- A skąd ty jesteś? Co robiłeś? Nic? Dwa lata tylko piłeś? Dobra chłopie, posiedź tu, zaraz dostaniesz coś jeść - Remigiusz Staniszewski takich rozmów odbył tysiące. Od 16 lat prowadzi stowarzyszenie Panaceum i sześć ośrodków dla bezdomnych.

Jadalnia mieści się w piwnicy. Przy stoliku siedzi mężczyzna, na oko 50 lat. Brunet, nawet dobrze ubrany. Pijany, choć nie tak, żeby nie nie był w stanie gadać.
- Remek, ty zejdź do niego, bo on podobno jest z twojej miejscowości - krzyczy Jola.
Remek schodzi, siada naprzeciw pijanego. Przez dłuższą chwilę patrzy w oczy, aż brunet zacznie mówić:
Z zawodu jest płytkarzem, ale ostatnio pracował na kolei. Pije dwa lata. Teraz nie pracuje, zwykle kosztuje w melinie. Ale coś mu w głowie zakołatało przed świętami. Myśli go takie naszły, a może inaczej: w melinie go już nie chcieli, bo nie dorzucał się do flaszki? Nie pamięta. Ale zostałby. Może?
Remek przytakuje.
Jest poniedziałek, 23 grudnia, dzień przed Wigilią. Ośrodek dla osób bezdomnych stowarzyszenia Panaceum przy ul. Sucharskiego w Radomsku. Powstał 16 lat temu z ruin. Dosłownie. Te ruiny wyremontowali ci, którzy tu trafiali.
To wszystko przez Remigiusza Staniszewskiego. To on Panaceum wymyślił, wychodził i wybłagał.
***
Gdy wchodzi do pokoju, to jakby sam zajmował go cały. Choć nie ma wzrostu koszykarza i bardziej jest chudy niż szczupły, rozpiera go taka energia, że wygląda na większego. Mówi donośnie i szybko, jakby nie chciał tracić czasu.
Jego telefon dzwoni co chwila.
- To mój budzik. Niby wstaję o siódmej, ale często ktoś dzwoni wcześniej - mówi Remek.
A to ktoś z jednego czy drugiego Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej ma sprawę, a to kierownicy pozostałych pięciu ośrodków Panaceum. Telefon dzwoni też w nocy. Trzecia, czwarta, bez znaczenia.
Ośrodków Panaceum jest sześć, największy w Piotrkowie Trybunalskim. Tam mieszka sto osób, w pozostałych jest po 35 miejsc. Ale zimą, zwłaszcza w mrozy, podopiecznych jest znacznie więcej.
On, Remek, musi to wszystko spiąć. Dlatego zawsze pamięta, by bateria w telefonie była naładowana.
***
Kiedy już dotrze do biura, zaczynają zjeżdżać kierownicy. Jedni po zaopatrzenie, inni po dokumenty. Remek chwilę podyskutuje, ustali co jest do zrobienia i biegnie dalej. Trzeba porozdzielać zadania. Jedni pracują w lesie, inni zajmują się świnkami i owcami, bo stowarzyszenie ma własne hodowle. Ma też sprzęt gospodarczy i trzy ciągniki. No to trzeba czasami naprawić, pospawać. Remek jako jedyny jest zawodowym spawaczem, więc bierze się za robotę.
Ten spawacz to nie wszystko. Jest też pszczelarzem, bo w jednym z ośrodków jest i spora pasieka.
Sam mógł wszystko ogarnąć, jak Panaceum prowadziło tylko ośrodek na Sucharskiego w Radomsku. Ale się rozrosło. Panaceum dziś zatrudnia 13 osób. Sam Remek skupia się na sprawach technicznych: remonty, budowy, naprawy. Ma wiedzę i umiejętności, to je wykorzystuje.
Po naradzie z pracownikami rusza w drogę. Akurat trwa remont placówki w Piaszczycach. Musi sprawdzić, jak postępują prace. Stamtąd do Włynic, bo ciągnik nawalił. A potem do Myszkowa. Dzwonili, jest sprawa, pojedzie, a to ładnych parę kilometrów do pokonania.
Niby powinien kończyć o 16, ale bywa i tak, że odbiera syna ze szkoły, a potem wraca do pracy.
Mówi, że czas dla siebie i syna dosłownie kradnie. Stara się mu go poświęcać jak najwięcej.
***
Dzwoni telefon. To urząd gminy Gidle. Chodzi o fakturę. Remek przekazuje rozmówcy telefon do Doroty, jego prawej ręki. To ona pilnuje papierów.
Dzisiaj nie pracuje już z podopiecznymi tyle co kiedyś. Stowarzyszenie mocno się rozrosło. Udziela pomocy 500 bezdomnym rocznie, trzeba mieć zaufanych współpracowników.
Kolejny telefon. Tym razem sprawa prywatna. Partnerka Remka martwi się jak przejedzie przez miasto, bo wszyscy robią przedświąteczne zakupy. Korki niemiłosierne.
- Nie pomogę, bo mnie tu ktoś właśnie przesłuchuje. Człowiek z gazety - mówi.
***
W mieście traktują go jak pogotowie dla bezdomnych. Przyzwyczaił się. W końcu co policja ma zrobić, jak znajduje nad ranem dziewczynę pałętającą się po ulicy, która nie ma gdzie iść, bo ją z domu wyrzucili?
Gdyby nie ośrodki Panaceum, gdyby nie Remek i ludzie, ich trzeźwiejący dziś podopieczni dalej staliby przed Biedronkami i Lidlami i żebrali o złotówkę. Spali na działkach, w kanałach, zbierali złom, kradli.
- Piszą do mnie ludzie z Niemiec, z Irlandii, Anglii, z Polski też. Ci, którzy z tego wyszli i teraz żyją na trzeźwo. To z ich powodu wstaje się każdego dnia - mówi.
***
W tej robocie trzeba mieć twarde siedzenie. Wiedzieć, jak jest naprawdę. Ludzie zawsze opowiedzą, że zostali wyrzuceni, że żona wystawiła walizki, a matka zamknęła drzwi przed nosem. W tym jest 1 procent prawdy. Dziewięciu na dziesięciu nie widzi swojej winy. Zła jest rodzina, żona, ojciec, matka. To nie oni spieprzyli sobie życie, tylko im spieprzono.
Dlatego Panaceum daje nie tylko jedzenie, ubranie i spanie. To za mało. Podopiecznym trzeba zaoferować możliwość zmiany. Jeśli będą chcieli, skorzystają.
Remek zawsze podkreśla, że nikogo nie da się do tego zmusić. Mówi:
Kolego, rozumiem, że spotkało cię coś złego. Sam też byłem na dnie, na dworcu w Warszawie. Potem trafiłem do ośrodka w Ozorkowie. Jak wszedłem na wielką salę, gdzie stało 40 łóżek, to się rozpłakałem. Miesiąc siedziałem na tym łóżku i dochodziłem do siebie. Słuchałem ludzi. Opowiadali, że mieli dwie chałupy, dwa samochody, sklep, firmę, hurtownię. Myślałem: jaki ja jestem szmaciarz, jaki łachudra, ja nawet siodełka do roweru własnego nie miałem, zawsze kradzione. A potem wyzdrowiałem.
***
Kolejny telefon. sekretarka łączy z wójtem.
- Dzień dobry panie wójcie, Remigiusz z tej strony. Mam dwie sprawy i już nie zawracam głowy. Ta babka, co mi owce sprzedała, pamięta wójt? Posiałem do niej numer telefonu. Nie ma pan? To może stacjonarny? Dziękuje. Teraz druga sprawa. Panie wójcie, zdrowych, spokojnych, pełnych radości i pogody ducha świąt życzę. Od nas tu wszystkich. A po Nowym Roku może spotkamy się na kawę?
***
Do Panaceum trafiają przede wszystkim ci z problemem alkoholowym. Starsi. Tych kilku młodszych popłynęło przez dopalacze, rzadziej narkotyki.
Remek nie udaje, że zbawi świat. Wie, że nie zbawi nawet tych, którzy do niego trafią.
Pisze na kartce liczbę „500”. Tylu rocznie ma podopiecznych we wszystkich ośrodkach. Obok pisze „5”. Mówi: jeśli ta piątka wyprostuje swoje życie, to warto.
Jak ktoś wyobraża sobie, że ludzie przychodzą do Panaceum po pomoc, jest w błędzie. Większość przychodzi odpocząć, zregenerować się, doprowadzić do jako takiego porządku. Potem wraca do picia.
Kto chce zmiany, idzie na terapię. Rozpoczyna proces, który trwa wiele lat. Jeśli da radę.
***
Remek odbiera kolejny telefon.
- Co tam Marcin?
To kierownik jednego z ośrodków. Opowiada o mężczyźnie który wrócił do Panaceum nietrzeźwy. Kolejny raz. Trzeba podjąć decyzję. - Drugi raz nawalił i ja go nie chcę - oznajmia kierownik.
Bo kto pije, nie może zostać. Nie ma przebacz. Podstawowa zasada: dostaniesz pomoc, jak będziesz trzeźwy. Albo radź sobie sam. Litości nie będzie.
Kierownik mówi, że ten pijany to nawet pracował. Remek odpowiada: - Jak pracuje i pije, to niech sobie hotel wynajmie.
***
Remek rzadko płacze. Jest urodzonym optymistą. Uważa, że nie ma rzeczy niemożliwych i wszystko jest do ogarnięcia.
Przez pierwsze pięć lat swojego trzeźwienia był kłębkiem nerwów. Strasznie niepoukładany. Zresztą, teraz też nie jest. W sumie to najlepsze określenie to człowiek-chaos. Jego partnerka mówi, że nie ma w nim schematów. Jest nieprzewidywalny. A jaki on może mieć schemat, skoro wstaje rano i z dokładnym planem, co zrobi tego dnia, a tu jeden telefon i cały plan można sobie wsadzić w d… Kiedyś go to denerwowało, teraz żyje na luzie. Po prostu robi to, co trzeba.
Remigiusz Staniszewski, prezes Stowarzyszenia Centrum Pomocy Panaceum, sam był bezdomny i uzależniony od alkoholu. 16 lat temu założył pierwszy ośrodek dla osób bezdomnych. Dzisiaj jest ich sześć. Podopieczni Panaceum są widoczni w mieście, współpracują z Miejskim Ośrodkiem Pomocy Społecznej i innymi miejskimi placówkami.
Janusz Kucharski
jk@radomszczanska.pl
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze