mnie to nudzi. A chodzi o to, żeby to było wyzwanie i dawało frajdę. Bo jeśli pracuje się nad książką rok, dwa, czasami dłużej, to można się wykończyć. Pracuje się na jednym temacie. Nie dostaje się co chwilę nowej energii, to jest ta sama historia. I stwierdziłam, że to niebezpieczne, żebym się pakowała w rasowy kryminał, i że idę swoją drogą. To jest dzisiaj bardzo różnie odbierane. Sukces moich książek opiera się na tej decyzji. A czytają mnie wszyscy, wszystkie generacje, obie płcie i trzecia też. I to jest budujące. I nie czytają mnie dlatego, że to jest kryminał. Czytają, bo to nie jest kryminał. Jest tam tyle elementów, że każdy znajduje coś dla siebie. To jest powieść. Powieść popularna, powieść środka. Z wątkiem kryminalnym.

Reklama

Powiedziała pani, że nie wierzy w natchnienie, a przyznała się dzisiaj, że scenariusz do filmu napisała w pół godziny. Co można uznać za dotknięcie muzy, o której mówi pani, że nie jest pisarzowi potrzebna, bo potrzebny jest tylko warsztat.

- Opowiadanie też piszę na jednym oddechu. To, które wyszło teraz w „Książce. Magazyn do Czytania”, napisałam chyba w sześć godzin. Tylko, że chodziłam z tym trzy miesiące. Mam taki system, że nie siadam do pisania przedwcześnie, bo się wtedy ma przedwczesny wytrysk.

Podobało mi się pani stwierdzenie, że trup bardzo dobrze orzeźwia.

- Nie ma nic lepszego niż świeży trup. Dla fabuły. Uważam, że nie ma nic lepszego niż świeży trup nie tylko w powieści kryminalnej. W wielkich dziełach element śmierci, zaburzenia balansu jest konieczny. Inaczej nie ma opowieści. Czasem jest to trup dosłowny, śmierć, przestępstwo. Może to być też trup emocjonalny, przestrzeń, w której coś umiera. I ten element mnie fascynuje, moment, który katalizuje akcję. To interesuje mnie najbardziej. Kiedyś byłam bardzo zainteresowana tymi przestępczymi klimatami, seryjnymi zbrodniami, różnymi metodami kryminalistycznymi. Kiedy zdobyłam już tyle wiedzy, która była mi potrzebna do pisania książek, zaczęłam do tego pochodzić „zen”. To już nie jara, nie wkręca. Nie można pisać, kiedy to człowieka nie kręci. I dlatego naturalnie przechodzę w przestrzeń, która i dla mnie jest tajemnicza, bo nie wiem dokąd idę. Wiem na pewno, że kiedy skończę serial Sashy, to mam mega historię. I nie będzie tam profilera. Ale będą trupy.

Jak w każdym dobrym kryminale. Kiedy podpisywała pani książki znajoma powiedziała, że nie tak sobie panią wyobrażała. Pisarz wciąż kojarzy się z osobą siedzącą wśród stosu książek, jakby odosobnioną, jakby nie z tego świata. A mnie w tym momencie przyszła do głowy taka refleksja, proszę się nie obrazić za to porównanie, że autorem, który dba o swój wizerunek od początku do końca, tworząc spójną i nowoczesną całość, jest Szczepan Twardoch. Zmierzam do tego, że jest pani kobiecą wersją Twardocha.

- Może Szczepan jest moją wersją.

Ma pani rację, źle skonstruowałem to pytanie…

- To mi się bardziej podoba. Ale to dla mnie komplement.

No właśnie. Daje pani czytelnikowi nie tylko swoje książki, czyli dopracowany produkt z najwyższej półki, ale i wszystko co się z tą książką wiąże. Więc kiedy podczas spotkania mówi pani, że jest leniwa, że się pani nie chce, bardzo trudno w to uwierzyć.

- A mnie się wydaje, że pisarz musi taki być. Czasy się zmieniły. Kiedy żył Sienkiewicz nie było Facebooka, Instagrama, nie było telewizji. Czytelnicy mieli zupełnie inną percepcję. Wszystko było wolniej. Zapis tekstu był inny, bo inaczej wyglądało życie. Dzisiaj, kiedy w Polsce dziennie wychodzi sto, dwieście książek, jeżeli autor nie zawalczy o swoje, życzę powodzenia. Przeszłam proces, musiała dojrzeć do tego, że jestem pisarką. Kiedyś siedziałam w kącie, nie nosiłam sukienek, tylko szare swetry. Musiałam znaleźć w sobie siłę, żeby powiedzieć: tak, mam coś do powiedzenia, chcę wam coś opowiedzieć. Chcę, żebyście spędzili z moją książką jakiś czas, żebyście mnie słuchali. To jest najbardziej ekshibicjonistyczny zawód, jaki istnieje. I narcystyczny. Autor zawłaszcza cudzą uwagę. Mówi: słuchaj mnie, opowiem ci historię. Czy to nie jest w jakimś stopniu bałwochwalstwo? Pewnego rodzaju bezczelność? Jest. A potem przychodzi na spotkanie autorskie, jeszcze ubrany byle jak. Uważam, że to co robię, i jak to robię, to oznaka szacunku dla czytelnika. I nie chodzi mi o popularność, bo książka mówi za siebie. Przecież ci ludzie przychodzą na spotkanie nie dla mnie, przychodzą dla książki. A moim psim obowiązkiem jest odpowiedzieć na pytania, podpisać książki. Jestem im to winna. Też jestem czytelnikiem i wiem, czego potrzebuję od moich ukochanych autorów. Dla mnie bardzo ważne jest, kiedy ten autor jest w Polsce i mam okazję się z nim spotkać. Dla mnie to jest bardzo cenne. Przeczytałam jego książkę, a pomiędzy wierszami ten autor do mnie mrugał. Chcę wiedzieć jaki on jest, chcę go posłuchać, zobaczyć, czasem dotknąć. Jeżeli książka porusza to jest to zupełnie naturalne.

Przyjechała pani do Radomska, gdzie mamy legendę Warszyca, Stanisława Sojczyńskiego, twórcę Konspiracyjnego Wojska Polskiego, czyli jednego z „żołnierzy wyklętych”. Nie mogę nie zapytać o to, o czym mówi pani w wielu rozmowach, czyli o pani historię rodzinną, śmierć pani babci i „Burego”, czyli tego wszystkiego, co legło u podstaw „Okularnika”.

- Powiem panu szczerze, otwarcie. Jestem patriotką i bardzo szanuję wszystkich żołnierzy wyklętych. Tę historię musiałam opowiedzieć, ponieważ znalazłam takie dokumenty. A wpływa ona bezpośrednio na życie współczesnych. Nie mogłam jej zakłamać. Dla mnie to też było bolesne, ale starałam się opisać to w taki sposób, żeby nie przeważyć szali w żadną ze stron. To, co może obarczać „Burego” winą ,powstało na podstawie dokumentów, do których dostęp ma każdy. Moim celem nie było szkalowanie pamięci żołnierzy wyklętych. Pamiętajmy, że dla nich wojna się nie skończyła. Zapanowała komuna, z którą walczyli i to jest honorowe. W książce starałam się pokazać klincz, w którym znajdował się „Bury”. Przecież Białorusini zabili mu brata. Trudno nam dzisiaj, w czasach pokoju, oceniać jego decyzje. To jest bardzo skomplikowany temat i jeśli ktokolwiek bierze moją książkę jak argument, to ja odsyłam do dokumentów. Trudno dzisiaj oceniać działania „Burego” i jego oddziału, to, w jakiej byli sytuacji. I mówię to ja, osoba, której babcia zginęła w pogromie, której matka wychowywała się bez matki. Ta spuścizna we mnie jest. Nie pisałam „Okularnika” po to, żeby kogokolwiek sądzić. Chciałam pokazać, że ta tajemnica, nawet dzisiaj, dzieli ludzi, wpływa na nasze życie. Byłam zbulwersowana przestrzenią zakłamania, w której dopiero czwarte pokolenie zaczyna walczyć o prawdę. Moje książki czytają też młodzi ludzie, przed maturą. I są to osoby należące do ONR-u, noszą koszulki z orłem, są mocno zaangażowani. Przychodzą na spotkania autorskie. Na początku przychodziły bojówki, żeby mi nastukać i tylko dlatego się ratowałam, że miałam szpileczki i kwiecistą sukieneczkę. Pewnie tylko dlatego nie dostałam wtedy w mordę. Ale oni nie czytali książki. Natomiast później, kiedy książka była coraz dłużej na rynku, zaczęli do mnie pisać, przychodzili na spotkania rozmawiać. I zawsze zaczyna się tak samo: przeczytałem pani książkę, ponieważ wszyscy mi odradzali. Dla nich, po „Okularniku”, Romuald Rajs to już nie tylko postać ze spiżu, pomnik, ale człowiek.

Rozmawiał Janusz Kucharski

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/04/2026 10:36
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości