Pojawiło się tyle projektów nowych spalarni, że za kilkanaście lat spółki komunalne mogą dosłownie wyrywać sobie odpady z rąk - Gazeta rozmawia z Piotrem Kleinschmidtem, dyrektorem programu Strategia Ciepłownictwa w think tanku Forum Energii
GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Usłyszałem kiedyś taką opinię, że przeprowadzenie transformacji w energetyce jest proste, bo wszystkie potrzebne technologie już istnieją. I że w ciepłownictwie będzie ciężej, bo tam znajdują się one dopiero na etapie prototypów. To prawda?
PIOTR KLEINSCHMIDT: - Na transformację, jeśli rozumiemy ją jako odchodzenie od spalania węgla, gazu i innych paliw, warto patrzeć szerzej niż tylko z perspektywy elektroenergetyki, czyli wytwarzania energii elektrycznej. W tym segmencie rozwijają się nowe technologie, są dostępne źródła odnawialne. Ale już na przykład w przemyśle ciężkim są takie obszary, w których wykorzystanie OZE na ten moment jest praktycznie niemożliwe.
[paywall]
Tutaj transformacja będzie więc bardziej skomplikowana. Gdy jednak spojrzymy na rynek ciepłowniczy w Polsce, to okaże się, że zielonych technologii, które już dziś można wykorzystywać, mamy całkiem sporo: od geotermii, przez kolektory słoneczne, aż po pompy ciepła. Do tego dochodzi jeszcze biogaz i różne źródła ciepła odpadowego. Wydaje mi się zatem, że ciepłownictwo może być wręcz liderem zielonej transformacji.

Piotr Kleinschmidt
W Polsce te technologie są w powszechnym użyciu?
- No cóż, nie da się ukryć, że dziś w tym sektorze dominują paliwa kopalne i mówię tu zarówno o ciepłownictwie systemowym, jak i indywidualnym. Na ogrzewanie idzie 40 procent węgla kamiennego energetycznego i ponad 30 procent całego gazu ziemnego wykorzystywanego w naszym kraju. Warto tu jednak dodać, że znaczną część tego węgla i gazu importujemy z zagranicy, a koszty sprowadzania surowców rosną. W zeszłym roku mogliśmy się przekonać, jak wielkie zagrożenie to rodzi dla naszego bezpieczeństwa energetycznego.
Często słyszę głosy, że w żadne zielone technologie bawić się nie powinniśmy, bo mamy przecież swój węgiel i możemy z niego korzystać. Czemu zatem ciągle słyszymy o potrzebie transformacji?
- Po pierwsze - zasoby węgla, które są możliwe i opłacalne do eksploatacji, szybko się kończą. Po drugie - węgiel węglowi nierówny, każdy rodzaj ma inne zastosowanie. Na przykład jeśli chodzi o węgiel, który wykorzystują indywidualne gospodarstwa domowe, to jeszcze do niedawna większość była sprowadzana z Rosji. Po wybuchu wojny za naszą wschodnią granicą odcięliśmy dostawy z tego kraju, ale zastąpiliśmy importem z innych państw, takich jak Kolumbia, RPA, Australia czy Kazachstan. Surowiec z naszych kopalń jest drogi, a często też niższej jakości niż ten importowany. Przez to sprowadzamy go z innych krajów, co naraża nas na wahania cen w związku z sytuacją polityczną na świecie. Przejście na zielone źródła ciepła może zapewnić nam większe bezpieczeństwo energetyczne. Do tego dochodzi także aspekt finansowy. Zakłady ciepłownicze, które spalają węgiel czy gaz, muszą zapłacić za wyemitowane CO2. Opłaty już teraz osiągają wysokie poziomy, a do 2050 roku mogą nawet przebić poziom 400 euro za jedną tonę dwutlenku węgla. Ciepło z paliw kopalnych będzie się zatem stawało coraz droższe.
A ile dzisiaj płaci się za wyemitowanie jednej tony CO2?
- Około 80 euro. Proszę jednak pamiętać, że ceny ciepła byłyby dziś dużo wyższe, gdyby rząd nie zdecydował się na ich zamrożenie, właśnie ze względu na zawirowania na światowych rynkach. Jednak nawet jeśli uznamy, że interwencja ta była konieczna, to takie działania nie rozwiązują problemu. Rozwiązaniem jest właśnie transformacja.
We wrześniu władze PGK Radomsko podpisały umowę na instalację czterech kotłów olejowo-gazowych w miejskiej ciepłowni. Ma to zapewnić niższe ceny energii. Pana zdaniem ta strategia ma sens? W końcu takie kotły CO2 również emitują, tyle że w mniejszej ilości.
- To zależy. W krótkiej perspektywie koszty być może spadną, ale powinniśmy myśleć o tym co będzie za 5, 10, czy 15 lat. Dzisiaj gaz ziemny uznawany jest za pewną formę ucieczki od węgla, ale on sam także jest paliwem importowanym i również przyczynia się do katastrofy klimatycznej. Pytanie, czy nie jest to ucieczka z deszczu pod rynnę. Właśnie dlatego uważam, że w pierwszej kolejności samorządy powinny skupić się na tym, co mają obok siebie. Warto inwestować chociażby w efektywność energetyczną: ocieplenia budynków, redukcję strat przesyłowych. Duże możliwości daje wykorzystanie magazynów ciepła, które zwiększają efektywność i elastyczność pracy źródeł ciepła. Jest też cała paleta lokalnych rozwiązań niskoemisyjnych, takich jak kolektory słoneczne, geotermia, biogaz. Idąc dalej, jak już mówiłem wcześniej, istnieje możliwość pozyskiwania ciepła odpadowego, m.in. ze ścieków.
O spalarniach odpadów słyszałem, ale o cieple ze ścieków - nigdy. Ktoś w Polsce z tego korzysta?
- Taka instalacja powstaje obecnie we Wrocławiu, podobne rozwiązania są też testowane w Szlachęcinie. Szacuje się, że zakłady oczyszczania ścieków mogłyby zapewnić nawet 20-30 procent potrzebnego nam ciepła systemowego. Tego typu instalacje z powodzeniem funkcjonują w krajach takich jak Norwegia, Szwecja czy Finlandia.
W jaki sposób to działa?
- Temperatura ścieków waha się od 8 stopni w zimę do nawet 20 stopni w lato. Dzięki temu znacząco zwiększa się efektywność pomp ciepła, które normalnie musiałyby korzystać ze znacznie zimniejszego powietrza. Oczywiście ta jedna technologia nie rozwiąże wszystkich naszych problemów, ale chcę pokazać, że opcji jest naprawdę wiele, także tych mocno nieoczywistych. Każda transformacja jest jak garnitur szyty na miarę, trzeba dostosować ją do lokalnych uwarunkowań. Z innych rozwiązań, można także wykorzystywać ciepło generowane przez zakłady przemysłowe, które zazwyczaj po prostu ulatuje w powietrze.
Częścią inwestycji w ciepłowni ma też być spalarnia odpadów. Na początku miasto twierdziło, że nie wie, czy obniży to rachunki, a dziś przedstawia to jako oczywistość. Jak to zatem będzie?
- Wie pan, tu jest podobny przypadek jak z geotermią…
Z nią też mieliśmy w Radomsku przeprawy. Ostatecznie wody okazały się za zimne.
- Szkoda. Zmierzam jednak do tego, że w poprzednich latach ceny ciepła kształtowały się w przedziale ok. 60-70 złotych za gigadżul. W takiej sytuacji geotermia, która kosztowała 80-100 zł za gigadżul, wydawała się niezwykle droga. Gdy jednak taryfy za ciepło z węgla i gazu wzrosły do 200, a nawet 300 złotych, nagle stała się ona bardzo atrakcyjnym źródłem energii. Być może warto przeanalizować na nowo źródło geotermalne. Podobnie jest ze spalarnią odpadów. Być może ze względu na ceny surowca i wzrost opłat za emisję CO2 ciepło wytwarzane w ten sposób będzie tańsze. Nie mogę jednak stwierdzić tego na 100 procent, rynek ciepła jest dzisiaj bardzo nieprzewidywalny. Ja tu widzę inne problemy. Przede wszystkim taka spalarnia odpadów musi działać przez cały rok, a w związku z tym potrzebuje odpadów do spalenia. Ostatnio pojawiło się jednak tyle projektów nowych instalacji, że za kilkanaście lat spółki komunalne mogą dosłownie wyrywać sobie odpady z rąk. Zgodnie z unijnymi dyrektywami dotyczącymi obiegu zamkniętego mamy także ponownie przetwarzać coraz większą część z nich.
To samo mówił mi parę miesięcy temu Paweł Głuszyński z Towarzystwa na Rzecz Ziemi.
- Jakby tego było mało, istnieją plany, żeby włączyć spalarnie do systemu handlu emisjami ETS. A to może całkowicie podważyć ich ekonomiczną opłacalność. Nie jestem zatem w stanie jednoznacznie stwierdzić czy ceny spadną. Z pewnością wasza spółka komunalna musi jednak wziąć pod uwagę związane z tą inwestycją zagrożenia.
A jak to wygląda z zielonymi technologiami, jeśli chodzi o koszty? Takie miasto jak Radomsko mogłoby sobie na nie pozwolić?
- Wie pan, w ostatnim roku mocno zmieniła się nasza perspektywa względem tego, co uznajemy za tanie, a co za drogie. Koszty odnawialnych źródeł energii, kiedyś uznawane za wysokie, dziś wcale się takie nie wydają. Poza tym wraz z ich upowszechnianiem stają się one coraz tańsze. Według raportu URE średnia cena ciepła wytworzonego z biogazu wyniosła około 40 złotych za gigadżul, kiedy w przypadku gazu ziemnego jest to 80 złotych. Nie możemy jednak patrzeć tylko na uśrednione koszty. Powiedzenie, że OZE jest o połowę tańsze od paliw kopalnych, byłoby nadużyciem. Weźmy taką ciepłownię opartą o ścieki i pompy ciepła. Jeśli oczyszczalnia znajduje się z dala od miasta, to koszt może znacząco wzrosnąć ze względu na straty przesyłowe i konieczność budowy infrastruktury. Wszystko zależy od lokalnych uwarunkowań.
Mimo wszystko każda taka instalacja to koszt co najmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu milionów złotych. Dla miast wielkości Radomska inwestycja nie do udźwignięcia bez dofinansowania.
- Wsparcie finansowe będzie bardzo istotne. To nie ulega wątpliwości. Kluczowe będzie, żeby przedsiębiorstwa ciepłownicze były na to przygotowane i posiadały plan transformacji systemu ciepłowniczego. Polska jest członkiem UE, która ma swoje ambicje klimatyczne. Dlatego już niedługo polskie władze będą musiały przygotować szczegółowe plany osiągnięcia neutralności klimatycznej, z dokładnymi kamieniami milowymi i datami ich osiągnięcia. Już teraz wiemy, że w najbliższej przyszłości gminy powyżej 45 tysięcy mieszkańców będą musiały opracować plany rozwoju sieci ciepłowniczej.
Mamy 43 tysiące mieszkańców, nie łapiemy się.
- Mimo wszystko lokalne władze i przedsiębiorstwa ciepłownicze powinny wiedzieć, gdzie zmierzają i co chcą osiągnąć w perspektywie roku 2030, 2040 czy 2050. Gdy te pieniądze się w końcu pojawią spółki komunalne powinny już mieć gotowe koncepcje. Transformacja nie ominie nikogo, a zamienianie na szybko jednego źródła na inne do niczego nie doprowadzi. No, może poza wyższymi rachunkami za ciepło.
Dzisiaj w Radomsku tylko 19 procent gospodarstw domowych jest podłączonych do miejskiej ciepłowni. Sprawia to, że regularnie lądujemy w czołówce najbardziej zanieczyszczonych miast w Polsce. Zastanawiam się, co powinniśmy z tym zrobić. Wydać pieniądze na rozbudowę sieci ciepłowniczej? A może finansować indywidualne źródła ciepła?
- Czy jeśli powiem: „to zależy”, będzie pan usatysfakcjonowany odpowiedzią?
Niespecjalnie.
- No cóż, niestety, taka jest prawda. W Polsce jest ponad 400 zakładów ciepłowniczych, z których każdy ma swoją własną specyfikę. Nie podejmę się odpowiedzi na to pytanie bez dokonania szczegółowej ekspertyzy. Muszą państwo opracować strategię wspólnie z zakładem komunalnym, przedsiębiorcami i mieszkańcami. Każde rozwiązanie ma swoje wady i zalety. Ciepłownictwo systemowe z pewnością emituje mniejsze zanieczyszczenia, nawet jeżeli spala węgiel czy gaz, a na dodatek jest najwygodniejsze dla indywidualnego odbiorcy. Poza tym oferuje możliwość korzystania z lokalnych zasobów - pojedynczy obywatel nie podłączy się w końcu do oczyszczalni ścieków. W przypadku dużych ciepłowni działa także efekt skali. Czasami jednak ciepłownictwo systemowe się nie sprawdza, na przykład w miejscach z małą gęstością zaludnienia. Wtedy więcej sensu ma montaż fotowoltaiki i pomp ciepła. Jednocześnie jednak mieszkańcy, którzy nadal ogrzewają się spalając węgiel, są współodpowiedzialni za złej jakości powietrze. Warto ich zachęcać do korzystania z programów takich jak „Czyste Powietrze” i wymiany starych kotłów na inne źródła ciepła, na przykład kotły biomasowe, które stają się coraz bardziej popularne. Musicie to zatem dobrze przemyśleć. I to najlepiej szybko, bo czasu na transformację jest coraz mniej.
Rozmawiał Mateusz Patalan
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze