Reklama

Mariusz Małachowski i Marek Kowalczyk przebiegli prawie 115 km. Dla siebie i dla innych

Ultra Jura 100+. Tak radomszczanie, którzy biegają od kilku lat. ale do tej pory nigdy na takim dystansie, nazwali to, co zrodziło się w ich głowach kilka tygodni wcześniej. Chcieli udowodnić sobie, że potrafią, a przy okazji zachęcić do pomocy fundacji Kawałek Nieba

 

Wystartowali w nocy z krakowskiego rynku, a po kilkunastu godzinach i 114 km i 800 metrach oznajmili - daliśmy radę. Byli wtedy z grupą przyjaciół, którzy wsparli ich na trasie, w Olsztynie koło Częstochowy. Na swoich profilach podali numer konta Fundacji Pomocy Dzieciom i Osobom Chorym Kawałek Nieba (31 1090 2935 0000 0001 2173 1374) i liczyli, że złotówek będzie przybywać. A o tym co spotkało ich na trasie napisali po powrocie do domu. A działo się sporo.

Reklama

"Inicjatywy biegu, w którym chcieliśmy złamać granicę 100km zrodziła się podczas wspólnego biegu, a raczej holowania przez Marka nas Nagonce. W czerwcu mieliśmy w głowach już całą wizję trasy, która była szczególnie dla mnie wyjątkowa zarówno miejsce startu jak i meta. Uznaliśmy też, że biegnąc dla siebie możemy spróbować pomóc komuś,dlatego też wybraliśmy Fundację Kawałek Nieba, która ratuje życie dzieci chorych na nowotwory i inne ciężkie choroby. Planowo start miał nastąpić o 3 w nocy, ale PKP zmodyfikowało nasz plan opóźniając odjazd o 120 min. 5 rano jesteśmy na Rynku Głównym w Krakowie, kilka uwag i lecimy w kierunku Ojcowa. Pierwszy postój żywieniowy zaplanowaliśmy na 20 km w Ojcowie, kolejny na 40 km w Sułoszowej, niekończącej się wsi. Uzupełnienie wody, cola, baton i lecimy do Ryczowa, gdzie mają czekać Piotrek z Danielem, by wspierając nas, zrobić swoje pierwsze ultra.

Ten odcinek dla mnie osobiście jest najtrudniejszy, kryzysowy: trasa lekko pod górkę, morze piachu i żar z nieba. Na widok chłopaków przychodzi radość. Razem biegniemy do Ogrodzieńca, gdzie zaplanowaliśmy posiłek w miejscowej knajpie. Pomidorowa i piwo na pół daje mega kopa, po 20 min wybiegamy na dalszą część trasy, przed nami jeszcze 49 km. Kolejny etap to Morsko, podążając w jego kierunku ustalamy, że zupa była tak dobra i trafiona, że również tam zapodamy ją sobie. Niestety, nie ma pomidorowej, bierzemy barszcz biały i herbatkę z malinową nalewką (ja) - kiedyś pani w Bieszczadach powiedziała, że rozrzedza krew w płucach.
Marek wyciąga swoje magiczne tabletki, częstuje nas i mając w głowie te 38 km do mety lecimy do kolejnego etapu w Mirowie. Niestety, kilkaset metrów od baru Daniel przeskakując powalone drzewo źle staje, ucieka mu kostka i widzimy, że nie jest dobrze. Pokonuje dzielnie razem z nami 7 km i podejmuje najwłaściwszą decyzje o rezygnacji z dalszego biegu. Do Mirowa docieramy już w trójkę, nie robimy żadnej przerwy, ustalamy plan biegowy: 5 km biegu, 1 km marszu, ale Marek mając kontrolę nad zegarkiem przeciąga bieg, a skraca marsz. Już tylko lekko ponad 20 km do Olsztyna.

Reklama

Biegniemy lasem, jest już ciemno, i w pewnym momencie przed nam chrumka i wyskakuje na drogę stado dzików - ciekaw jestem jaki mieliśmy czas na tym 200 m nawrocie. Bierzemy patyki w ręce i krzyczymy głośno truchtając w kierunku dzików.… Uff, uciekają. Wybiegamy na drogę na Zrębice, to już tylko niecałe 10 km. Zmęczenie mięśniowe daje już porządnie o sobie znać, ustalamy 500 m biegu i 500 marszu. Czeka nas jeszcze 2 km lasu po skręcie za stawami w Zrebicach. Mordy już się cieszą kiedy na busoli pojawia się magiczna liczba 1,7 km.

Razem z Piotrkiem przedrzeźniamy się z Markiem, że nie widać zamku ani łuny światła nad Olsztynem. Wybiegamy tuż za ruinami zamku, widać już rynek.Udało się coś, co wydawało się kilka miesięcy temu niemożliwe, staje się to faktem.

Reklama

Widząc z kilkudziesięciu metrów witającą nas ekipę Rozbiegajmy Radomsko dostajemy takiego kopa radości! Po 17 godzinach i ponad 30 min wbiegamy na Rynek w Olsztynie pokonując 114,8 km. Cała trasę, mimo bólu i zmęczenia, dopisywał nam humor. Pokonywać taki dystans z takimi wariatami to przyjemność. Mam też nadzieję, że udało się pomoc FKN i zebrać jakaś fajną kwotę na leczenie dzieciaczków. Informacje te otrzymam jutro lub we wtorek, będę dzwonić" - pisze Mariusz.

"Mieliśmy wyjechać już po północy, ale pociąg spóźnił się delikatnie 120 minut. Wystartowaliśmy o piątej i już misterny plan szlag trafił. Pierwsza godzinka przebieżka przez Kraków, nic ciekawego poza gimbazą leczącą nocne rany przy Rynku. Potem osiedla deweloperskie, też smutno. Dalej już lepiej: Ojców, Pieskowa Skała. Pusto i świetnie. W Sułoszowej kawał dalej pierwsze zakupy na punkcie kontrolnym w sklepie i jazda pod górkę. Słonko aż do Ryczowa nam dowaliło niesamowicie. Tam też (chyba na 64 km) dołączył Piotrek z Danielem. Chłopaki zagadali co nieco, morale wzrosło. Parę kilometrów dalej w Podzamczu burza, obsuwka o jakieś 45 minut. Potem lecimy koło Okiennika do zamku w Morsku. Tam przy zbiegu Daniel skręca kochę, pod Kotowicami zostawiamy go na pastwę losu. ;) Potem zaczyna się dogorywanie, sił brakuje na jakieś normalne tempo, jeszcze jakieś dziki robią zadymę w lesie, że musimy spitalać. Setkę robimy w Czatachowej. I meldujemy się w nocy w Olsztynie." - Marek jest oszczędniejszy w słowach. Obu gratulujemy pomsyłu i realizacji.

Reklama

(fot. Damian Wawrzyniak)

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości