W czwartek 2 kwietnia na miejskim targowisku panował spory ruch. Stoiska z warzywami, wędlinami, pieczywem i świątecznymi dekoracjami przyciągały radomszczan, którzy chcieli dopiąć swoje wielkanocne przygotowania. To był ostatni taki rynek przed świętami, więc wielu mieszkańców postanowiło wykorzystać okazję do końca, przechodząc od stoiska do stoiska i dopytując o ostatnie potrzebne produkty.
Pomiędzy alejkami z koszykami, kwiatkami w przeróżnych kolorach oraz warzywami spotkaliśmy osoby, które wciąż kompletowały swoją świąteczną listę zakupów. Jedni szukali świeżych warzyw, owoców, inni rozglądali się za „tą jedyną” wędliną na wielkanocny stół, często wracając do sprzedawcy, którego znają od lat. Wielu kupujących podkreślało, że właśnie tutaj, na ul. Targowej, mogą znaleźć to, czego najbardziej oczekują od świątecznych produktów po świeżość, jakość po znajome twarze sprzedawców.
Dla mieszkańców to nie były tylko zakupy „z obowiązku”. Sporo osób mówiło, że przychodzą na targ tuż przed świętami z przyzwyczajenia i z sentymentu. Żeby zamienić kilka słów ze sprzedającymi, podpytać o najlepszy kawałek mięsa albo sprawdzony ser na świąteczne śniadanie. W ich głosach słychać było lekką przedświąteczną gonitwę, ale też radość z nadchodzących wspólnych chwil przy wielkanocnym stole, trochę zmieszaną z codzienną krzątaniną.
- Na pewno muszę jeszcze dokupić jajka - przyznaje kobieta w średnim wieku. - Przed chwilą wzięłam jabłka. Całkiem bym zapomniała, że jeszcze trochę wędliny, jakąś szyneczkę do koszyczka powinnam wziąć - wylicza, zerkając w głąb torby.
Kilka stoisk dalej starsza pani, opierając się na lasce i ciągnąc za sobą torbę na kółkach, pakuje do reklamówki kaszę jaglaną i płatki owsiane. - Dopiero zaczęłam zakupy, nie mam jeszcze konkretnej listy. Muszę się rozejrzeć i zobaczyć, czego mi brakuje - tłumaczy.
Sprzedawca, który od lat ma tu stoisko z bakaliami i przyprawami, mówi, że dziś klienci najchętniej wybierają rodzynki do ciast. Dużym zainteresowaniem cieszą się też ogórki kiszone oraz przyprawa „Kuchcik”, coś w rodzaju „Vegeta”, ale bez glutaminianu sodu, więc chętnie sięgają po nią osoby pilnujące zdrowej diety. Wśród przypraw najlepiej schodzi majeranek i liść laurowy.
- Właśnie wróciłam z zakupów. Mam już pomarańcze, jabłka, gruszki, marchewkę, borówki do koszyczka i czekoladowe jajeczka - opowiada kolejna klientka, zadowolona, że wszystko udało się skompletować. Teraz mam już wszystko, czego potrzebuję, mogę spokojnie szykować się do świąt.
Przy straganie z warzywami i owocami od razu w oczy rzucają się błyszczące, świeże truskawki. To one przyciągają dziś najwięcej chętnych, tutaj ustawił się chyba najdłuższy ogonek kupujących.
- Wszystkiego jeszcze nie mamy. Jesteśmy dopiero w trakcie zakupów - mówi mężczyzna, który cierpliwie czeka, aż sprzedawczyni zważy mu owoce. - Czego jeszcze brakuje? Mięsa. To musimy kupić na świeżo - dopowiada jego żona, rozglądając się po stoiskach.
Po drodze zatrzymujemy się przy stoisku pełnym wiosny. Na niewielkim kawałku chodnika sprzedawczyni ustawiła gęsto doniczki - żółte żonkile, pachnące narcyzy i kolorowe bratki tworzą mały, własny ogródek.
- Przed świętami najczęściej schodzą żonkile - przyznaje. - To one ludziom najbardziej kojarzą się z tym czasem. Jedni stawiają je na świątecznym stole, inni sadzą na rabatkach, sporo bukietów jedzie też na cmentarze.
Przy stoisku ze słodyczami spotykamy około siedemdziesięcioletnią radomszczankę, która trzyma w dłoni kartkę z długą listą rzeczy do kupienia jeszcze tego dnia. Mówi, że na pierwszym miejscu są borowiny do koszyczka, reszta to już tylko drobiazgi. Zakupy spożywcze i całą resztę zrobiła tydzień wcześniej.
- Ile kosztują takie kapcie? - zagadujemy kobietę na stoisku tuż przy wejściu na targ.
- Od 20 do 30 zł. Wszystkie są ze skóry - odpowiada sprzedawczyni i spogląda na rozłożone pary.
Mówi, że tego dnia sprzedała tylko kilkanaście sztuk. Na placu widać większy tłok niż zwykle, ale na utargu to się nie odbija. Ludzi więcej, ale portfele jakby bardziej zamknięte
Na targu od razu widać, co przyciąga kupujących. Największy ruch jest przy stoiskach z kurtkami i płaszczami, tam ludzie oglądają, przymierzają, pytają o ceny. Inne stragany z odzieżą stoją praktycznie puste, przechodnie mijają je obojętnie, nawet się na chwilę nie zatrzymują.
Podchodzimy do jednego z takich omijanych stoisk. Sprzedawca bez żadnych wstępów mówi, że dziś praktycznie nic nie sprzedaje, a ruch jest żaden.
- Ludzie już nie chcą kupować od lokalnych producentów - wzdycha. - To, co pani teraz widzi na rynku, to może 30 procent tego, co było rok albo dwa lata temu. Z roku na rok przychodzi tu coraz mniej osób. A przecież mamy świeży, porządny towar, i mówię nie tylko o ubraniach, ale też o rolnikach i ich produktach.
Jak tłumaczy, wielu klientów wybiera markety i ich „-okazyjne oferty" zamiast zakupów u lokalnych sprzedawców.
- Duże sklepy kuszą gratisami i hasłami w stylu: „kup trzy, a czwarty dostaniesz za darmo”. I ludzie w to idą. Uciekają z rynku – mówi z wyraźną goryczą. - Rozumiem, że mają ograniczony budżet. Ale są wpychani w taki styl życia marketingiem i zagraniczną polityką handlową. Lecą do marketów jak ślepe owce, bo wydaje im się, że coś dostają za darmo. Szkoda, że nikt nie siada i nie liczy, bo prawda jest taka, że nikt niczego za darmo nie rozdaje.
Na potwierdzenie przywołuje przykład z tłustego czwartku, kiedy szczególnie widać różnicę w cenach i podejściu kupujących.
- W sieciówkach pączki chodziły po 69 groszy, a w zwykłej cukierni trzeba było zapłacić 3-4 złote – opowiada coraz bardziej poruszony. - I nikogo nie interesowało, z czego ten tani pączek był zrobiony. Ludzie brali, bo był tani, nie zastanawiając się nad jakością.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze