Szósta awaria w tym roku. Trzy wymiany routera. Redakcja bez internetu jak bez ręki, radio też, ale nasz operator w pełnym zachwycie. Od czwartku nie może zlokalizować własnej ekipy, którą wysłał do nas do naprawy, ale z pełnym samozachwytem przysyła kolejne reklamy. Ostatnio o świętach pełnych niespodzianek. Rany, jak tak mają wyglądać święta, to już chcemy, żeby był nowy rok!
Ubiegły czwartek. Znów się wyłączył. Na routerze miga na zielono, ale sygnału nie ma. Wyciągamy nasze awaryjne pudełka, coś tam łączymy, jakoś daje radę. Ale w piątek nawet z awaryjnymi jest problem. Radio nie chodzi, na ekranach komputerów komunikat „nie można wykryć połączenia”. I złota rada: sprawdź, czy router jest włączony i kabelki także.
Para idzie nam uszami, bo to kolejny raz.
To kolejna w tym roku awaria. Czarne pudełko, nazywane przez znawców modemem, a przez nas plastikowym g…, które się do niczego nie nadaje, było wymieniane chyba trzy razy. Bo nagle przestawało działać jak należy. Za każdym razem można było wyczuć delikatną woń spalenizny, jakby w środku coś się spaliło, stopiło, zgrzało… Nieważne. Ważne, że w Gazecie bez Internetu pracować się nie da.
Kontrolki na czarnym g…, to znaczy modemie, przestały świecić w ostatni czwartek. To znaczy świecą się dwie, ta od zasilania, która mówi, przecież prąd dochodzi. I ta od WIFI, które teraz jest bezużyteczne. Myślimy sobie: damy im szansę, w końcu ostatnio mieli dużą awarię w całym kraju, nawet szybko się uwinęli.
Wybieramy numer awaryjny. Najpierw „rozmowa” z automatem. Pyta po raz enty po co dzwonimy i o hasło abonenta, którego chyba nikt nie pamięta. Potem każe podać NIP i w końcu uznaje, że musi połączyć nas z konsultantem. Ten wcale nie pomaga, ale mówi, że wyśle ekipę.
Ekipa nie dociera.
Do piątku wieczorem nic się nie wydarzyło, myślimy sobie, że w poniedziałek wszystko będzie działać, potrafią naprawiać zdalnie. Robili to już. Ale jeszcze w piątek na koniec dnia telefon i pytanie: czy pod tym adresem ktoś będzie w sobotę? Nie będzie, redakcja nieczynna. To na kiedy umówić technika? Jak najszybciej, na poniedziałek o 8 rano. Nie da się, może być o 10. Trudno.
Poniedziałek, godz. 11. Technika jak nie było tak, nie ma. Dzwonimy. Przechodzimy tę samą procedurę i pytamy, gdzie on do cholery jest? I słyszymy, że ma być, ale między 10 a 12, tak jest w zleceniu wpisane. Że co? To już są jakieś żarty. Nerwy puszczają, wyśmiewamy reklamowe hasło, które słychać zanim uda się połączyć i to czarne g…, czyli modem. I łapiemy się na tym, że za każdym razem rozmawiamy z innym konsultantem i jego to zupełnie nie obchodzi. Ok, pozostaje czekać.
Patrzymy na zegarek, jest po 12. Dzwonimy. Nerwy jak postronki, a w słuchawce: technik wpisany jest między 14 a 16. No nie, trudno powstrzymać niecenzuralne słowa. Ale co możemy zrobić? Nic.
I jak myślicie? Do 16 też nikt nie przyszedł. We wtorek o 8 rano znów dzwonimy. I słyszymy, że nikt nie zrobił żadnej notatki, nie wiadomo, dlaczego technik nie przyszedł, był przecież umówiony.
Pytamy, co teraz? Teraz postaramy się wysłać kogoś jak najszybciej.
Tak, zgadliście, wciąż nikt się nie pojawił. Ewidentnie ekipa z Bangladeszu jedzie.
Byłoby łatwiej, gdyby można było podłączyć innego operatora. Ale nie można. Siedzimy w redakcji i zastanawiamy się, czy nie zmienić pomarańczowej kropki w naszym logo. Beznadziejnie nam się kojarzy.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ile tu błędów... Czy ktoś ten tekst przeczytał przed wstawieniem??
U nich to nagminne , cały czas coś się dzieje . Oczywiście nie z ich winy .
Ile tu błędów... Czy ktoś ten tekst przeczytał przed wstawieniem??
U nich to nagminne , cały czas coś się dzieje . Oczywiście nie z ich winy .