Reklama

Bracia Ukraińcy, jesteśmy z Wami. "Ukraińcy powoli wracają"

Na Ukrainie trwa wojna, wojska rosyjskie ostrzeliwują ukraińskie miasta, a rosyjskie samoloty latały już nad Kijowem, stolicą tego kraju. Ukraińcy próbują wyjechać, uciekają na zachód. Wiemy o Ukraińcach mieszkających od kilku lat w Radomsku, którzy pojechali do rodzin na zimowe ferie. Próbują dzisiaj wrócić do naszego miasta. Przypominamy teksty publikowane w Gazecie Radomszczańskiej, które dotyczą ich społeczności. Ten artykuł opublikowaliśmy numerze 23 z czerwca 2020 roku.

Kiedy zaczęła się pandemia, wyjechali. Jedni, bo musieli, inni, bo ten czas woleli przeczekać z rodzinami. Niektórzy potem żałowali, bo na powrót do pracy w Radomsku musieli czekać do otwarcia granic. A kolejne tygodnie na Ukrainie to dla nich konkretne straty. - Nie ma co ukrywać, przecież nie przyjeżdżamy tu dlatego, że u nas jest dobrze, tylko dlatego, że trzeba z czegoś żyć - mówią Ukraińcy mieszkający w Radomsku

Janusz Kucharski, jk@radomszczanska.pl

Trudno ich policzyć, wiadomo jednak, że w mieście jest ich być może ok. 3000. Nie ma ich w statystykach Powiatowego Urzędu Pracy, bo najczęściej pracę dostają przez agencję. 
Gdy rozpoczęła się pandemia, największe zakłady w radomszczańskiej strefie inwestycyjnej decydowały: naszych etatowych nie zwalniamy, nie przedłużamy współpracy z tą czy inną agencją pośrednictwa pracy, która ma „ręce do wynajęcia”. W pierwszej kolejności padało na Ukraińców.
Te ręce spakowały walizki, a ich właściciele wsiedli do autokarów, pociągów i samochodów. Pojechali do swoich domów, żeby przeczekać. Teraz powoli wracają.

Reklama

Nie wszyscy

Nie wszyscy wyjechali. Niektórzy są w mieście na tyle długo, że czują się już radomszczanami i podkreślają to od razu, na początku rozmowy. Im nie przeszło przez myśl, żeby wyjeżdżać.

l Aleksander przyjechał w 2017 roku. Ma 36 lat. Z wykształcenia jest kucharzem. l I jako kucharz dostał pracę w Radomsku. 
l Wysłał CV, bo znalazł ogłoszenie w internecie. 
l To jego pierwsza praca w Polsce. 

Radomsko przypadło mu do gustu.
- Pochodzę z bardzo dużego miasta. Spodobało mi się tutaj, ten spokój. Szybko się przestawiłem - dodaje, że ma nadzieję, że wkrótce będzie miał prawo stałego pobytu.
Olek mówi, że jego znajomi, którzy mieszkają w innych polskich miastach, jeśli tylko mogli pracować, nie wyjeżdżali. 
- Pewnie, że wiem, jak to wygląda na Ukrainie. I jest mniej więcej tak samo, jak w Polsce. Maseczki, dystans i te wszystkie zasady. Mama idąc do sklepu zakłada maseczkę, rękawiczki, jak wszędzie. Żeby było bezpiecznie. Dokładnie tak jak tu. Zresztą ja się nie boję. Wszyscy musimy przez to przejść - mówi i dodaje, że on patrzy teraz na swoje życie z innej perspektywy niż trzy lata wcześniej. 

Reklama

- Kiedy tu przyjechałem myślałem, że jestem tu tylko dla zarobku. Dzisiaj mogę o sobie powiedzieć, że jestem radomszczańskim patriotą. No to jak miałbym wyjeżdżać? - śmieje się Olek. - Jestem tu już u siebie. Mam tu wielu znajomych i prawie na pewno ułożę swoje życie w tym mieście.

Siergiej jest w mieście od roku. Z żoną i córką. Pracuje na strefie. Na jednej zmianie pracuje z nim jeszcze trzech Ukraińców. On też jest zadowolony z pracy i życia w Radomsku.
W zakładzie nic się nie zmieniło. Jeśli nie liczyć, że teraz trzeba najpierw zdezynfekować ręce, założyć rękawiczki i maseczki. Przecież nie tylko u nich. No i jeszcze te odległości, które trzeba utrzymywać. 
- Pewnie, że na początku były obawy, może nawet strach, bo nikt nie wiedział, jak będzie. Ilu będzie zarażonych, jak się to przechodzi. Jednak ważne też było, że mamy pracę. I że mamy w zakładzie ten spirytus i maseczki. Bo na Ukrainie tych rzeczy brakuje. Siostra mi opowiadała. Jedna maseczka w aptece na polskie pieniądze 20 zł. A 20 zł tutaj i tam to zupełnie inne pieniądze.
W przypadku Siergieja powód był jeszcze jeden: on i koledzy nie mogli sobie pozwolić na wyjazd. Nawet na krótko. Starają się o karty stałego pobytu. Nie chcieli przerywać procedury. Zresztą, jak się ma przy sobie rodzinę, jest o wiele łatwiej. - Nie znam ani jednej osoby chorej na koronawirusa. Ani w Radomsku, ani w Polsce, ani na Ukrainie. Można się zastanawiać, gdzie on w ogóle jest? 
Szkoła zamknięta, córka w domu. - Na podwórko nie chodzi. A i my też raczej się ograniczamy. Do pracy, do sklepu i wystarczy. Dajemy radę - kończy rozmowę.

Reklama

Tu jest stabilnie

Kateryna z mężem i córką są w Radomsku od 2012 roku. 2011 spędzili w Inowrocławiu. Potem jej mąż dostał pracę w naszym mieście, przeprowadzili się, spodobało im się tutaj, i wrośli, jak mówi, w to miejsce. Jest tłumaczem przysięgłym.
- Świeżo upieczonym - śmieje się. - Dopiero miałam zaprzysiężenie.
Z tym zawodem wiąże swoją przyszłość. Wcześniej uczyła angielskiego w jednej z prywatnych szkół językowych w Radomsku. 
- Kiedy już było wiadomo, że koronawirus jest w Polsce, chyba nawet przez chwilę nie przeszło mi przez głowę, że trzeba wracać na Ukrainę. Bo wszystko jest tu stabilne. Praca, nasze dziecko urodziło się tutaj. Tu jest nasze miejsce.
Siedzieć w domu, unikać kontaktu, zakładać maseczki, myć ręce. Zasady tutaj i tam są praktycznie takie same.
- I jeszcze jedno jest takie samo, jedni maseczki noszą, inni nie, jedni mają na ustach i nosie, inni na brodzie - śmieje się. - Poza tym różnice polegają na tym, że tu, w Radomsku, jest nam o wiele łatwiej, niż na Ukrainie. Pod względem zarobków i cen. Tutaj można normalnie żyć. Na Ukrainie jest bardzo ciężko, przy tak niskich zarobkach i tak wysokich cenach. Tutaj możemy sobie pozwolić na to, żeby odłożyć jakieś pieniądze, tam nie ma o tym mowy.
Kateryna jest filologiem, studiowała literaturę polską i amerykańską. Na Ukrainie przez rok pracowała w państwowej szkole.
- Tamte wypłaty były… - szuka odpowiednich słów -  ...kiedy otrzymałam pierwszą zastanawiałam się, czy kupić jeden but, czy zaryzykować i kupić dwa? Naprawdę. Ciężko. 
Kiedy rozmawia z rodziną na Ukrainie słyszy, że wielu jej przyjaciół z rodzinnego miasta, którzy też szukali szczęścia w Polsce, wróciło w czasie pandemii do domów. 
- Wystraszyli się. Zwykła ludzka reakcja. Nie wiedzieli co się wydarzy, a w domu, wiadomo, bezpieczniej. Wielu bardzo szybko stwierdziło, że to błąd. Niby jest koronawirus, ale ludzie nie przestrzegają przepisów, które wprowadziło państwo, więc jakie to bezpieczeństwo? Pracy tam nie ma, żyć z czegoś trzeba, chcieliby jak najszybciej wrócić do Polski. Tyle, że granica zamknięta.
Część obostrzeń już zniesiono. 
- Ostatnio dzwonili nasi znajomi, że już tu są, wrócili do pracy i bardzo się z tego cieszą. Bo tam nie mieliby co robić.

Reklama

O decyzjach polskich władz związanych z walką z pandemią nie chce mówić. Jej zdaniem część to polityka, a tak być nie powinno. 

- Myślę, że warto ograniczyć wyjścia z domu, unikać spotkań, dla naszego wspólnego dobra. Chociaż sama już nie wiem… Bo najpierw takie zakazy, a teraz wszystko się otwiera. Trudno to zrozumieć. Jakaś niekonsekwencja.
Teraz jest dobrze, mówi Kateryna. Jednak pierwsze pięć lat to była walka. - Nie znaliśmy reguł i przepisów, wszystko było dla nas nowe. Muszę zaznaczyć, że nie wyjechałabym z Ukrainy, gdybym nie znała polskiego. Po prostu bym się nie zdecydowała. Po pięciu latach wszystko zaczęło się stabilizować. Mąż nie musi się martwić, czy za miesiąc będzie miał pracę. A to bardzo ważne. Mamy polskich przyjaciół, mamy się do kogo odezwać.
Nie pamięta, żeby ktoś w Radomsku odnosił się do niej niewłaściwie. - Może dlatego, że uczyłam angielskiego i ludzie mieli do mnie jakiś szacunek. Chociaż kilka lat temu pod Radomskiem jechaliśmy samochodem i zostaliśmy obrzuceni śnieżkami. Rzucali dlatego, że wiedzieli, że jesteśmy Ukraińcami. Myślę, że nie byli trzeźwi. Nic więcej złego się nie wydarzyło.

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości