Reklama

Ewelina i Damian Johymowie: Ściana zmysłów. Bez pasji ani rusz

Pracowali po kilkanaście godzin dziennie. Żeby zdążyć na początek roku szkolnego. Żeby dzieci mogły z niej korzystać od razu. Małżeństwo Jochymów stworzyło chyba jedyną taką jak do tej pory ścianę w Polsce. Przedszkole Skrzat ma powód do dumy. Dzieciaki i ich rodzice są zachwyceni

 

Zwyczajne mieszkanie w bloku. Ładnie urządzone kilkadziesiąt metrów, na których żyją pani Ewelina i Damian Jochymowie oraz ich córki. W kuchni stół, przy którym cała rodzina spożywa posiłki. Teraz jednak stoi na nim maszyna do szycia. Trudno uwierzyć, że pierwsza w Polsce, a jak zaznaczają państwo Jochymowie, być może i na świecie, ściana sensoryczna powstawała właśnie tutaj. W ostatnie wakacje. Od lipca do początku września. Kilkanaście godzin ciężkiej pracy każdego dnia. A potem szeroko otwarte buzie dzieciaków w przedszkolu, kiedy zobaczyły ścianę. Bezcenne.

Reklama

Najpierw były książeczki

Jeśli ktoś nie miał z tym wcześniej do czynienia, może mieć niewielkie trudności ze zrozumieniem tematu. Bo przecież ściana to ściana. Można ją pomalować na różne kolory, można położyć tapetę, albo coś na niej nakleić. Ale ściana sensoryczna? Do czego to służy? Do czego to jest potrzebne?
Szukamy w słowniku języka polskiego PWN. Definicja jest bardzo krótka: sensoryczny, czyli doznawany za pomocą zmysłów. A tych mamy kilka: wzrok, słuch, węch, dotyk.

Pani Ewelina pochodzi spod Tarnowa, pan Damian jest radomszczaninem. Znają się od dziecka. Znali się ich rodzice. I wspólnie spędzali wakacje. Kiedy stali się parą, a potem pobrali, pojechali do Poznania. Pani Ewelina zaczęła pracować w przedszkolu, jej mąż w policji.

Reklama

Wszystko układało się świetnie, dopóki nie okazało się, że starsza córka jest alergikiem. - Zaczęło się - mówi pani Ewelina. - Ciągłe choroby. Jak nie jedna to druga. Bez pomocy rodziny było bardzo ciężko. Kiedy dwa lata temu w grudniu po raz trzeci z młodszą córką wylądowałam w szpitalu, powiedziałam: basta, przeprowadzamy się do Radomska.

Tu jest babcia i dziadek, którzy zawsze chętnie pomogą. I nawet smog daje się jakoś okiełznać.

Po latach pracy w przedszkolu pani Ewelina spędzała więcej czasu z młodszą córką w domu. Kiedyś uszyła dla „Młodej” książeczkę. Tak, uszyła. Półka pod telewizorem jest pełna gotowych już kolorowych, mięciutkich, zachęcających do przytulania książeczek, które przypominają poduszeczki. Aż żal, że nie jest się już dzieckiem. Te wkrótce trafią do klientów. Na całym świecie. Zanim jednak pani Ewelina założyła firmę, swoją pierwszą książeczką dla „Młodej” pochwaliła się na swoim blogu. I się zaczęło.

Reklama

- Następnego dnia okazało się, że jest ponad sto tysięcy wyświetleń tego wpisu, i kilkaset zapytań ile to kosztuje i kiedy taką książeczkę mogę mieć - opowiada pani Ewelina.

- I dlatego założyliśmy działalność… - śmieje się pan Damian.

Starsza córka miała wtedy 2 lata. Jej rodzice chcieli dać jej do rączek coś, co będzie pomagało w jej rozwoju. Książeczka okazała się świetnym pomysłem.

W tym momencie jedna z nich ląduje na kanapie, a pani Ewelina odwraca kolejne karty i pokazuje co dziecko może zrobić i czego się nauczyć. Widać wyraźnie, że ma wielką wyobraźnię. A możliwości, które daje książeczka jej autorstwa, mocno pobudza wyobraźnię malucha, który ma ją w rękach. Pory dnia, liczenie, co jedzą zwierzęta… Trudno wszystko wyliczyć. A wszystko wycięte i pozszywane z wielką starannością. Doskonała ręczna robota. Coś, czego nie dostaniecie w sklepie. Zwłaszcza, że każda książeczka jest spersonalizowana. Co to znaczy? Tyle, że Jaś dostanie książeczkę ze swoim imieniem. Podobnie Karolinka, Wojtuś, Ilonka i Jacuś. I każde inne dziecko, którego rodzice zdecydują się na zakup.

Reklama

Pojawiały się kolejne zamówienia, jedni zachwyceni książeczkami rodzice mówili o nich innym, pojawili się kolejni klienci. Dzisiaj państwo Jochymowie rozsyłają książeczki po całym świecie. Były paczki do Chin, do Paragwaju, na Malediwy. Paczki po całej Europie to już codzienność. Często na ten sam adres zamawiane są kolejne. Pierwsza dla dziecka, kolejna dla siostrzeńca, trzecia dla znajomych.

- A we mnie pojawiła się myśl, że może już czas zrobić kolejny krok - mówi pani Ewelina.

- Ściana sensoryczna w przedszkolu Skrzat to właściwie taka ogromna książeczka, której nie da się wziąć do ręki - opowiada. - Jeszcze w Poznaniu marzyłam, żeby ją stworzyć. Marzyłam, że uda się zdobyć dofinansowanie, bo to jednak wielkie wyzwanie, i ją zbudować. Okazało się, że trafiliśmy w próżnię. Programy są na różne rzeczy, ale nie na ścianę sensoryczną. Nikt wcześniej przed nami tego nie robił. Gdzie my nie byliśmy. Chyba wszędzie. I nic.

Reklama

- Są pieniądze, ale nie dla państwa, słyszeliśmy - mówi pan Damian. - Gdybyście chcieli otworzyć żłobek albo przedszkole, zatrudnić osobę niepełnosprawną, ok. Są na to setki tysięcy złotych.

- Nie byliśmy w stanie przebić się przez całą tę biurokrację. Niby się wydawało, że już, ale wtedy znów słyszeliśmy, że to nie nasz profil. W Radomsku nie dzieje się zbyt wiele dla dzieci. Chcieliśmy stworzyć takie miejsce, w którym byłby pokój ze ścianami sensorycznymi, gdzie dzieci poprzez zmysły, przede wszystkim poprzez dotyk, nabierałyby nowych umiejętności. Dziecko może manipulować, wyciągać, wkładać, przyklejać, dopasowywać, otwierać, włożyć element na paluszek, kombinować ile dusza zapragnie - wylicza pani Ewelina. - Może stworzyć własną historię, co ogromnie pobudza kreatywność dziecka. A o to przecież chodzi.

Reklama

Wracamy wzrokiem do kuchennego stołu. Tego, na którym stoi maszyna do szycia. Takie cuda powstają na kilku metrach kwadratowych. - Nie mam pracowni - śmieje się pani Ewelina i opowiada, że opowiedziała o książeczkach dyrektor przedszkola Skrzat, do którego chodzi starsza córka. - Spodobały się jej, zamówiła kilka, a potem zaczęłyśmy rozmawiać o moim wielkim marzeniu, ścianie. Ona porozmawiała z dziewczynami z przedszkola, z pedagogami, i któregoś dnia usłyszałam od niej: może zrobiłybyśmy jakąś planszę? Jakiś mały projekt?

- Pani dyrektor stara się stworzyć dzieciom w przedszkolu możliwości jak najlepszego rozwoju - zaznacza pan Damian. - Mieliśmy do czynienia z różnymi przedszkolami w Polsce, i możemy powiedzieć, że to nie jest typowa przechowalnia. Dyrektorka i nauczycielki to mistrzostwo świata - pan Damian dodaje, że to prywatne przedszkole, droższe od publicznego. Za to w tej cenie dostaje się to, za co w publicznym trzeba dopłacać. Ich pięcioletnia córka mówi już w trzech językach.

Reklama

I właśnie w języku polskim, angielskim i francuskim miała być ta niewielka plansza. - Taka była pierwsza koncepcja. A potem zaczęłyśmy szukać miejsca na tę planszę. Chodzimy po tym przedszkolu, chodzimy i w pewnym momencie stanęłam przed tą ogromną ścianą i mówię, wie pani co? I zaczęłam swój monolog, a jeśli ja zaczynam kombinować, to trudno mi skończyć - śmieje się pani Ewelina. - Pani dyrektor, po co mamy robić kawałeczek ścianki, kiedy możemy stworzyć całą ścianę? Tu wyobrażam sobie farmę. Tu warzywnik, tu jeziorko ze zwierzątkami wodnymi, tu mamy piękne drzewo… Możemy stworzyć cztery pory roku. Owoce na jesień i lato, śnieżynki, dom, zwierzęta… Zaczęłam pokazywać gdzie się znajdzie to, a co będzie tutaj… Pani dyrektor stoi i po prostu ją zamurowało, bo ona to w tym momencie zobaczyła! Dziewczyny też to zobaczyły! I wszystkie mówią: to jest to!

Reklama

Zrobimy to!

Kilka dni później pani Ewelina odebrała telefon od pani dyrektor: przyjeżdżaj. Zrobimy to!

Potrzebne były pieniądze. Niemałe. Choć państwo Jochymowie mówią, że to tylko koszt materiałów, bo swojej pracy nie chcą wyceniać.

Ważne, że wreszcie się zaczęło. Marzenie pani Eweliny zaczęło nabierać realnych kształtów. Na początek w postaci projektów, które zajmowały prawie całą podłogę w mieszkaniu. - Musiałam siedzieć, wymyślać, robić notatki, do tego lektorki wypisywały co one chciałyby mieć na tej tablicy, a ja to uwzględniałam. Ten etap to około półtora tygodnia.

Reklama

Potem zamówienia filcu i innych potrzebnych materiałów. Co dalej? Szablony, mnóstwo szablonów. Przenoszenie wzorów na materiał, wycinanie i zszywanie, i zszywanie, i zszywanie…

- Szycie to była masakra - nie kryje pani Ewelina. - Mąż nie mógł mi pomóc, bo pracuje, teściowa zajmowała się młodszą córką. Druga była w przedszkolu. A ja nie byłam w stanie sama ogarnąć tak dużych elementów. Poprosiłam jedną panią, też takiego wariata pozytywnie zakręconego na punkcie rękodzieła, która ma mnóstwo pomysłów. Ona przez trzy tygodnie po kilkanaście godzin pracowała ze mną. We dwie byłyśmy w stanie przyszyć dwumetrowe drzewo. Sama nie dałabym rady.

Reklama

Montaż trwał 29 godzin. Najpierw wszystko co można było zeszyć zostało zeszyte. Potem pożyczonym samochodem pojechało w miejsce, gdzie można było ścianę z elementów złożyć w całość. W domu nie byłoby to możliwe. Potem znów w samochód i do przedszkola. A tam kolejne godziny, zanim ściana sensoryczna zawisła na tej tradycyjnej. - I dopiero wtedy przekonaliśmy się czy wszystko do siebie pasuje i jak to wygląda, bo do ostatniego momentu niczego nie mogliśmy być pewni - mówi pan Damian, który wziął na siebie tę bardziej męską, wymagającą siły, część realizacji marzenia. - Pasowało idealnie.

- Zanim ściana została zamontowana, byłam przerażona - nie kryje pani Ewelina. - Czy to wszystko będzie do siebie pasować? Czy będzie dobrze wyglądać? Czy nic nie odpadnie, nie urwie się? Mnóstwo pytań, zero odpowiedzi, bardzo stresująca sytuacja.

Państwo Jochymowie mówią, że bardzo ważne dla wszystkich zaangażowanych w ten projekt było to, żeby ściana była gotowa na początek września. A że zaczęło się na początku lipca, nie było zbyt wiele czasu. I stąd kilkanaście godzin dziennie spędzonych przy maszynie stało się normą. - Żeby się spiąć. Dzieci przychodziły w poniedziałek, a ścianę montowaliśmy w sobotę - pani Ewelina nie kryje satysfakcji. - Kiedy w poniedziałek rano przyjechałam do przedszkola, widziałam, że dzieciaki były w szoku. Pozytywnym. Bardzo się im spodobało.

W tej chwili nauczycielki w przedszkolu prowadzą zajęcia z liczenia czy języków obcych, a dzieci uwielbiają zdejmować, przekładać, przyklejać. Bawić się i uczyć.

Pani Ewelina dodaje, że bardzo ważne jest to, że na ścianie jest po ok. 90 słów w trzech językach. To bardzo pomaga. I widać efekty takiej pracy. - Na tej ścianie dzieci tworzą swoje historie. Niepowtarzalne. I mogą ich tworzyć nieskończenie wiele - mówi pan Damian. A pani Ewelina dodaje, że nie tylko dzieci są ścianą oczarowane. - Od rodziców mamy same pozytywne opinie. To nas bardzo cieszy.

Ściana robi się coraz sławniejsza. Do jej twórców zgłaszają się osoby, które chciałyby mieć coś takiego u siebie. Ta, która jest w Skrzacie, kosztowała kilka tysięcy zł. Bliżej 10 tysięcy. Do tego trzeba doliczyć robociznę, a hand-made tani nie jest. Jeśli ktoś zdobędzie środki, państwo Jochymowie są gotowi.

Na początek malutka ścianka powstanie w jednym z radomszczańskich gabinetów logopedycznych.

I jeszcze jedna uwaga. Pani Ewelina wszystkiego nauczyła się sama. Szydełkować z kanału na YouTube. Szyć, bo kupiła w supermarkecie maszynę w dobrej cenie. - Mam już kolejną, bo tamtą wykończyłam. Zaczęła się psuć co trzy dni. Ale gdyby była potrzebna, to jeszcze można z niej skorzystać - kiedy wychodzę, pani Ewelina wraca do swojej pasji. Siada do maszyny. Musi dzisiaj jeszcze skończyć zamówione książeczki. - Ile byśmy nie zrobili, wszystkie się sprzedadzą.
 

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 02/04/2024 09:23
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości