Morsowanie i liczba wejść. Przeczytane książki. Przepedałowane kilometry. Tatrzańskie szczyty. Odbyte podróże. Liczba przemierzonych na kijkach kilometrów. Litry wypitego wina, ugotowanych obiadów, wyprasowanych ciuchów, kupionych butów… Nie, podsumowanie roku to strata czasu.
Danuta Andrysiak, ad@radomszczanska.pl
1 stycznia, Nowy Rok. Dzień widmo. Wszyscy w domu snują się ociężali, jakby w marazmie, zahipnotyzowani. Zauważyłam, że tak jest u nas w rodzinie od paru lat. Śpimy do późna, przesypiamy śniadanie, wstajemy przed obiadem, którego nie ma, bo wszyscy spali, krzątamy się w piżamach. Nawet mój tata, żeby mieć spokój tego dnia, idzie do kościoła w Sylwestra. Żeby na Nowy Rok mieć spokój.
To najbardziej bezproduktywny dzień w roku. Oglądam TV, choć wiem, że tam tego dnia tylko podsumowania roku. Przez salon......
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną prenumeratą cyfrową. Skorzystaj z subskrypcji
Pozostało 85% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze