Stracili prawo jazdy, bo wsiedli za kierownicę, mimo że wcześniej pili alkohol. Dzisiaj już by tego nie zrobili. Żałują, bo ten jeden raz przewrócił ich życie do góry nogami. A jednak kiedy widzą pijanego kierowcę za kierownicą nie robią nic. Choć sami zarzekają się, że drugi raz nie popełnią tego samego błędu
Czym żyliśmy dekadę temu? Zajrzeliśmy do Gazety Radomszczańskiej z 2016 roku
Mówi się o tym już w szkole, umieszcza się ostrzeżenia na butelkach oraz na bilbordach przy dużych skrzyżowaniach. Wielu potępia i nie akceptuje. Zawsze jednak znajdzie się ktoś, kto na swój sposób świadomie wsiądzie za kierownicę po wypiciu alkoholu. Nie ma społecznego przyzwolenia na takie zachowania, ale jednak coś skłania ludzi do tego, aby po kilku głębszych prowadzili auto. Co ciekawe, zdarza się to nie tylko uzależnionym, ale także osobom, które piją alkohol w umiarkowanych ilościach oraz – teoretycznie – mają to pod kontrolą. Kim są osoby, które utraciły prawo jazdy, bo ten „jeden raz” postanowiły zaryzykować? Czy uświadomili sobie swój błąd, czy ukrywali się przed znajomymi? A może wciąż im się to zdarza?
Mieszkaniec Radomska w średnim wieku, dobrze znany mieszkańcom ulicy przy której mieszka. Kiedyś był kierowcą ciągnika siodłowego z naczepą. Jeździł po Polsce, chociaż, jak mówi, zdarzały się też kursy za granicę. Zarabiał przyzwoicie, tyle, że stać go było na powiększenie domu, życie na solidnym poziomie. W pewnym momencie swojego życia stracił tę pracę. Został przyłapany na jeździe po alkoholu.
- Praca była ciężka. Jak człowiek tygodniami musi spać „za firanką”, to tęskni. Raz było nawet tak, że nie zdążyłem do kraju i Boże Narodzenie spędzałem z jakimiś Chorwatami w motelu pod Wiedniem. To normalne, że w wtedy się pije... - opowiada.
- ...i jeździ?! - dopytałem z niedowierzaniem.
- Nie, nie. Trzeba się pilnować. Znajdą się zawodowi kierowcy, którzy po alkoholu jadą z towarem, ale oni prawie od razu odpadają. Chodzi raczej o takie przerwy, zaplanowane postoje, kiedy można sobie pozwolić. Ja wpadłem inaczej – tłumaczy. I dodaje: - Mi to woda sodowa uderzyła do głowy. Jak się wróciło do Radomska z pełnym portfelem, to człowiek się bawił. A ja to już w ogóle, bo rodziny nie mam.
Pewnego razu pan Maciej w trakcie zaplanowanego odpoczynku w domu dostał telefon od pracodawcy. Usłyszał, że trzeba jechać ze zleceniem. Najpierw po towar na drugi koniec Polski, a potem z towarem znowu przez całą Polskę.
- Opłacało się. Wtedy nawet nie pomyślałem, że mogę mieć we krwi alkohol, czułem się dobrze. Za chwilę byłem w drodze. Już prawie dojeżdżałem do magazynu a tu kontrola. Badanie wykazało, że jestem w stanie nietrzeźwości, czyli w sumie najgorsze co może być, bo tego alkoholu we krwi było dużo. Potem sąd wydał wyrok – zawiasy, grzywna i zakaz prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych...
- Jak pan zareagował na taką karę? - pytam.
- Jak? Bardzo to odchorowałem. Ja od razu straciłem pracę. Miałem nawet problemy z szefem, bo chciał odszkodowania, żeby mu jeszcze oddawać za zaplanowane, ale stracone zlecenia. Ja przez prawie rok siedziałem w domu. Najpierw to w ogóle nie szukałem żadnego zajęcia, dopiero na wiosnę zaczęło pieniędzy brakować. Wtedy zacząłem się rozglądać – opowiada.
- Rodzina i sąsiedzi wiedzieli? - pytam.
- A pewnie, że tak! A czemu mieli nie wiedzieć? Tutaj w Radomsku to się nic nie ukryje. Jak przestałem jeździć, to od razu było wiadomo, że coś się stało. Zresztą od słowa do słowa i każdy tutaj już wie. Na początku trochę się wstydziłem, ale po co? Co mi to da?
Pan Maciej nie ukrywa tego, że teraz pije coraz częściej. Nie wrócił do swojego zawodu. Nie ma stałej pracy, utrzymuje się z tego, co dorywczo uda mu się zarobić. A piękny dom, który kiedyś rozbudował będąc kierowcą, zarasta i powoli popada w ruinę.
Kolejny rozmówca miał więcej szczęścia, a przede wszystkim determinacji do odzyskania prawa jazdy. Tutaj w grę wchodziło utrzymanie rodziny.
- Zostałem złapany celowo, to nie był przypadek. Mówi się, że trzeba uważać na to z kim się pije. To prawda, a jak się potem wsiada do samochodu, to tym bardziej – mówi. Pan Janusz mieszka w małej miejscowości pod Radomskiem.
- Był piątek. Wracając z pracy zajechałem pod sklep, żeby na zakończenie dnia napić się zimnego piwka. Wszyscy tam tak pijemy za sklepem, niektórzy mniej, inni więcej, miło się spędza czas. Wziąłem sobie jedno piwo. Jeszcze po wypiciu pogadałem trochę ze znajomymi i wsiadłem do samochodu. Do domu miałem blisko, mniej niż pół kilometra. A tu nagle zza budynku wychodzi policjant z lizakiem.
Pan Janusz stracił czasowo prawo jazdy na kategorię B.
- To, co ja przeżyłem w domu, to się w głowie nie mieści. Żona na początku bardzo panikowała, nawet w awanturze powiedziała, że chce się ze mną rozwieść. Mówiła mi, że mogłem kogoś zabić. To najbardziej mnie bolało, ale się z tym zgadzam teraz, bo kiedyś przecież mogło się to zdarzyć. Po alkoholu nie miałbym żadnego wytłumaczenia. Ja pracowałem w firmie, w której byłem kierowcą, a poza tym musiałem do tej pracy dojechać, do Radomska. Całe szczęście - szef okazał się nawet wyrozumiały. Na ten czas, gdy nie mogłem prowadzić auta, pracowałem tylko na magazynie, a kolega jeździł z dostawami po mieście i okolicy.
- A jak z dojazdami do pracy? - zapytałem.
- Autobusy odpadały, bo musiałbym rano jechać dużo wcześniej, potem iść na pieszo na drugi koniec miasta, a potem i tak trzeba by się zwalniać z pracy, żeby zdążyć na powrotny. Kupiłem sobie skuter, bo akurat tym mogłem jeździć. I codziennie, nawet w deszcz i mróz dojeżdżałem tak do pracy. Było naprawdę ciężko. Dobrze, że zdarzyło mi się to parę lat temu, a nie teraz, bo przez nowe przepisy nawet skuterem nie mógłbym jeździć.
Pan Janusz starał się ukrywać ten wstydliwy fakt przed znajomymi, ale udawało się niezbyt długo. W pracy musieli dowiedzieć się wszyscy, bo zakład został na jakiś czas przeorganizowany tak, żeby pan Janusz mógł pracować na magazynie, a kierowcą był w tym czasie ktoś inny.
- Akurat mam to szczęście, że znam się z moim szefem od małego, razem się wychowywaliśmy. Wiadomo, na początku miał żal, ale ja u niego pracuję od początku, więc się dogadaliśmy. Teraz już wszystko wróciło do normy, ja znowu jeżdżę. Żona też już mi nie wypomina, dzieci to chyba nawet nie wiedzą, co dokładnie się stało. Jakoś życie toczy się dalej.
Problem spotkał też mieszkającego w Radomsku Bartosza, znacznie młodszego od pana Janusza i Macieja. Jak mówi, w ogóle nie zdawał sobie sprawy, że coś takiego może się wydarzyć, że może go spotkać kontrola, bo wcześniej nie słyszał, aby komuś z jego znajomych coś takiego się przytrafiło. Może górę wzięła młodość, nieświadomość?
- To było kilka lat temu. Prawo jazdy straciłem w Dzień Kobiet. Najpierw napiłem się z kolegami, potem miałem jechać do swojej dziewczyny, parę kilometrów za Radomsko. Nie wypiłem dużo, ja w ogóle nie piję jakichś wielkich ilości, ale wtedy przekroczyłem normę. Akurat trafiłem na kontrolę policji. Co za pech! Te okoliczności bardzo mnie zaskoczyły, byłem w szoku. I tak musiałem pożegnać się z prawem jazdy. Potem, gdy nie miałem tego dokumentu, czułem się jak bez ręki – opowiada.
Kłopotliwe dla niego było przede wszystkim to, że musiał prosić innych osób o podwiezienie. O wszystkim wiedziała cała rodzina, a z czasem coraz szerszy krąg osób, bo Bartosz polegał na ich dobrej woli.
- Dzwonienie do rodziny czy znajomych, żeby mnie gdzieś podrzucili czy odebrali to była dla mnie katastrofa. Bardzo to przeżywałem... Jakoś trzeba było sobie wtedy radzić. Wcześniej nie spotykałem się z takim upokorzeniem, bo miałem prawo jazdy i mogłem sam jeździć autem – mówi.
Co może czuć człowiek, dla którego jazda samochodem to był sposób na życie? Jak sobie z tym radzi? Dopytuję pana Macieja o plany związane z prowadzeniem samochodu, odzyskaniem prawa jazdy.
- Ja straciłem wszystko. Nie mam nic. Ani pracy, ani pieniędzy. Żałuję i to bardzo, bo mogłem się ustawić, teraz byłbym kimś, miałbym pieniądze, może inaczej by się to potoczyło. O prawo jazdy się nie staram, ja już się w tym zawodzie nie widzę. Odpuszczam.
Morały z jego historii są dwa. Pan Maciej sam mówi, nie wsiądzie już do samochodu. Nie jest to chyba tylko wynik tego, że ma wyrzuty sumienia, ale również faktu, że nie ma dokumentu uprawniającego do jazdy. I nie kwapi się, żeby go zdobyć. I druga sprawa – to przykład historii człowieka, któremu utrata prawa jazdy odwróciła życie do góry nogami.
W lepszej sytuacji jest pan Janusz.
- Teraz już inaczej do tego podchodzę. Nie zdarza mi się pić, a potem prowadzić. Wiem, że wśród osób, które mnie znają jest ktoś, kto wtedy wezwał policję. Ktoś po prostu doniósł. Ja sam chyba nie zwróciłbym nikomu uwagi, że jedzie po alkoholu, bo każdy ma swój rozum. No chyba, że już całkowicie by się zataczał, a miałby jechać z dziećmi czy rodziną, to wtedy bym nawet zatrzymał taką osobę. Jak widzę, że pod sklepem ktoś pije, a potem wsiada do samochodu, to nie jest to moja sprawa – mówi. Wspomina też o wyrzutach sumienia – Ja dopiero potem zdałem sobie sprawę, że jak by mnie nie złapali, to bym sobie pozwalał na coraz więcej. Kto wie jak by się to skończyło, może bym miał jakiegoś człowiek na sumieniu, kryminał może jakiś… A może i dobrze się stało.
Dla Bartosza to nauczka na całe życie. Mówi to z dużym przekonaniem.
- Patrząc przez pryzmat czasu na moje zachowanie, to jest mi naprawdę wstyd. Za każdym razem, gdy widzę, że ktoś chce zrobić podobnie jak ja wtedy, to nie reaguję. Może powinienem coś zrobić? Sam nie wiem. Z drugiej strony - nie widzę aż tak wielu tego typu sytuacji, ale to się naprawdę zdarza ludziom. Przecież nie tylko ja jeździłem po alkoholu. Mnie to nauczyło bardzo dużo. Jak patrzę na ten dokument, to wiem, że jest on dla mnie warty bardzo wiele. Jak już odzyskałem prawo jazdy, to sobie cały dzień oglądałem, nie mogłem się nacieszyć… To była bardzo bolesna, ale też dobra lekcja dla mnie. Wyciągnąłem wnioski. Teraz na pierwszym miejscu jest bezpieczeństwo. Nie zrobię tego więcej – mówi.
Bartosz samochodu używa głównie, żeby dostać się do pracy. W swojej opowieści mówi też, że dopiero teraz zdał sobie sprawę jak to mogło się skończyć.
- Jak już doszedłem do siebie to zacząłem się zastanawiać… Dobrze, że wtedy nikogo nie zabiłem. Nawet jak by się stało coś mało poważnego, jakaś stłuczka, to byłaby tylko moja wina. Ja wtedy nie byłem jakoś bardzo pijany, ale w razie wypadku, to wszystko byłoby na mnie. Nauczka się przyda – mówi i zaczyna się lekko uśmiechać…
W maju zeszłego roku w życie wszedł nowy kodeks drogowy. Wśród zmian są surowsze niż wcześniej przepisy dotyczące sankcji dla osób prowadzących pojazdy pod wpływem alkoholu. Osoba, u której zawartość alkoholu we krwi przekracza pół promila odpowiada za przestępstwo. Sankcją może być pozbawienie wolności do dwóch lat, ograniczenie wolności lub grzywna i przede wszystkim zakaz prowadzenia pojazdów od trzech do piętnastu lat. Takie skazanie wiąże się też z figurowaniem w Krajowym Rejestrze Karnym. Nieco lżejsze kary są za kierowanie pojazdem przy zawartości alkoholu między 0,2 a 0,5 promila. Za takie wykroczenie też można stracić prawo jazdy – na okres od sześciu miesięcy do trzech lat. Po policyjnych statystykach można wnioskować, że mimo tego nadal znajdują się śmiałkowie, którzy zaryzykują. Tacy kierowcy są też niestety wśród radomszczan i mieszkańców powiatu.
Na potrzeby artykułu imiona bohaterów zostały zmienione.
Paweł Dudek, gazeta@radomszczanska.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze