Ośmioletni chłopiec był na obozie w Białym Brzegu tylko 24 godziny. Został zabrany przez matkę po tym, jak wychowawcy poinformowali matkę o dziwnym zachowaniu dziecka. Kilka godzin później ośmiolatek był już na oddziale ratunkowym skierniewickiego szpitala. Stamtąd trafił do Szpitala Matki Polki w Łodzi. Dwa dni temu zmarł. Prawdopodobnie na udar, prokuratura sprawdza, czy nie doszło do zaniedbań.
Chłopiec pojechał do Białego Brzegu wraz z 200-osobową grupą harcerzy i zuchów ze Skierniewic 15 lipca. Jak ustaliliśmy, wśród wychowawców turnusu było dwóch ratowników medycznych. W stanicy przebywało wtedy w sumie 400 osób.

Jeszcze przed wyjazdem matka poinformowała opiekunów, że chłopiec może próbować zwracać na siebie uwagę i że jego zachowania mogą być prowokacyjne. Już pierwszego dnia wychowawcy rozmawiali telefonicznie z matką chłopca, informując ją o jego „dziwnym zachowaniu”. Było kilka takich rozmów. Wychowawcy szybko podjęli decyzję, że ze względu na dobro chłopca i innych dzieci, matka powinna go zabrać.
Chłopiec przebywał na obozie w sumie 24 godziny.
Kilka godzin później trafił na oddział ratunkowy szpitala w Skierniewicach, stamtąd do Szpitala Matki Polki w Łodzi. Według naszych infromacji, chłopiec miał rozległy udar. To u tak małych dzieci bardzo rzadkie, ale się zdarza.
Dwa dni temu dziecko zmarło. Wczoraj przeprowadzono sekcję zwłok, dzisiaj odbył się pogrzeb.
Czy to „dziwne zachowanie” chłopca to był objaw choroby? Prokuratura w Łodzi rozpoczęła postępowanie wyjaśniające. Sprawę przekazano najpierw do Radomska, została przesłana do właściwej terytorialnie prokuratury we Włoszczowie.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze