Początek marca 2020 roku, środa, późne popołudnie. Nasz dziennikarz odbiera telefon.
- Słyszałeś?
- Ale co?
- W szpitalu leży kierowca, który wrócił z Włoch. Ma koronawirusa.
Chwytamy za telefon i sprawdzamy. Przemysław Drozdek ze Szpitala Powiatowego nie udziela żadnych informacji, odsyła do wojewody. Tylko on o koronawirusie rozmawia z mediami. A właściwie jego rzecznik. Udaje się nam dowiedzieć, że kierowca zgłosił się do naszego szpitala po powrocie z trasy, ale okazało się, że jeszcze przed wyjazdem przeziębił się i nie ma to nic wspólnego z koronawirusem.
Umieszczamy informację na stronie radomszczanska.pl. Tytułujemy: „Kierowca z podejrzeniem koronawirusa w szpitalu w Radomsku? To plotka”.
W piątek dociera do nas informacja, że do szpitala przyjechała wojskowa ciężarówka. Ustalamy, że przyjechał transport maseczek, które są konieczne w przypadku podejrzenia, że ma się kontakt z zarażonym. Dla personelu. Takie transporty dostały też inne szpitale, które mają oddziały zakaźne. Rozmawiamy z lekarzami, którzy mówią, że ludzie sami podsycają emocje, wystarczy myć ręce i dbać o higienę i nic nam nie grozi.
Kolejne plotki
W środę 4 marca w szpitalu odbywają się ćwiczenia. Strażacy stawiają namioty, takie przenośne izby przyjęć. Muszą być gotowi na wypadek epidemii. Ćwiczenia zakończone sukcesem.

W czwartek 5 marca kolejna wiadomość. Laboratorium w Łodzi będzie przeprowadzać testy na obecność koronawirusa. Po 12 godzinach będzie wiadomo, czy pacjent go ma. Po południu zarząd powiatu zaprasza dziennikarzy na konferencję. Mówi o tym jak się zachować, jeśli wydaje się nam, że jesteśmy chorzy. Nie wychodzić z domu, na pewno nie iść na szpitalny SOR, najpierw zadzwonić do Sanepidu. Oni powiedzą, co trzeba zrobić.
W piątek kolejna plotka. Podobna do tej o kierowcy z Włoch. O pacjencie z Przedborza. Jak zawsze sprawdzamy. Przedborzanin był w Azji, ale gdyby się zaraził, objawy wystąpiłyby już dwa tygodnie temu. Nie miał też gorączki. Został odizolowany, próbka pojechała do badania.
W sobotę 7 marca informujemy o chłopcu, którego rodzice wrócili z Włoch. Ich syn dwa dni później był w szkole w Szczepocicach. O wyjeździe rodziców powiedział nauczycielce, ta dyrektorce, a ta zadzwoniła do Sanepidu. Rodzice zabrali chłopca z lekcji. Wójt gminy Radomsko Roman Radczyc uspokajał, że szkoła jest dezynfekowana, a dzieci bezpieczne.
Za każdym razem weryfikujemy informację, publikujemy i uspokajamy.
Niedziela 8 marca, ok. godz. 14. Na postój w porcie Radomsko zatrzymuje się kierowca TIR-a. Jechał z Włoch. Poczuł się źle i zadzwonił do matki. Ta zadzwoniła po pomoc. Przyjeżdża karetka, załoga w strojach ochronnych. Przyjeżdża też policja. Okazuje się, że kierowca nie chce iść do szpitala. Twierdzi, że nie ma objawów, czuje się dobrze, mimo, że kilka godzin wcześniej miał gorączkę i bolały go mięśnie. Trwają negocjacje. Nie wiadomo, czy trzeba będzie i czy można użyć siły. W końcu późnym wieczorem mężczyzna sam wsiada do karetki. Do szpitala w Łodzi jedzie także jego zmiennik, który czuje się dobrze, ale musi zostać poddany kwarantannie.
W poniedziałek rano Regionalna Izba Handlowo-Przemysłowa informuje, że na razie odkłada na później IV Radomszczańskie Forum Przedsiębiorczości. Z powodu zagrożenia koronawirusem.
I kolejne plotki: o sprzątaczce w ZUS-ie, której mąż wrócił z Włoch i dlatego ZUS jest zamknięty. I o dziewczynce w PSP nr 1, która poczuła się źle. Dyrektor miał wezwać pogotowie. Kiedy pytamy dyrektora Jedynki ten odpowiada, że on też ją słyszał. Nikogo nie wzywał, żadne dziecko nie poczuło się źle.
Ta panika niejedną ma twarz. Czy to tylko media? Nie do końca. Jest się czego bać. Powodem jest przede wszystkim szybkość rozprzestrzeniania się wirusa i śmiertelność. Większość zarażonych przechodzi chorobę łagodnie, najciężej osoby starsze i przewlekle chore. Na zwyczajną grypę rocznie choruje w Polsce ok. 3 mln ludzi. W sezonie 2018/2019 w Polsce na grypę zachorowało 3,6 mln osób. Zmarły 123. To promil. Gdyby śmiertelność z powodu grypy wynosiła tyle, co z powodu koronawirusa (3,4 proc.), w sezonie zmarłyby 122 tys. ludzi.
Dlatego władze dmuchają na zimne.
Zapasy na wszelki wypadek
- Maseczek nie ma w aptekach, bo nie ma ich w hurtowaniach. Preparaty antybakteryjne są, ale ceny są szokujące. Z lekami różnie bywa. Są chwilowe braki, ale staramy się je na bieżąco uzupełniać. Szaleństwo dotyczy raczej preparatów dostępnych bez recepty, które wzmacniają odporność. I właśnie specyfiki antybakteryjne, te sprzedajemy na pniu - opowiada farmaceutka.
W niewielkim sieciowym sklepie pytam ekspedientkę, czy ludzie wykupują towary na zapas w związku z koronawirusem. - Raczej nie zauważyłam, żeby jakoś specjalnie wykupywali - odpowiada. - Na pewno trochę więcej suchych produktów się sprzedaje. Ale niech pani patrzy na tego faceta!
Pokazuje starszego mężczyznę, który mocuje się ze zgrzewką cukru. 10 kilo. Niby nic niezwykłego, ale przy kasie czeka na niego dwóch znajomych, którzy już wcześniej zrobili zakupy. Pytają, po co mu tyle cukru. - To nie wiecie, że epidemia do nas idzie? I co, wtedy już nie kupię, bo nie będzie. Jeszcze do mnie przyjdziecie po prośbie, jak już nigdzie nie będzie - odpowiada starszy pan.
Czy to mały, czy duży sklep z produktami spożywczymi, w każdym z nich ekspedientki potwierdzają, że tak, mieszkańcy robią większe zakupy.
W popularnym dyskoncie nie ma makaronów. Wymiecione. Może promocja? Znajoma, która pracuje w tym sklepie mówi, że to z powodu fali zakupu przez klientów tzw. suchych produktów. A przecież epidemii w Polsce nie ma. - Klienci wykupują różne rzeczy. Skończył nam się na przykład spirytus, taki półlitrowy. Ale biorą też suche jedzenie: kasze, makarony, ryże - wylicza. - Takie z długimi terminami trwałości. Zaczęło się zaraz po informacji o tym pierwszym zarażonym. To są większe ilości, już mamy dni z dwa razy większym utargiem. Trzy razy dziennie dokładamy makaron.
- W sumie to my nic nie wiemy. W telewizji nie mówią prawdy. Skoro tyle osób przyleciało z Chin, drugie tyle samo wróciło z różnych części świata, to jakim sposobem tak długo nie było zarażonych? Czy ktoś to w ogóle sprawdzał? Mam znajomą lekarkę, której synowa pracuje w szpitalu w Łodzi. Ona mi powiedziała, że już wcześniej trafiły tam dwie osoby chore na koronawirus i ponoć jedna z nich zmarła - przestrzega Halina. - Uważam, że powinno się zrobić zapasy. Jakieś puszki, makarony, ryż. Choć o siebie to się tak nie martwię, jak o dzieci i o wnuki. Tym bardziej, że muszę pójść do lekarza, żeby wypisał mi leki.
Anna nie obawia się zarażenia. Wśród swoich znajomych nie widzi paniki. - Nie ma mowy, żebym ulegała takiej obawie przed epidemią i robiła zapasy.
Podobnie Elżbieta. Sama nie czuje strachu. W jej otoczeniu temat jest marginalny.
- Usłyszałem, że we Włoszech już umarło kilkaset osób, a to przecież taki cywilizowany kraj. Myślę o tym. Jak tu wyjść do lekarza? Bo to nowa sytuacja. A jestem w przedziale podwyższonego ryzyka, bo to już wiek jest. Cały czas gdzieś wychodzę, bo trzeba. Boję się, jak wszyscy - zdradza swe obawy Antoni.
Mama mnie nakręca?
Emila, który niedawno wrócił z północnych Włoch, zaskakuje sytuacja w kraju. - We Włoszech to mówią, że umarły te osoby, które miały inne, poważne choroby. A reszcie ten wirus to grozi jak grypa. A mnie moja mama tu nakręca, żebym robił zapasy z makaronu. Poszedłem do sklepu. Gdy kaszlnąłem, to wszyscy chcieli mnie wzrokiem zabić - śmieje się.
- Obawy przed epidemią są zrozumiałe. Ale u nas na szczęście nie ma o niej mowy. Powinniśmy robić, co w naszej mocy, żeby stan bezpieczeństwa utrzymać. Do tej pory spotkałam się z jedną tylko osobą, która chciała wykupić leki na zapas. Nie zauważam paniki. Choć w pewien sposób wszyscy tym żyjemy. Mam nadzieję, że taki stan podwyższonej uwagi sprawi, że poprawi się poziom higieny w naszym społeczeństwie. To może przynieść też taki pożytek, że poczekalnie nieco się wyludnią. Wielu się przekona, że nie trzeba z każdą dolegliwością udawać się do przychodni - mówi lekarka w gminnej przychodni. - Ale mam też baczenie na swoje zachowanie. Wspólnie z koleżankami z przychodni chciałyśmy kupić 20 kilogramów cukru w darze dla kresowiaków. W porę jednak przyszła mi do głowy myśl, żeby samej nie kupować takiej ilości, bo jak mnie zobaczą w sklepie pacjenci, to mogę wywołać panikę - śmieje się lekarka.
W piekarni słyszę opowieści o kierowcy TIR-a w Radomsku, u którego zaistniało podejrzenie, że jest zarażony koronawirusem - No, panie Staszku, żarty się skończyły. Już i u nas jest koronawirus - pani zza lady poważnym głosem zwraca się do klienta.
Na to inny mężczyzna stojący w kolejce: - No to teraz już wojny nie trzeba, a będzie po nas.
Największe obawy przed chorobą mają starsi radomszczanie. Bo znajdują się w grupie podwyższonego ryzyka. Poza tym martwią się o bliskich.
- Ja to już jestem stara, swoje przeżyłam. Ale co z młodymi? Nie wiadomo, jak to u nas będzie. Najpierw u nas długo go nie było, a teraz jak już jest, to wiadomo, że kilkanaście osób jest zarażonych. A może jest więcej. Bo nam na pewno wszystkiego nie mówią - twierdzi pani Maria.
Starsi robią zapasy robią też dlatego, że zawsze mają w domu czegoś więcej, na wszelki wypadek. Pamiętają czasy niedoborów, kryzysy polityczne, brak zaopatrzenia. A młodzi? Bawią się robiąc memy.
- Fajnie by było, jakby u nas chociaż jeden przypadek był, bo szkołę by nam zamknęli - na samą myśl o takiej perspektywie nastoletni Michał zaciera ręce. - Szkoda tylko, że nam imprezy poodwoływali. Mieliśmy jechać na festiwal, niestety, odwołany przez organizatora. Przesadzają - dodaje.
W środę premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że na dwa tygodnie zamknięte zostaną szkoły, przedszkola, żłobki, kluby dzięcięce. Działalność zawieszą muzea, kina i teatry. Jako pierwszy w Radomsku poinformował o tym Miejski Dom Kultury. Potem MOSiR. A dyrektorzy szkół ponformowali rodziców, że od poniedziałku nie ma lekcji.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze