Jak Ruch przyjechał mnie wykupić z Czarnych Radomsko, to stałem na zewnątrz i przez otwarte okno słyszę, jak prezes mówi: wy chcecie tego Benigera do Ruchu? Panie, bierz pan go, ale tu mi kaktus wyrośnie, jak on się załapie do pierwszego składu? Przyjechałem po miesiącu i mówię do niego: pokaż pan dłoń. Wzięli za mnie trzy tysiące złotych. A mogli wziąć 300 tysięcy. - RKS Radomsko świętuje 40-lecie, więc przypominamy rozmowę z legendą radomszczańskiej piłki, Janem Benigierem.
GAZETA RADOMSZCZAŃSKA: Siedzimy przy jednej z szachownic na placu 3 Maja. W rozmowie telefonicznej, kiedy się umawialiśmy na to spotkanie, wspomniał pan o pomniku żołnierzy radzieckich, którego chyba dzisiaj już nikt nie pamięta...
JAN BENIGIER: Bo ja się tu urodziłem. O, w tamtym bloku. Armii Czerwonej 3. Taki był wtedy adres. Kiedy stąd wyjeżdżałem do wojska, miałem niecałe 20 lat. Tu się wychowałem, tu się bawiłem w Krzyżaków. Za tym pomnikiem właśnie. Tu chyba gdzieś stał, prawda? Oczywiście ze swoim nazwiskiem byłem Krzyżakiem. A zza tego pomnika to myśmy straszyli. Ludzie przychodzili, były jakieś wieńce zawsze podczas uroczystości. Myśmy zresztą na tych żołnierzy wchodzili, siedziałem na ich plecach. Czasem przychodził „Garsija”, tak ludzie mówili na dzielnicowego, i mówił: Benigier ty łotrze! Do ojca zaraz pójdę! A tam z boku, widzi pan tę zieloną ławkę? To była ławka z napisem - dla bezrobotnych. To my zrobiliśmy ten napis. A ja byłem najmłodszy. To był nasz park i nasz plac zabaw. Takie mieliśmy zabawy (śmiech)
W zabawie w Krzyżaków pewnie pan ginął?
- Nie. Zawsze wygrywaliśmy, ja z bratem. To było niesamowite, piękne dzieciństwo. Jeśli ktoś miał takie dzieciństwo, to na pewno do niego wraca. Wychodziło się wcześnie rano, a wracało po zmierzchu. Mama krzyczała na mnie: Januszek, Januszek! A ja wyskakiwałem skądś cały brudny i umorusany.
Dzisiaj trudno dzieci wygonić na dwór.
- A ja tu miałem swoich sparingpartnerów.

(reprezentacji Polski, rok 1976. Jan Benigier w dolnym rzędzie, szósty z lewej, fot. PZPN)
To boks też pan uprawiał?
- Nie, do piłki nożnej sparinpartnerów.
A gdzie tu można było grać w piłkę?
- Na Fabianiego. Na ulicy. Jak się przeszło przez naszą posesję, to z drugiej strony wychodziło się na Fabianiego. Tam był budynek pana Chłapowskiego i szpital. A wjazd do szpitala był z drugiej strony. Tam na ulicy nikogo nie było. To myśmy z jednej strony kładli dwie cegły, z drugiej dwie cegły, i hurra i graliśmy, aż się ściemniło. I dlatego nauczyłem się tak dryblować, bo zawsze grałem w niedowadze. To znaczy ich było więcej, w przeciwnej drużynie, ale zawsze wygrywałem. Jak poszedłem do szkoły i nauczyciel na WF-ie powiedział, robimy dwa zespoły, Jurek, Marek, wy wybieracie, to za pierwszym razem mnie nie wybrali. I potem też jakiś czas nie wybierali. Bo byłem mizerny. A za dwa miesiące, jak nauczyciel powiedział, że gramy, to na wyścigi krzyczeli: Benigier! Każdy chciał mnie mieć w drużynie. Miałem chyba trochę tego talentu.
Co jeszcze pamięta pan z dzieciństwa?
- Kawiarnię Stylowa. Tam wstydziłem się wejść, bo nie byłem wystarczająco elegancko ubrany. A tutaj, po schodach, był sklep, gdzie kupowaliśmy śledzie, to znaczy mleczaki. Pani z beczki wyciągała. A potem, jak już grałem w piłkę, to musiałem kupować wina J23. Bo miałem tu pełno kolegów na tej ławce. Przyjeżdżałem autem, stawałem przed wejściem, szedłem i kupowałem skrzynkę. Całą. Bo mówili, że bogaty jestem to mogę fundować. A ja nie przeczyłem. Bo ja z Radomska wyjeżdżałem nie po to, żeby robić karierę w piłce. Najbardziej chciałem jeździć na żużlu.
Naprawdę? Wydaje się, że na piłkę był pan skazany, a pan mówi o żużlu.
- Gdyby nie to, że za piłką ciągną się ogromne pieniądze, to bym pewnie wylądował na żużlu. Jak byłem w Łodzi, kilka razy jeździłem na Orle i chcieli mnie nawet wziąć. Miałem też przecież swój motocykl.
To inny rodzaj emocji niż piłka.
- To rodzaj krótkiego napięcia. Do tego trzeba mieć po pierwsze ogromną fantazję, po drugie niesamowity refleks. A ja się tym refleksem popisywałem. Jak byłem w wojsku, robiliśmy zawody, kto złapie muchę w locie. I łapałem ją o tak. Dwoma palcami. To jest wrodzone, tego się nie da wyuczyć. Tak samo pod bramką można stać i stać. Jak się nie ma tego czegoś, to piłka do ciebie nie trafi. Napastników w Polsce jest bardzo mało, a jak się jakiś pojawi, to od razu idzie do lepszego klubu za granicę. Bo tego nauczyć się nie da. To jest instynkt. Polega na tym, że jak kolega wchodzi z prawej strony, to ja muszę patrząc na niego przewidzieć, gdzie on uderzy, gdzie ta piłka się odbije i gdzie ja się muszę znaleźć, żeby ją dostać. I tak było na przykład na turnieju w Maroku, gdzie Marks poszedł prawa stroną, ja miałem akcję zamknąć z lewej strony. I już czułem, że zaraz będzie bramka. Bo jak on machnął prawą nogą, to ta piłka jakby mnie szukała. No to dostawiłem głowę i z Monte Video prowadziliśmy 1:0. Tak się działo wiele razy w mojej karierze. A jak już przy piłce znowu jesteśmy: w tamtych czasach wyjechać z Radomska i załapać się do dobrego klubu, takiego jakim wtedy był Ruch Chorzów, to trzeba było mieć umiejętności. Trzeba było wejść na boisko i pokazać. A tu Radomsku nie miałem szans za dużych.
Dlaczego?
- Bo to było tak, że wyżej się podskoczyć nie dało. Jak Ruch przyjechał mnie wykupić z Czarnych Radomsko, to ja z nimi pojechałem, bo nie wiedzieli gdzie jest boisko. Byli umówienie z prezesem. I co zdecydowało? Stałem na zewnątrz, a okno było otwarte i słyszę jak prezes mówi: wy chcecie tego Benigera, bo nawet nazwiska nie umiał wymówić, do Ruchu? Panie, bierz pan go, ale tu mi kaktus wyrośnie, jak on się załapie do pierwszego składu. Tak powiedział. Przyjechałem po miesiącu na boisko i mówię do niego: pokaż pan dłoń. Widzi pan? Jestem w pierwszym składzie i jestem już tam nie do wyjęcia. A on: no wiesz Jasiu, przecież ja od razu w ciebie wierzyłem. Wzięli za mnie trzy tysiące złotych (śmieje się). A mogli wziąć 300 tysięcy.
To działacze nie wiedzieli kogo mają w drużynie?
- Bo to tak wtedy było, tak się działacze przejmowali. Pracowałem na Famegu, a byłem oddelegowany do grania. Przez jakiś czas nawet pracowałem, i myślałem, że jakoś połączę to z graniem. Bo nie chciałem grać zawodowo, ale jak się tylko pokazałem, to zaraz mówili, że trzeba go tam, albo tam.
Czyli jednak skazany na piłkę.
- No tak wyszło.
Ale pan przecież nie żałuje?
- Ja? Nie. Nie żałuję niczego oprócz tego, że nie mieszkam w Radomsku.
Zawsze można tu wrócić. Czy wszystko już ułożone?
- Mieszkam w Rudzie Śląskiej. Mam tam apartament. Nie będę się chwalił, bo to głupio brzmi, ale u góry mieszka syn, na wsi koło Lublińca mam dom, taki typowy z drewna. Co mi więcej potrzeba? Przed kilkoma miesiącami zrezygnowałem z pracy. Byłem koordynatorem w Śląskim Związku Piłki Nożnej. Ode mnie zależało wszystko odnośnie piłki. Reprezentacje, kto kogo, gdzie powołał, itd. Byłem też współpracownikiem PZPN w temacie szkolenia. Jestem wykładowcą UEFA. A teraz w Śląskiej Federacji Sportu zajmuję się olimpijczykami, sam jestem medalistą olimpijskim.
Po tych latach spędzonych na Śląsku słychać, że pan w śląski charakterystyczny sposób zaciąga...
- Nie, dlaczego... (śmiech) Kto z kim przestaje, takim się staje. Ale to Radomsko wywarło na moim życiu piętno.
Piętno brzmi groźnie.
- I jest groźne. Kiedy mnie pytali skąd jestem, zawsze cieszyłem się mogą powiedzieć, że z Radomska.
Czyli piętno, ale pozytywne.
- Tak. Bo gdziekolwiek bym nie był, spotykałem ludzi z Radomska. Nawet na olimpiadzie w Montrealu spotkałem faceta, który był szefem wielkiego domu towarowego. Był chyba żydowskiego pochodzenia. Słyszałem zresztą od ojca, że w Radomsku przed wojną było dużo Żydów. Jak byłem mały, słyszałem takie powiedzenie: wasze ulice, nasze kamienice.
Moja babcia też mi o tym opowiadała.
- Jestem z tego miasta i to miasto jest ciągle we mnie. Chciałem tu nawet wrócić.
Dlaczego tak się nie stało?
- Bo się rozwiodłem. Ożeniłem się jeszcze raz i zostałem na Śląsku.
A wracał pan do Radomska?
- Dopóki mój brat żył. Mój brat był strasznym łobuzem, nie ma co ukrywać. Jak tu przyjeżdżałem to słyszałem tylko, że pije i rozrabia.
Pytam, żeby móc zapytać o to, jak pan dzisiaj widzi Radomsko?
- Odnajduję się w Radomsku jakbym wyjechał stąd zaledwie wczoraj, przed chwilą.
Nic się nie zmieniło?
- Zmieniło się wszystko. Te wszystkie bloki tam, to jest nowe miasto. Za szpitalem postawili urząd miejski, ale za nim nic nie było. Pole. Tam były doły i rosły akacje. I tam bawiliśmy się w Indian. Tam uciekaliśmy. Jak przejeżdżałem tamtędy to znowu to widziałem. A centrum wcale się nie zmieniło.
To dobrze, czy źle?
- Dla mnie dobrze. Tu była apteka, w której pracowała w latach 60. moja siostra, tu był pomnik, jak nie chcieliśmy iść do kościoła to tam się chowaliśmy, tu stał kiosk, a od kiosku szliśmy deptakiem aż na dworzec. A na dworcu były świetlne reklamy, w takim pięknym niebieskim kolorze, do dziś pamiętam. I tam w kiosku kupowało się komiksu i gazety. Tak, tego się nie zapomni. Był jednak taki moment, że mnie w Radomsku nie potrzebowali. Grałem w Ruchu na wysokim poziomie, potem w Belgii kilka lat. Kiedy wróciłem, mogłem im pomóc. I nawet chciałem w piłkę zainwestować tu swoje pieniądze. Ale znalazł się tu taki jeden, który zaczął budować RKS.
Mówimy o Tadeuszu Dąbrowskim?
- Tak. On przyjeżdżał do mnie do Chorzowa. Ja skończyłem wtedy kurs trenerski. Teraz mam już kursy UEFA. I on proponował mi pracę, żebym się zajął RKS-em. Byłem tu. Jak się kibice dowiedzieli, to na stadion przyszło kilkaset osób. I każdy chciał ze mną wypić.
Starzy znajomi...
- Pomyślałem sobie, że jak ja tu nie zrobię wyniku, to będzie mój koniec. Pojechałem do Rudy, zadzwoniłem do prezesa Dąbrowskiego i powiedziałem, że dziękuję za propozycję. I poszedłem do II ligi do Pszowa. Zapytał mnie pan co tu się zmieniło. Jeśli chodzi o sport - wszystko. Tu nie ma sportu. Wszyscy się tylko czarują, a ja mówię prawdę.
Sportu w sensie piłki nożnej czy w ogóle?
- W ogóle. Jeżeli mówimy o sportach walki, o zapasach czy ciężarach, to mówimy o zupełnie innym sporcie. Ja mówię o lekkoatletyce, na którą przyjdzie 500 widzów, bo są mistrzostwa. Piłce nożnej, która jest naszym narodowym sportem i na każdy mecz przyjdzie 500 osób. Pamiętam jak grałem mecz ze Smoleńskiem, byłem wypożyczony ze Stali Radomsko do Czarnych. A na boisku było tyle ludzi, że wcześniej tyle nie widziałem. Na każdym drzewie jak winogrona wisieli.
Może młodzi ludzie nie chcą dzisiaj uprawiać sportu.
- Chcą. To jest kwestia organizacji, a tu jej nie ma. Jak przyjeżdżałem, prezydentem była tu pani Milczanowska. Kiedy z nią rozmawiałem czułem, że oni wszyscy myślą, że przyjeżdżam po coś. A po co mogłem przyjechać? Po to, żeby coś dać, coś zrobić. Sport polega na tym, że szukamy kogoś z autorytetem, kogoś kto pociągnie za sobą innych. Ludzi, którzy nie muszą zarabiać wielkich pieniędzy. Tylko, żeby do tego nie musieli dokładać. Radomsko leży w centrum Polski, tu się wszystkie drogi powinny schodzić, a my tu nie mamy nic. Jak wygląda Radomsko?
Nic tylko załamać ręce?
- Boisko przecież jest. Kiedyś rozmawiałem z Dąbrowskim i mówił, że chciał, żeby miasto go wsparło. Ja mu mówiłem: sport, ale bez polityki. Kiedy się zacznie to mieszać, wszystko zginie. Ja się do polityki nie mieszam. Ja bym Stali Radomsko nie odpuścił. Tam powinien być stadion ze sztuczną murawą i stadion lekkoatletyczny.
Tylko skąd na to wziąć pieniądze?
Jak to skąd? Ludzie kochani! Pieniędzy jest cholernie dużo! Przecież jest urząd marszałkowski, wojewoda. Był pan na Śląsku? Widział pan co się tam dzieje z drogami? Pieniądze są wszędzie. Tylko trzeba ludzi, siadamy, mamy czerwiec, piszemy projekt na luty przyszłego roku. Wszystko robi się na początek roku. Jedziemy do Warszawy. A ten co rządzi wojskiem teraz?
Macierewicz?
- Tak. On tu bywa w Radomsku przecież? Macie posłów, muszą być pieniądze.
A może pan mógłby coś, jako radomszczanin przecież, coś zrobić?
- Ile tu jest Orlików?
Jeden.
- Ja pierdzielę... (śmiech) A ile jest w Lublińcu? Siedem. A skąd oni wzięli pieniądze? Z programu rządowego. Gdyby było więcej Orlików i hala można by było zrobić tak jak na Śląsku, gdzie są miejsca dla dzieciaków. Tam trenują, a potem rozchodzą się po klubach. Miasto zasługuje na to, żeby mieszkańcy mieli bazę sportową na wysokim poziomie. Trzeba zrobić miejski sport. Miasto powinno się tym zająć. To miasto zasługuje na więcej. Nie Mechanik, nie jakaś szkoła, miasto. Na wszystko możecie mieć dotacje. Trzeba mieć odpowiedniego człowieka, który się tym zajmie. Macie tu strefę ekonomiczną? Prezydent zawierając umowy z firmami może powiedzieć, dajcie na sport, będziecie mieli niższe podatki. To tylko jeden przykład. Wszystko można zrobić, trzeba tylko ludzi zachęcić. I trzeba chcieć.
Panie Janie, na koniec wróćmy do piłki. Największą gwiazdą naszej reprezentacji jest Robert Lewandowski. Gdyby Robert i Jan Benigier z najlepszego okresu swojej kariery spotkali się na boisku, kto byłby lepszy?
- Nie miałby ze mną szans. On by się wtedy w ruchu nawet na ławkę nie załapał. Dlaczego? Już mówię. Przychodząc do Ruchu, przyszedłem jak do rodziny. Ruch w 68 roku zrobił mistrza Polski. Tam były takie nazwiska, z Piechniczkiem na czele, że aby dostać się do składu, któryś z tych zawodników musiałby umrzeć. Mówię tak jak jest. Lewandowski gra typowego łowcę bramek. W Ruchu grało się inaczej. Angielski futbol. Raz, dwa i centra. Jak się tego nie umiało, to się nie grało. W 72. Przyszedłem do klubu, rok później byliśmy na medalowym miejscu, a w 74. robiliśmy mistrza. I nie było klubu, który by z nami wygrał. W 75. umówiliśmy się, że robimy mistrza drugi raz i wygrywamy wszystko. Ligowych bramek w Ruchu strzeliłem 90, ale nie wiedziałem o konkursie na 100 bramek, bo bym te 10 bez problemu dołożył. Czasem grało się nie kto strzeli bramkę, tylko na kolegę, żeby też coś strzelił. Może wyglądać teraz, że ja się chwalę. My z Radomska jesteśmy skromni ludzie. Za skromni. My w Radomsku mamy taką dziwną przypadłość, jak to powiedzieć... Mamy w sobie dziwne poczucie uległości w stosunku do innych. Byle nie być za bardzo do przodu. Gdzie indziej ludzie znają swoją wartość i mówią o tym głośno.
(rozmowa opublikowana w Gazecie Radomszczańskiej w lipcu 2017 r.)
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze