Dziś modnie określa się ich mianem singli. Osoby, które nigdy nie żyły w małżeństwie, w stałym związku. Niezależność jest pewnie kusząca. Szczególnie, kiedy ma się 20, 30 lat. Co jednak później? Czym wypełnia się pustkę kiedy ma się lat 50, 60?
Czym żyliśmy dekadę temu? Zajrzeliśmy do Gazety Radomszczańskiej z 2016 roku
O tej sferze życia nie rozmawia się łatwo. Tym bardziej jestem wdzięczna osobom, które zgodziły się spotkać ze mną i o swojej samotności opowiedzieć.
Pani Ania dziś jest już na emeryturze. Tak naprawdę ma na imię zupełnie inaczej. Nie chce jednak, aby znajomi rozpoznali ją w tej opowieści. Elegancka, uśmiechnięta blondynka. Już od pierwszej chwili zaraża optymizmem i radosnym podejściem do życia. Zastrzega, że owszem, jest sama, ale nie samotna. Wokół ludzie, którzy skoczyliby za nią w ogień, a i ona potrafi poświęcić wiele dla drugiego człowieka. Żyje sama, i ten stan z czasem nawet polubiła. Po chwili zastanowienia odpowiada, że tak, może powiedzieć, że jest szczęśliwa. Choć przyznaje, że to nie ona samotne życie wybrała.
- To los tak zdecydował. Niczego w życiu nie zgubiłam, nie zaprzepaściłam. Po prostu los mi tego nie dał. I to wszystko - mówi krótko.
Znalazła swój sposób na życie. Musiała. Innych jednak przestrzega. - Zawsze będzie brakowało przy boku tej drugiej osoby. Ja to wiem. I dlatego zawsze powtarzam: zrób wszystko, żebyś nie był, nie była sama. Najgorsze, co człowieka może w życiu spotkać to samotność - przekonuje.
Swojej samotności uczyła się krok po kroczku. Oswajała ją już od dzieciństwa. Jest jedynaczką. I chyba właśnie rodzeństwa brakuje jej najbardziej.
- Gdybym miała brata czy siostrę to byłoby inaczej. Znam samotne osoby, które mają bratanków, siostrzeńców. Cóż, zazdroszczę im. Ja mam tylko dalszą rodzinę. Utrzymujemy jednak kontakty – opowiada.
Rodzeństwa nie ma, są za to oddani przyjaciele. Tacy sprawdzeni w najtrudniejszych sytuacjach. Służący pomocą i wsparciem. Ludzie poznani w różnych okresach życia. W szkole, w pracy. To z nimi spędza święta. To oni nie zapominają o jej imieninach, urodzinach. W takich dniach drzwi jej mieszkania prawie się nie zamykają. I wciąż dzwoni telefon. Od dzieciństwa zresztą starała się skupić wokół siebie życzliwych ludzi. Nie musiała też specjalnie o te przyjaźnie zabiegać. Podkreśla, że zawsze miała i ma szczęście do ludzi. To oni ją znajdowali. Wiele znajomości przetrwało lata.
- Nigdy nie byłam przebojowa, ale byłam otwarta. Potrafiłam odnaleźć się w grupie. Chyba dzisiaj mam z tym większy problem - zastanawia się.
Czas płynął. A los raz po raz zabierał ukochane osoby. Rodzice odeszli, kiedy miała niewiele ponad 20 lat. Przyznaje, że nie była na tę śmierć przygotowana, ale dzielnie sobie z nią poradziła. Rozpacz rozrywała serce, była jednak już na tyle silna, by stawić czoła temu, co nieodwracalne. Powtarza, że nauczyli ją tego właśnie rodzice.
- To byli bardzo mądrzy ludzie - opowiada.
Dostała od nich mieszkanie, kiedy była jeszcze nastolatką. Szybko wyprowadziła się z rodzinnego domu. Rodziców odwiedzała, ale na długo przed ich śmiercią żyła już na własny rachunek. Kiedy naprawdę została sama, już twardo stąpała po ziemi. Miała pracę, mieszkanie. Była samodzielna. Człowiek potrzebuje jednak czasem wypłakać się na czyimś ramieniu. Pytam, w kim szukała oparcia tuż po odejściu mamy i taty. Po pogrzebach znajomi, przyjaciele wrócili przecież do własnych domów, do rodzin. Czy właśnie w takich momentach nie odczuwa się najbardziej braku tej jednej jedynej osoby?
- Pewnie tak - odpowiada - Ale ja naprawdę zawsze miałam szczęście do ludzi. Również wtedy mogłam liczyć na wsparcie przyjaciół. Byli blisko. Nie zostawili mnie samej. Byli też sąsiedzi. Dałam radę - opowiada.
Mówi, że dziś o swojej samotności myśli już tylko czasami. To są takie chwile. Stara się na nich nie koncentrować. Odrzuca złe, natrętne myśli. Żyje tym, co jeszcze przed nią. Zdobywa swoje małe codzienne szczyty. Pokonuje trudności. I cieszy się życiem. Kiedyś bardzo ważna była dla niej też praca. Przyznaje, że w trudnych momentach to też trzymało ją przy życiu i... zabijało wolny czas. Przejście na emeryturę było kolejnym trudnym doświadczeniem. Z jednej strony cieszyła się. Bo odchodziła w chwili, kiedy w Radomsku zamykano wiele zakładów. Nie musiała szukać nowej pracy. Wiedziała, że będzie miała z czego żyć. Z drugiej jednak strony, to codzienne wstawanie do pracy, obowiązki, koleżanki wypełniały jej dni. Wszystko się zmieniało. Pojawiła się pustka. Na szczęście na krótko. Bo znów znaleźli się ludzie, którzy w trudnych chwilach pomogli.
- Ja w ogóle uważam, że ludzie są z gruntu dobrzy. Pewnie, że czasem trafi się jakiś maruda, ale ja omijam takich szerokim łukiem - mówi.
Znalazła pracę na pół etatu. Kiedy i ona się skończyła, była już jednak pogodzona z tym, że została emerytką. Życie poukładała sobie na nowo. Wolny czas wypełniły książki, krzyżówki no i oczywiście spotkania i rozmowy z przyjaciółmi. Zastrzega jednak, że do dziś stara się nikomu nie narzucać. Najchętniej ze znajomymi spotyka się w kawiarni, bo - jak to tłumaczy z uśmiechem - nie chce, żeby ktoś w domu zmywał po niej talerze.
Na wczasy też jeździ sama. Zwiedziła już prawie całą Polskę. Niektóre miejsca odwiedzała wielokrotnie. Od pociągu woli autokar. Żałuje, że sama nie prowadzi samochodu. Kiedy już jednak na urlop dojedzie, wokół wiele małżeństw, rodziny. Ona sama. Nie kłuje coś w sercu?
- Naprawdę nie mam z tym problemu. Zawsze wszędzie jeździłam sama. Naprawdę mi to nie przeszkadza. Potrafiłam się w takich sytuacjach odnaleźć - mówi.
Pytam też, czy gdyby dało się cofnąć czas, czy coś by w swoim życiu zmieniła?
- Jestem realistką. Stoję twardo na ziemi. Może dlatego jest mi łatwiej. Nie popadam w euforię, albo w przygnębienie. Nie mam takich skoków emocji. Czy bym coś zmieniła? Trudne pytanie. Ale powiem tak: gdybym chciała napisać moje życie na nowo, to ja bym wymyśliła idealne. Wiem jednak, że to jest nie do zrealizowania. Po co zatem żyć mrzonkami. Staram się skupiać na tym, co tu i teraz, bez oglądania się za bardzo w przeszłość - mówi.
Panią Anię pytam też, czy boi się starości.
- Chyba jak każdy z nas - odpowiada - Boję się przede wszystkim chorowania. Każdego dnia, kiedy się budzę, to się cieszę, że się obudziłam. Patrzę przez okno. Obojętnie czy pada deszcz, czy świeci słońca jestem zadowolona. A starość? Nie robię z tego powoduj tragedii. Wiem, że jeżeli przytrafi mi się coś strasznego, to należy załatwić mi dom opieki. Mam jednak nadzieję, że dalej będę żyła tak jak teraz - tłumaczy
A jakie ma marzenia?
- Mam ich bardzo dużo. Powolutku je realizuję. Są to marzenia realne. Nie myślę o czymś, co się nie może zrealizować. I tak np. mam nadzieję, że we wrześniu pojadę w góry. Na tydzień do Zakopanego albo do Krynicy. Pojadę z małą torebeczką, żeby nie dźwigać – odpowiada.
Pani Ania w podejściu do życia jest chyba jednak wyjątkiem. Ma wokół siebie wielu samotnych ludzi. Wdowy, wdowcy, rozwodnicy. Co najczęściej robią? Narzekają i rozczulają się nad sobą.
- Nie ukrywam, że od nich uciekam. Ja mam inne podejście. Cieszę się z tego co mam. Jeżeli walenie głową o ścianę dawało coś pozytywnego, to ja tą głową waliłabym całą dobę. To przecież jednak nie pomoże. Sam człowiek robi sobie tylko krzywdę. Takim gadaniem dołuje sam siebie i innych - uważa.
Przyjaciele też są przeszkoleni, że kiedy się z nią spotykają na kawie czy lodach, nie ma marudzenia. Nie ma rozmów o chorobach.
Lubi ludzi, ale nie widzi siebie np. w licznych w Radomsku stowarzyszeniach skupiających ludzi starszych. Nie chodzi na zajęcia Uniwersytetu III Wieku, nie ma jej w klubie seniora, nie należy do żadnego z radomszczańskich chórów
- Nie umiem śpiewać - żartuje. - Mnie w ogóle bardziej ciągnie do młodych niż do rówieśników - śmieje się.
Mieszka sama. Kiedy jest chora, zakupy zrobią sąsiedzi. Oni wyrzucą śmieci. W razie potrzeby pójdą do apteki. Nie ma problemu z tym, by prosić o pomoc, kiedy nie jest w stanie sama czegoś zrobić.
- Jestem osobą bardzo asertywną. Jeżeli czuję, że coś się ze mną dzieje złego, potrafię poprosić. Nawet na ulicy podejdę do obcego człowieka i poproszę o pomoc. Wejdę do sklepu i poproszę ekspedientkę i ona wezwie pogotowie. Miałam takie przypadki - opowiada.
Nigdy nikt pomocy jej nie odmówił. I może dlatego o ludziach z gruntu mówi dobrze.
- Ludzie narzekają np. czasem na nasz szpital, na lekarzy. Nie mogę tego słuchać. Nie wiem, może ja mam szczęście, że nie zostałam nigdy źle potraktowana. Czy to chirurg, czy to okulista, zawsze są dla mnie mili - mówi.
W domu nie ma też żadnego czworonożnego przyjaciela. Dlaczego? Tłumaczy, że kotów nie lubi. A z psem trzeba chodzić na spacery. Jest coraz starsza i nie bardzo ma na to siłę. Na koniec pytam jeszcze, czy łatwo żyje się osobie samotnej w Radomsku. Może lepiej byłoby jej w dużym mieście?
- Chyba najważniejsze jest to, kto nas otacza, a nie to gdzie się żyje. Nigdy nie mieszkałam w dużym mieście. Myślę jednak, że tak samo odnalazłabym się i w Warszawie, i w małej wsi. Wszędzie znalazłbym swoje miejsce. Dla mnie najważniejsi są ludzie - powtarza.
Choć miała taki moment, że chciała się z Radomska wyprowadzić. Została. Dziś wie, że to była dobra decyzja. Przyznaje, że gdyby teraz w tym jej uporządkowanym życiu ktoś się pojawił, bardziej by je zdezorganizował, niż zmienił na lepsze.
- Cóż, jestem już w tym wieku, kiedy ma się wiele nawyków i przyzwyczajeń. Już ich nie zmienię. A poza tym nie chcę ich zmieniać. Lubię też czasem być tak po prostu sama ze sobą - kończy.
Tomek też woli pozostać anonimowy. Znamy się zresztą od dawna. Może dlatego łatwiej przekonać go do tego, by choć trochę uchylił drzwi do swojego życia i trochę o nim opowiedział. Po dłuższym wahaniu wreszcie się zgadza. Jest młodszy od pani Ani. Ma prawie 50 lat. Wygląda jednak młodziej. On też do swojej samotności się przyzwyczaił. Dom. Samochód. Praca w budżetówce.
- Może nie zarabiam kokosów, ale wystarcza. Pomagam też mojej mamie - mówi.
Właśnie, mama. To głównie ze względu na nią nie wyjechał z Radomska. Nie mieszkają razem, choć przez długi czas tak było. Tomek ma swoje mieszkanie. Niedaleko od rodzinnego domu. Ma jeszcze brata. On mieszka jednak daleko od Radomska.
Dlaczego jest sam?
- Tak ułożyło mi się życie. A może coś przegapiłem? Sam nie wiem. Czy żałuję? Pewnie tak. Choć wciąż jednak mam nadzieję, że to moje życie poukłada się inaczej - mówi. - No przecież nie jestem jeszcze taki stary - dodaje z uśmiechem.
Jest aktywnym człowiekiem. W wolnym czasie biega, jeździ na rowerze. Zazwyczaj sam.
- Jestem typem introwertyka. Nigdy nie miałem zbyt wielu przyjaciół ani znajomych. Trudno nawiązuję relację. Może to jest głównym powodem tego, że jestem sam? – zastanawia się.
Zakochał się raz, na studiach. Nie chce jednak mówić, dlaczego nie wyszło. To zamknięty rozdział. Pytam, kiedy pusty dom staje się problemem.
- Nie jest pusty. Mam psa - odpowiada żartem. - A tak na poważnie, często zaglądam do mamy. Troszkę u niej pomieszkuję. Wciąż chyba tak do końca nie odciąłem pępowinę. Wstyd się przyznać, prawda?
Mama jest w jego życiu bardzo ważna. Nie wstydzi się przyznać do tego, że to jej zwierza się ze swoich problemów. Rozumie go jak nikt inny. Pomaga jej też finansowo. Stara się urozmaicić jej czas. Bo też jest sama. Tata odszedł wiele lat temu. Czasem zabierze ją na wycieczkę, kupi coś.
- Ostatnio pojechaliśmy do Złotego Potoku na rybę. Nadrabiam zaległości z dzieciństwa. Wtedy nie mieliśmy samochodu i praktycznie nie wyjeżdżaliśmy z Radomska. Dziś staram się to mamie zrekompensować - mówi.
Przyznaje, że cieszy się, że mieszka sam. Dom jest jego azylem. Twierdzą. Choć nie zawsze wraca się do niego łatwo.
- Czasami jest tak, że ja po prostu potrzebuję samotności. Wtedy cieszę się na tę ciszę i spokój. A wiesz kiedy jest najtrudniej? Kiedy wracam w nocy z jakiegoś służbowego wyjazdu i podjeżdżam pod te ciemne okna. Wiem, że w domu nikt na mnie nie czeka. To jest trudne - przyznaje.
Na urlopy też jeździ sam. Zazwyczaj za granicę. Lubi zwiedzać. Od morza woli góry, choć kiedy jest bardzo zmęczony, wybiera zwykłe leżakowanie na plaży. Nie ukrywa, że chciałby się tymi doświadczeniami dzielić z kimś jeszcze. Przyznaje też, że raz czy dwa odpowiedział na internetowe anonse kobiet, które szukały partnera. Nic z tego nie wyszło.
- To nie miało sensu. Zresztą tak naprawdę nie wierzę, że w taki sposób można znaleźć drugą połówkę. A w Radomsku? Wszystkie moje koleżanki czy to z liceum, czy ze szkoły, mają mężów, dzieci. Ja się na ten pociąg trochę spóźniłem. A na chodzenie na dyskoteki jestem za stary. To zresztą już nie mój przedział wiekowy - przyznaje.
Żartuje, że jak by nie patrzeć, jest starym kawalerem. Nie lubi określenia „singiel”.
- Singiel to mi się z płytą kojarzy -żartuje.
Pierze, gotuje, sprząta sam. Czasem tylko prosi o pomoc mamę. Kiedy potrzebuje np. spodni odprasowanych idealnie w kant. Ma dobre relacje z bratem i jego rodziną. Jest ulubionym wujkiem bratanków. Często się odwiedzają. Święta też starają się spędzać razem. Mówi, że czas gna teraz w piorunującym tempie. Dzień mija za dniem i nie ma za bardzo kiedy zastanawiać się nad samotnością.
- Pewnie, że są takie momenty. Szczególnie w letnie niedzielne popołudnia. Wtedy zazwyczaj siadam na rower i jadę gdzieś za miasto. Mijam czasem całe rodziny. Fajnie się na nich patrzy. I zazdroszczę im. Bo ja na te wszystkie wycieczki jadę sam. Mijam mamę, tatę i dwóch brzdąców na rowerach i wiem, że mnie coś w życiu ominęło - opowiada.
Nie rozczula się nad sobą. Szuka dobrych aspektów życia. Bardzo lubi kino. Najczęściej jeździ do Częstochowy.
- Czasem chciałoby się o tym filmie po wyjściu zaraz na gorąco porozmawiać. A tu nie ma z kim. No i w takich zwykłych, codziennych momentach najbardziej brakuje tej jednej jedynej osoby przy boku - mówi.
No i jeszcze te krępujące pytania dalszej rodziny.
- Ci najbliżsi przyzwyczaili się już do mojego stylu życia. Nie pytają. Gorzej z innymi. Już trochę się to skończyło, bo jak by nie patrzeć, mam prawie 50 lat, ale wcześniej prawdziwą gehenną były dla mnie te wszystkie zaproszenia na wesela. I standardowe pytania o osobę towarzyszącą. Może to nawet nie wynikało ze złej woli, bo ludzie po prostu są ciekawi, ale dla mnie to był koszmar - wspomina. Na wesela nie chodzi. Unika też innych gremialnych spotkań rodzinnych.
- Pewnie niektórzy zaczynają już postrzegać mnie jako dziwaka. Trudno. Wolę jednak swój sposób na życie niż te setki pytań i spojrzeń. Mama ma z tym gorzej. Bo ona na te wszystkie spotkania chodzi i pewnie odpowiada na te pytania za mnie - mówi.
Tak jak panią Anię, i jego pytam, jak wypełnia swój wolny czas.
- Mam psa, to mój najlepszy przyjaciel. Słucham muzyki. Lubię nowinki techniczne. Komputer. Mam też bardzo absorbującą pracę, więc tego wolnego czasu nie mam zbyt wiele - mówi.
Dodaje, że jest pedantem. W domu musi być posprzątane. W szafkach wszystko ułożone. Nie znosi kurzu, brudu. Nie zasnąłby, gdyby wiedział, że w zlewie są niepozmywane naczynia. Dużo czasu zabierają mu też prace przy domu. Ma ogród, trawnik. O to wszystko trzeba dbać. Z sąsiadami nie utrzymuje zażyłych kontaktów. Znają się, mówią „dzień dobry”, ale nie odwiedzają.
Pytam czy boi się samotnej starości?
- Co poradzę na to, że ja za bardzo nie lubię przebywać w grupie. Może te lata życia w samotności mnie do tego przyzwyczaiły? O starości na razie nie myślę. Choć pewnie powinienem. Jestem sprawny, samodzielny. Co będzie później? Nie wiem. Nie wybiegam aż tak w przyszłość. Choć pewnie, że się tego trochę boję. Nikt nie jest na tyle silny, by ze wszystkim poradził sobie sam. Na zatruwam się jednak takimi myślami - odpowiada.
Jedynie czasem dopada go myśl, że nie będzie miał komu kiedyś tego wszystkiego przekazać.
Jolanta Dąbrowska, gazeta@radomszczanska.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze