- Jest trochę jak w Big Brotherze - mówi rano żona. Coś w tym jest. Właśnie rozpoczął się drugi dzień naszej kwarantanny. Ona robi kawę, córka w swoim pokoju ma pierwszą lekcję, a ja od pół godziny przy komputerze. Wczoraj wieczorem dwa razy przestawiałem budzik w zegarku, bo uznałem, że w poniedziałek wstałem zbyt późno. Najpierw o kwadrans, po chwili zastanowienia o kolejny. Bo mimo że jestem w domu, to z pracy, czyli z dużego pokoju (też macie takie w blokach?) wyszedłem po południu. Nieważne, nie skarżę się, mam tak prawie w każdy poniedziałek. Tylko, że w redakcji żona nie pyta, czy dżem z dyni wyszedł dobry. A wyszedł.
Płatny dostęp do treści
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną prenumeratą cyfrową. Skorzystaj z subskrypcji
Komentarze