Pieniądze są już na koncie chłopca. Jak twierdzą Dziewczyny, pomysł przyszedł samoistnie. Po prostu historia Aleksa je poruszyła.
Gazeta Radomszczańska: Zorganizowały panie zbiórkę pieniędzy dla Aleksa. Jak się panie dowiedziały, że jest taka potrzeba?
Julia Pilarska: Przede wszystkim od jakiegoś czasu bardzo dużo ludzi udostępniało tę informację. Niepojęte jest to, że tego rodzaju posty dotyczą naprawdę sporej liczby dzieci. Niepojęte jest także to, że aby ratować ludzkie życie, potrzebna jest taka suma pieniędzy.
Beata Kosmala: Mamy także koleżankę, Agnieszkę, która jest powiązana w jakiś sposób więzami rodzinnymi z Aleksem. Rozmowy z nią przyczyniły się do narodzin akcji.

Postanowiłyście, że wasza akcja będzie mieć formę aktywności ruchowej.
Julia: Tak naprawdę, od słowa do słowa, podczas jednego z naszych wypadów na kijki, wpadłyśmy na ten pomysł. Często razem ćwiczymy. Zazwyczaj spotykamy się właśnie o godzinie 15. Stąd właśnie wyznaczyłyśmy taką godzinę na wspólny spacer. Beata powiedziała: chodź, zrobimy coś dla tego dziecka, pójdziemy na kijki. A ja na to: w sumie i tak chodzimy, i tak chodzimy.
Beata: Pomyślałam, że może po prostu coś z tego będzie. To wynikało z naszej chęci pomocy Aleksowi. Takie maleństwo, a tu taka straszna kwota. Ja też mam syna wcześniaka. I też swego czasu przeżywałam trudną sytuację. Jako matka wyobrażam sobie, co rodzice przeżywają.
Julia: Robiłyśmy akcję, żeby ludzie zobaczyli, że to jest potrzebne. Nawet jeśli nas taki problem nie dotyczy – i oby nigdy nie dotyczył – to ważna jest solidarność. Sama rok temu dowiedziałam się, że mój syn cierpi na cukrzycę typu pierwszego. I też mną wówczas to wstrząsnęło. Dlatego wiem, że wsparcie jest potrzebne. I ruch.
Utworzyłyście na facebooku post i informacją o zbiórce. Czy podejrzewałyście, że wasz pomysł spotka się z takim zainteresowaniem?
Julia: Tak, na drugi dzień wstawiłyśmy na facebooka informację. Nie układałyśmy jej w jakiś szczególny sposób. Nie spodziewałyśmy się w ogóle, że się zbierze taka ilość osób. Tak naprawdę to sądziłyśmy, że przybędzie w granicach 50 osób.
Zatem miałyście nadzieję, że przynajmniej wasi znajomi, rodzina odpowiedzą na wasz apel?
Julia: No właśnie, miałyśmy nadzieję, że nieco więcej przyjdzie naszych znajomych. Dlatego tym bardziej byłyśmy zaskoczone, gdy na miejscu okazało się, że ponad 70 procent ludzi nie znamy. Wieść o zbiórce rozeszła się pocztą pantoflową.
Po zamieszczeniu postu odzywali się do was chętni do wzięcia udziału?
Beata: Tak, wiadomości przesyłano przez facebooka. Często zadawano pytanie, skąd wyruszamy, o maseczki, o kamizelki.
Julia: Pytano także o ilość kilometrów, choć tę informację zamieściłyśmy w poście. Ale ludzie byli zaaferowani, chętni pójść i chyba nie doczytywali do końca (śmiech).
Przekrój społeczny maszerujących z wami raczej was nie zdziwił?
Julia: Przeważały kobiety. Aczkolwiek zdarzyły się męskie rodzynki. Jednak ponad 80 procent to były dziewczyny. Ale były też dzieci. Nasze też.
Beata: Nawet malutkie, w wieku około roku.
Pogoda was tego dnia nie rozpieszczała.
Julia: Nie była do końca sprzyjająca. Ale myślę, że i tak nie było źle, choć na starcie postraszył nas niewielki deszcz.
Początek marszu wypadł spontanicznie.
Julia: Byłyśmy bardzo zestresowane. To nasza pierwsza, spontaniczna akcja. Na początku chciałyśmy zrobić rozgrzewkę, żeby rozluźnić atmosferę, żeby się pośmiać. Ale nagle ktoś stojący na początku rzucił hasło: idziemy. I wszyscy ruszyli. Wyszło super spontanicznie. Ale tak widocznie miało być. Ludzie nas bardzo miło zaskoczyli. Przybyli uśmiechnięci. Każdy mówił, że super akcja, że brakowało ich tutaj. Że nie ma takich osób, które zajęłyby się działaniem, bo każdy tylko mówi, ale nikt nie przechodzi do czynu. W czasie marszu dużo rozmawiałyśmy z ludźmi. I wtedy sporo z nich pytało nas, kiedy powtarzamy akcję (śmiech).
W ludziach jest potrzeba spotkania, zrobienia czegoś dla innych, wyjścia z domu?
Julia: Ludzie potrzebują, co jest związane z sytuacją, która trwa od roku, spotkać, popatrzeć na ludzi. Potrzebują też aktywności z innymi, bo nie zawsze stać ich na wyjście samemu, a w grupie jest raźniej. A my nakłaniamy do ruchu, bo to jest samo zdrowie. Panie były zadowolone, że mogą wyjść, że mogą się spotkać. To było trzy w jednym: ruch, spotkanie z innymi i pomoc drugiemu.
Jedynym warunkiem wzięcia udziału w marszu na Ewinę była wpłata minimum 20 zł.
Julia: Wiem, że były osoby, które wpłacały i po 200 zł. Każdy uczestnik, który przekraczał linię startu, wpłacał do puszki 20 zł. Miałyśmy problem, wystraszyłyśmy się, bo zabrakło nam miejsca w puszce (śmiech).
Beata: Śmiałyśmy się, że będziemy zbierać do kaptura.
Julia: Wszyscy skrupulatnie wpłacali, nawet dzieci.
W sumie uzbierałyście ponad 3 tysiące zł.
Julia: Troszeczkę zabrakło, ale dopomógł nam tajemniczy darczyńca, który dopłacił 200 zł, których brakowało, aby było 3 tysiące. Ale nie chce się ujawniać.
Są plany na kolejne akcje?
Julia: Lockdown pokrzyżował nam chyba trochę plany. Myślałyśmy, obserwując konto Aleksa, że potrzeba byłoby jeszcze zebrać nieco pieniędzy, bo niebawem mija termin zbiórki. Wkrótce nadejdą święta i to może być trudne. Zobaczymy.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Katarzyna Snochowska
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze