Reklama

Wdowy: „Mężczyźni jakoś szybciej się wykruszają" [Radomsko sprzed dekady]

04/04/2026 10:06

Krótko po jego śmierci bała się, czy wytrzyma to wszystkiego psychicznie. Zdarzały się dni, że wracała z pracy do domu, kładła się pod kołdrę i leżała tak do rana. Czasem nie zdejmowała nawet z siebie ubrania. Dopiero rano prysznic i do pracy.

 

Czym żyliśmy dekadę temu? Zajrzeliśmy do Gazety Radomszczańskiej z 2016 roku

Pani Maria już dawno na emeryturze. Pani Monika wciąż pracuje. Żyją w różnych częściach miasta. Mają innych przyjaciół, innych znajomych. Inaczej spędzają wolny czas. Jest jednak coś co je łączy. I to bardzo mocno. Obie przeżyły śmierć swoich mężów. Każda w innym momencie życia. Rozmawiam z dwoma radomszczańskimi wdowami. Nie chcą zdradzać jak nazywają się naprawdę. Zgadzają się jednak opowiedzieć swoje historie.

Pani Maria: Jakby dostać obuchem w głowę

Jest radomszczanką z krwi i kości. Spędziła tu dzieciństwo i młodość. Tu też lata temu poznała swojego męża. Przeżyli razem prawie 40 lat. I nagle coś się skończyło. Bez uprzedzenia. Na ulicy, przy której mieszka, coraz więcej osób w podobnej sytuacji.

Reklama

- Widzi pani, mężczyźni jakoś szybciej się wykruszają. Zostajemy same - mówi Maria.

W zasadzie nie jest tak do końca sama. Ma dzieci, wnuki. Najbliżsi mieszkają jednak oddzielnie. W Radomsku, ale w innych dzielnicach. Są zawsze pod telefonem. Wie, że gdyby działo się coś złego, może zawsze na nich liczyć.

- Wpadają tak często, jak mogą, ale ja rozumiem, że mają swoje życie, pracę, obowiązki. Trudno wymagać, by cały czas byli ze mną - mówi.

Zdjęcie męża w domu stoi na honorowym miejscu. Patrzy na mnie starszy pan. Zmarł nagle.

Reklama

- To tak jakby dostać obuchem w głowę. Nie spodziewałam się. Teraz mogę tylko żałować, że nie byłam zbyt czujna. Nie zobaczyłam niepokojących sygnałów. On jednak nigdy nie narzekał. Nie chodził po lekarzach. I pewnego dnia po prostu się nie obudził - wspomina i łamie jej się głos.

Próbowała go budzić. Mówiła, żeby się nie wygłupiał, żeby wstawał. Nie godziła się z tym, że to już koniec. To ,co działo się później, wspomina jak przez mgłę. Lekarz, który stwierdza zgon. Zapłakana rodzina. Sąsiedzi. I formalności, które trzeba załatwić. Pomagały dzieci. Najgorszy moment to ten, kiedy trzeba było wybrać trumnę i zdecydować, w co ma być ubrany.

Reklama

- Poszliśmy z synem do zakładu pogrzebowego. Tam najpierw formalności, a później rozsunęła się kotara. Za nią kilka trumien. To było straszne. Wiedziałam jednak, że muszę. Chciałam, żeby trumna była najlepsza z możliwych. To ostatnie, co mogłam dla niego zrobić - opowiada.

Wcześniej jeszcze wybór garnituru. Wybrali ten najnowszy, najlepszy.

- Lubiłam, kiedy go zakładał. Było mu w nim do twarzy - wspomina pani Maria.

Zanim zabrali go z domu, był jeszcze czas na to, by się wspólnie przy nim pomodlić. Przyjechała najbliższa rodzina. Nie tylko dzieci, ale też rodzeństwo.

Reklama

- Odszedł tak nagle, że nawet nie zdążyliśmy wezwać księdza. Później sami modliliśmy się przy nim na różańcu. Tak jak potrafiliśmy. Każdy po swojemu - opowiada.

A później już go zabrali. Kilka dni na przygotowanie pogrzebu. I ten straszny widok, nekrolog na domu z jego zdjęciem. Do tej pory czytała tylko nekrologii sąsiadów, kogoś z dalszej rodziny. A teraz na furtce jego zdjęcie i przystający przy nim sąsiedzi. Pogrzeb ledwo pamięta. Widziała, że przyszło wielu ludzi, znajomi, przyjaciele. Zawsze był lubiany.

Reklama

- On żył tak, żeby nikomu nie zrobić niczego złego. Ludzie go szanowali. Dla wielu to był szok, kiedy odszedł, dlatego przyszli go pożegnać. Mówili, że widzieli go dzień wcześniej. Nie mogli uwierzyć, że już go nie ma - opowiada.

A później trzeba było uczyć się życia na nowo. W domu zrobiło się strasznie cicho i pusto. Najgorsze były wieczory. Dzieci starały się wypełniać jak najwięcej jej czasu. Szukały pretekstu, by wyciągnąć ją z domu.

- A ja tak naprawdę wychodzić nie chciałam. Jeżeli już, to na cmentarz. Tuż po śmierci byłam tam codziennie. Starałam się, żeby nigdy na grobie nie zgasło światło. Zmieniałam kwiaty. Chodziłam też dużo do kościoła. Znajomi, rodzina, przyjaciele wykupili dużo mszy za jego duszę. Czasem nawet odprawiane były dwa razy dziennie. To wypełniało mój czas - opowiada.

Reklama

W domu wciąż było wiele jego rzeczy. Ubrania. Buty. Wiele z nich oddała potrzebującym. Na pamiątkę zostawiła sobie to, co z nim kojarzyło się najbardziej, np. okulary. Dni mijały. Początkowo większość czasu wypełniał telewizor, później ogródek. Zajmowała się wnukami. Pustki, która została po jego odejściu nikt jednak nie potrafił wypełnić.

- Wie pani, ja nie wierzę w to powiedzenie, że „czas leczy rany”. To nie jest prawda. Pewnie, że jest inaczej niż w tych pierwszych dniach po śmierci, ale wciąż się pamięta - opowiada.

Reklama

Musiała zmierzyć się tez z codziennymi obowiązkami, które dawniej należały do niego. Najgorsza była zima. Dawniej to on odśnieżał podwórko. Teraz to spadło na nią. Trzeba było zadbać o opał do domu. Pojawił się też i inny aspekt samotnego życia. Nigdy nie zarabiali dużo. Oboje mieli niewielkie emerytury. Kiedy byli we dwoje, łatwiej godziło się koniec z końcem. Teraz musiała zacisnąć pasa jeszcze bardziej. Pomagały dzieci. Chciała jednak radzić sobie sama.

- Potrafię gospodarować pieniędzmi. Cieszę się z tego co mam. Daję radę - mówi.

Reklama

Z czasem zaczęła też otwierać się na innych. Odnowiła przyjaźnie, znajomości. Koleżanki zaczęły częściej dzwonić, odwiedzać. Okazało się, że wokół dużo kobiet w takiej samej sytuacji jak ona. Zrobiło się raźniej na duszy.

- Nikt nie zrozumie człowiek tak, jak ten, który przeżył takie samo nieszczęście - mówi.

Dawniej nie lubiła niedziel. To wtedy było wyjątkowo dużo wolnego czasu. Inni spędzali go z rodziną. Ona najczęściej sama. Dzieci wpadły po południu na kawę, czasem na obiad. Wiedziała jednak, że może woleliby ten wolny czas spędzić inaczej. Nie chciała, żeby czuli, że coś muszą. Kupiła sobie komputer. Syn trochę ją podszkolił. Krok po kroku zaczęła uczyć się, jak korzystać z Internetu. Może nie jest specjalistką, ale potrafi już odnaleźć się w wirtualnym świecie. Założyła sobie nawet profil na portalu społecznościowym. Dzięki temu odnalazła znajomych sprzed wielu lat. Wciąż ogląda dużo telewizji. Ma swoje ulubione seriale. Kiedy, któryś z nich jest emitowany nie odbiera telefonów. Trochę czyta. Zamiast książek wybiera jednak gazety. Rozwiązuje krzyżówki. Kiedy jest ładna pogodna jeździ na rowerze. Chodzi z kijkami. W tych spacerach towarzyszy jej ukochany pies. To również dzięki niemu, dom nie jest tak do końca pusty.

Reklama

Pani Monika: to była miłość mojego życia

Druga moja rozmówczyni jest młodsza. Męża zabrała choroba. Odchodził długo. Liczyła się z tym, że kiedyś nastąpi ten moment, że go nie będzie.

- Wie pani co, na to nigdy człowiek nie jest przygotowany. Widziałam jak cierpi, ale człowiek do końca się łudzi, że może jednak zdarzy się cud. I ja też wierzyłam. Cud się nie zdarzył - mówi.

Monika ma dziś 45 lat. Mąż umarł, kiedy nie miała jeszcze czterdziestu. Nie mieli dzieci.

- Może to zabrzmi trywialnie, ale to była miłość mojego życia. Poznaliśmy się jeszcze w liceum. Przez wszystkie te lata byliśmy dla siebie nie tylko mężem i żoną, ale i najlepszymi przyjaciółmi. Dlatego tak strasznie było patrzeć jak umiera - mówi.

Reklama

Symptomy tego, że może być źle, pojawiały się od dawna. Raz po raz coś mu dokuczało. Myśleli jednak, że to tak jak każdemu. Zawsze jest coś, co dolega. Kiedy problemy zaczęły się nasilać, przestał sprawę bagatelizować. Było jednak za późno. Jeden lekarz, drugi. Specjalistyczne badania. Okazało się, że jest źle.

- Zaczęło się leczenie. Wyjazdy do specjalistów. Nie chcę jednak do tego wracać. Skończyło się. Jego nie ma. A ja musiałam nauczyć się żyć bez niego - mówi.

Samodzielnego życia uczyła się krok po kroku. Najpierw był szok, przerażenie, rozpacz, także płacz.

- Najgorsza to była stypa. Nie chciało mi się rozmawiać z tymi wszystkim ludźmi. Wiem, że przyszli z życzliwości, ale naprawdę to były dla mnie straszne godziny. A później trzeba było wrócić do tego pustego mieszkania - mówi.

Bo tym razem wiedziała, że już on już nie wróci. Wcześniej też zdarzały się dni, czasem tygodnie kiedy go nie było. Ostatnio dużo czasu spędzał w szpitalu. Teraz jednak ta pustka była inna. Musiała się w niej odnaleźć. Zamknąć za sobą drzwi.

- Wie pani, ja jestem trochę taki chomik. Do dziś nie potrafiłam pozbyć się jego rzeczy. Wciąż wiszą w szafie jego koszule, marynarki. On był trochę bałaganiarzem. W jednym pokoju zostawiłam sobie ten jego bałagan. Są tam jego płyty, książki. Leżą tak, jak je zostawił. Może kiedyś to zmienię. Teraz jednak mija dzień za dniem. Czas ucieka. A ja, kiedy tam wejdę, to jestem jakoś tak bliżej niego i zmieniać tego nie chcę - mówi.

Przyznaje, że w pierwszych dniach po jego śmierci najbardziej przy życiu trzymała ją praca. Wróciła bardzo szybko. Nie chce zdradzać gdzie pracuje. Mówi jednak, że czuła ogromne wsparcie szefa, kolegów, koleżanek. To było ważne.

- Wie pani, co było dla mnie najgorsze? Powrót do domu i ogarnięcie takich prostych, codziennych spraw, którymi wcześniej to on się zajmował. Kiedy chorował, trochę tego zaczęłam się już uczyć, ale zawsze wtedy mogłam jeszcze poprosić go o pomoc. Zapytać, jak coś się robi. Proste rzeczy sprawiały mi ogromną trudność, opłaty za telewizje, za telefon, za prąd, za śmieci. To zawsze było na jego głowie. Nie ukrywam, na początku miałam z tym problem - opowiada.

Krótko po jego śmierci bała się, czy wytrzyma to wszystkiego psychicznie. Zdarzały się dni, że wracała z pracy do domu, kładła się pod kołdrę i leżała tak do rana. Czasem nie zdejmowała nawet z siebie ubrania. Dopiero rano prysznic i do pracy. Pojawił się też i inny problem. Dziś bardzo się go wstydzi. Jak najłatwiej zapomnieć o smutkach? Wystarczy się napić. Zaczęła tak leczyć swój strach przed samotnością i samodzielnością. Szybko jednak zapaliło się czerwone światło. Powiedziała „stop”. Mówi, że w samą porę.

Na cmentarz chodzi regularnie, ma blisko. Siada przy grobie. Nawet dziś stara się z nim rozmawiać. Są chwile, kiedy czuje, że jej odpowiada. Wtedy jest łatwiej.

- Lubię tam pójść, posiedzieć. Człowiek myśli o życiu. O tym, co już za nami. Ile jeszcze zostało. W takich momentach żałuję, że nie mam dzieci. Może byłoby mi łatwiej. Z drugiej strony jednak one też bardzo by cierpiały - opowiada.

Pytam, jak żyje się wdowom w takich małych miastach jak Radomsko.

- Nie wiem, co mam pani odpowiedzieć. Chyba jest tak, jak wszędzie. To nie jest kwestia wielkości miasta. Bardziej tego, kto nas otacza. Ja mam w sobie trochę duszę samotnika. Lubię pobyć sama ze sobą. Niektórzy mówią, że to takie trochę dziwactwo. Ja się jednak przyzwyczaiłam. Łapie się jednak na tym, że czasem rozmawiam sama ze sobą. Dziwne prawda? - mówi.

Utrzymuje kontakt z rodziną męża. Może liczyć na ich wsparcie. Spotykają się jednak rzadko.

- Nie lubię tych wszystkich pytań o to, jak sobie radzę, czy jest mi ciężko. Zwyczajnie nie chce mi się już na to odpowiadać - mówi.

Jest jeszcze młodą kobietą, pytam czy nie myślała o tym, żeby ułożyć sobie życie na nowo. Z kimś innym.

- Nie. I mówię to szczerze. Zupełnie nie jestem tym zainteresowana. Pewnie, że zdarzały się jakieś podchody ze strony samotnych kolegów, ja jednak od razu ucinałam te znajomości. Nie chce już być z nikim innym. I tego jestem pewna - mówi.

Pytam też za czym tęskni najbardziej. Mówi, że za taką zwykłą, ludzką obecnością. Za wspólnym pójściem do kina, za wspólnymi wyjazdami.

- My nadawaliśmy na tych samych falach. Byliśmy ze sobą kilkanaście lat. Rozumieliśmy się czasem bez słów – mówi. - Staram się z tym walczyć, ale naprawdę zazdroszczę parom, które spotykam na ulicy. Wiem, że to już za mną, że czasu się nie cofnie. I wie pani co, nie potrafię nie zadawać sobie pytania, dlaczego to właśnie mnie spotkało - mówi.

Jolanta Dąbrowska, gazeta@radomszczanska.pl

Aplikacja na Androida

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 04/04/2026 10:38
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości