Reklama

Skazany z poselskim marzeniem [Sylwetka Witolda W.]

Lubi pieniądze. Ma dwa marzenia: żyć na poziomie i dostać się do sejmu. To pierwsze realizuje najpierw jako biznesmen, potem - gdy powinie mu się noga w interesach - jako twórca piramidy finansowej. Drugiego już nie zrealizuje. Choć był blisko. Przez lata w PiS, trzy razy radny sejmiku wojewódzkiego. Od środy - skazany za wyłudzenie od 106 klientów 6,5 mln zł. Niektórzy mówią o nim: człowiek o dwóch twarzach. I dodają, że żadna im się nie podoba

Dwa razy dostawał się do Sejmiku Województwa Łódzkiego, raz wszedł tam za kogoś, kto zrezygnował z mandatu. Ale tak naprawdę zawsze chciał zostać posłem. Nie udało się i pewne jest, że to jego polityczne marzenie już nigdy się nie urzeczywistni.

Reklama

- I dobrze, bo on zawsze był bardziej przedsiębiorcą, a nie politykiem. W polityce wyrachowany - mówi jeden z naszych rozmówców.

- Inna sprawa, że skuteczny to on nigdy nie był. Nie miał do tego wyczucia, bo nie myślał jak polityk - mówi kolejny.

- Tak to jest, jak się liczy każdą złotówkę - słychać od innego. - Nie tylko złotówkę, ale każdy grosz potrafi z człowieka wycisnąć. O, tak, do tego talent miał.

Ten talent zaprowadził do na ławę oskarżonych.

(Witold W na sali rozpraw w Piotrkowie Trybunalskim, marzec 2019)

Reklama

Urodził się 17 sierpnia 1967. Od dawna trudno znaleźć kogoś, kto przyzna się oficjalnie do kontaktów z nim. Rozmowy owszem, ale nieoficjalnie. Odkąd zainteresowała się nim prokuratura i trafił do aresztu, lista znajomych szybko się kurczyła.

Swój biznes zaczynał od pożyczek. Głównie - na zakup samochodów. W tym biznesie czuje się dobrze. Firma się rozwija, ludzie potrzebują takich usług, jest z tego zysk. Otwiera biuro w Łodzi.

Kiedy pytamy o biznes, najczęściej słychać: potrafił to robić, nieźle z tego żył. Widać potrafił obracać pieniędzmi, żeby wycisnąć z nich jak największy zysk.

Reklama

W pewnym momencie w Radomsku modne staje się kupowanie aut właśnie u W. Nie, nie otworzył salonu. Na plac koło jego biura trafiają samochody, które komornicy odbierają dłużnikom. Ceny są bardzo atrakcyjne. Klientów nie brakuje. Żeby trafić okazję za grosze, trzeba być czujnym.

Interes idzie dobrze do kryzysu 2008-2010. Bank wypowiada umowę, na podstawie której W. udziela pożyczek. Zostaje z długami, wkrótce ma ich ponad 2 mln. To właśnie wtedy wpada na pomysł: będzie pożyczał pieniądze od klientów na wysoki procent. Nawet 14, podczas gdy banki dają wtedy 2. Obiecuje świetną inwestycję, przekonuje, że ma patent. Klienci dają się nabrać. Później sędzia w ustnym uzasadnieniu wyroku powie, że W. wymyślił ten mechanizm, bo „brakowało mu pieniędzy na życie na poziomie".

Reklama

Piszecie dla W.

Lata dwutysięczne. W mieście od lat swoją gazetę „Komu i Czemu” wydaje nieżyjący już Maciej Ziembiński. Kontrowersyjny, szukający skandalicznych tematów, nie zawsze sprawdzonych, ale nośnych. W. przejmuje tygodnik. Razem z redakcją. Któregoś dnia Ziembiński po prostu oznajmia, że nie jest już właścicielem. - Teraz piszecie dla W. - słyszą pracownicy.  

I piszą. Na początku jeszcze tak, jak chcą. Bez nacisków. Gorzej mają ci, którzy pracują w innej gazecie W., „Po prostu informacje”. Na początku to redakcja decydowała, co zostanie wydrukowane. Z czasem jednak W. zaczyna coraz mocniej naciskać. A to, co zostaje zlecone dziennikarzom, zależy od aktualnej sytuacji w mieście. Pracownicy słyszą wprost: w tym tygodniu trzeba przywalić temu i tej. Za tydzień ta sama osoba może być w gazecie chwalona i głaskana. A w kolejnym znów trzeba się do niej dobrać. Kiedy W. chce, trzeba robić aferę albo pisać laurkę.

Reklama

Nie buduje to wiarygodności tygodnika. I nie o to chodzi. Celem jest promocja W. Nikt nie ma wątpliwości, że to jest jego celem. Pisze swoje cotygodniowe felietony. Później za łamy zostaje zaproszony także inny polityk PiS, europoseł Janusz Wojciechowski, z którym W. blisko współpracuje.

- To było frustrujące, bo nigdy nie było wiadomo jakie on ma plany i kiedy zechce je przedstawić - mówi nasz rozmówca o tym okresie działalności W. na lokalnym rynku prasowym.

Wtedy też W. zaczyna wykorzystywać gazety do reklamy swojej działalności. Także pożyczek. Interes kwitnie. Sprzedaż gazety nie tak bardzo, w pewnym momencie cena spada o połowę, potem W. decyduje, że tygodnik będzie bezpłatny. Poźniej „Po prostu informacje” będą się ukazywać nieregularnie, jeszcze później gazeta będzie wydawana okazyjnie, w trakcie kampanii wyborczych, by wreszcie zniknąć z rynku.

Reklama

W mieście jest już znany. Politycznie najpierw wiąże się z PSL i PSL-Piast, potem trafia do PiS. Coraz częściej można go zobaczyć na zdjęciach z konferencji i briefingów prasowych. Czasem w towarzystwie znanych polityków, którzy przyjeżdżają do Radomska. Zwłaszcza przed wyborami.

W 2011 r. wydaje się, że poselski sen W. się spełni. Startuje w wyborach. Jest przekonany, że ma duże szanse na mandat. Nas rozmówcy mówią, że tylko on wtedy w to wierzył. Inni realnie oceniali sytuację. Politycznie ważne było wtedy, żeby wyciąć Krzysztofa Maciejewskiego. Podział w Prawie i Sprawiedliwości w Radomsku był już wtedy bardzo wyraźny. I udało się: W. odebrał głosy Maciejewskiemu, do sejmu nie wszedł żaden z nich.

Reklama

W. marzeń nie porzucił. Widać go w mieście coraz wyraźniej. Trudno zresztą nie zauważyć, skoro na każdym zdjęciu, nawet gdyby stanął z tyłu, i tak nikt go nie zasłoni. 

W czerwcu 2015 r. W. i inna rozpoznawalna postać radomszczańskiego PiS Szymon Zyberyng mocno angażują się w walkę o prawa pielęgniarek zatrudnionych w szpitalu powiatowym. Związki zawodowe są w ostrym konflikcie z ówczesnym dyrektorem Radosławem Pigoniem. Pigoń nie zgadza się na podwyżki. - To niedopuszczalne, by pielęgniarka z 35-letnim stażem zarabiała 1600 czy 1800 zł brutto - mówi W. podczas konferencji prasowej przed szpitalem. Wtedy jest pełnomocnikiem PiS w powiecie radomszczańskim i radnym wojewódzkim tej partii w sejmiku łódzkim.

Reklama

To wystąpienie jest grą polityczną z ówczesnym starostą Andrzejem Pluteckim, zawieszonym w prawach członka PiS.

Jego byli pracownicy wspominają, że w pierwszym okresie był dla pracowników bardzo dobry. Organizuje wspólne wyjazdy, wycieczki, integruje zespół. Jak najlepszy menadżer, który rozumie, że zadowolony pracownik to efektywny pracownik. Jednak W. ze skrajności wpada w skrajność. Przestaje pracowników szanować. A co jeszcze gorsze, przestaje płacić w terminie. Nas rozmówcy opowiadają, że najpierw opóźnienia były małe, potem trzeba było o wypłatę prosić. I było to upokarzające. Bo W. nie mówi, dlaczego nie płaci. Pracownicy słyszą: nie mam pieniędzy. Woleliby usłyszeć, że są trudności, trzeba trochę poczekać, ale wynagrodzenia zostaną wypłacone. Ok, rozumiemy, różnie bywa, poczekamy.

Reklama

- A kiedy słyszysz: nie mam i już, człowiek czuje się jak szmata. Ile można to wytrzymać? Zwłaszcza, że trzeba z czegoś żyć - wspomina jeden z naszych rozmówców. Sytuacja nabrzmiewa na tyle, że niektórzy grożą sądem. To działa i W. płaci.

Pracowników boli jeszcze jedno: styl życia szefa. No to jak to jest? Nam nie płaci, mówi, że nie ma, a sam z rodziną jedzie na zagraniczne wczasy? Kupuje dzieciom drogie zabawki? Czyli pieniądze ma, tylko nie dla nas!

- Garnitur i koszula nie czynią kulturalnego człowieka, tak samo jak siedzenie w pierwszej ławce w kościele - słyszymy.

Reklama

Oświadczenia składać nie musi

W. jako radny sejmiku wojewódzkiego nie może wybić się politycznie. Liczy na kolejne wybory do sejmu w 2015. Jest wtedy pełnomocnikiem PiS w okręgu. Wydaje się, że startując z list PiS nie trzeba robić wiele, żeby zdobyć mandat. Ma obiecane miejsce na liście partii, ale w ostatniej chwili zapada decyzja, że się na niej nie znajdzie. W cuglach mandat posła zdobywa prezydent Radomska Anna Milczanowska. Później pytana o W. odpowie, że ona nie współpracowała z nim na tyle, żeby lepiej go poznać. Nie może powiedzieć o nim nic więcej, że w pewnym momencie w partii był.

(Witold W. jako prowadzący spotkanie przedwyborcze Andrzeja Dudy w Radomsku, podczas kampanii na prezydenta RP. Styczeń 2015)

W. pozostaje sejmik i nadzieja na kolejne wybory. Jednak na początku 2017 roku Gazeta Radomszczańska ujawnia, że jego firmą Factor i pożyczkami, które zawiera klientami, interesuje się Komisja Nadzoru Finansowego. Komisja wpisała firmę na listę ostrzeżeń publicznych i złożyła doniesienie do prokuratury. W oświadczeniu majątkowym radny W. wykazuje, jakie pieniądze pożyczył. To milion złotych. Później okaże się, że to tylko część pożyczek, bo nie ma tu tych żony. Sąd skaże go za to dodatkowo na pół roku więzienia.

Factorowi przygląda się prokuratura. Podstawowe pytanie brzmi: czy W. prowadził działalność bankową bez zezwolenia?

Piramida finansowa Factor zaczyna się sypać. Gazeta opisuje mechanizm, historię klientów. Po nagłośnieniu sprawy przez media nie ma nowych, więc brakuje pieniędzy na spłatę obiecanych odsetek.

Na początku lutego 2018. W. wzywa klientów do firmy i wręcza aneksy do umów. Warunki są inne niż wcześniej. Procent odsetek z 14 spada do 2 i ma być wypłacony na koniec trwania umowy, a nie - jak dotychczas - co miesiąc.

Do Gazety zgłaszają się kolejni klienci Factora. Pokazują umowy, opowiadają, że od publikacjach Gazety W. przestał odbierać telefony. Niektórzy z nich pożyczyli mu kilkaset tysięcy. Rekordzista: 569 tys. zł. Wielu mówi o oszczędnościach całego życia. W. nie chce już tego komentować. Zwłaszcza, że złożył mandat radnego i twierdzi, że nie jest już osobą publiczną. Nie musi więc z mediami rozmawiać. Przysyła do redakcji zadanie zaprzestania publikacji. Gazeta tematu nie odpuszcza.

Rezygnacja z mandatu jest ważna o tyle, że W. nie musi składać oświadczenia majątkowego za 2016 rok. W tym oświadczeniu musiałyby się znaleźć kwoty pożyczek. A tych jest już kilkaset. Karą za niezłożenie oświadczenia majątkowego w terminie jest... utrata mandatu. W. mandat składa sam, oświadczenia więc nie musi. Kary nie przewidziano.

Część klientów idzie do sądu. Chce zdobyć nakaz płatności. 

16 kwietnia 2018 r. Witold W. zostaje zatrzymany. Trafia do aresztu, gdzie przebywa do wyroku. Ten zostaje ogłoszony w pierwszej instancji przez sąd w Piotrkowie Trybunalskim 3 lipca 2019 r. W. zostaje skazany na 4,5 roku więzienia. Jego żona - na rok w zawieszeniu na rok za pomoc w ukrywaniu majątku przed klientami. W. ma naprawić szkody, czyli oddać pieniądze. Po wpłaceniu 200 tys. zł kaucji wychodzi z aresztu. Do czasu rozpatrzenia apelacji może przybywać na wolności.

Janusz Kucharski

(pierwotna wersja tekstu opublikowana w Gazecie Radomszczańskie w lutym 2018)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości