We wtorek do siedziby Fundacji Koty z Radomska trafił ktoś, kogo wcale się tam już nie spodziewano. Wolontariusze chcieli tylko zabrać ostatnie rzeczy z lokalu, który właśnie opróżniają, zamknąć drzwi i mieć ten rozdział za sobą. Zamiast tego znów otworzyli serca.
Siedział tam – cichy, przygaszony, jakby pogodzony z tym, że świat po prostu o nim zapomniał. Wyglądał na kota, który od dawna nie liczy na pomoc i nie ma żadnych szans, jeśli nikt go nie zauważy. Zabrali go ze sobą. Jak podkreślają, nie są miejscem, do którego oddaje się „znudzone” zwierzęta. Zabierają te, których nikt nie chce: z ulicy, z krzaków, z pustych działek. Bezbronne, chore, wygłodzone – takie, które same już nie dają rady. Tak zaczęła się historia Jamesa, opisana przez fundację w mediach społecznościowych.
Dom, który ktoś porzucił
James od pierwszych chwil pokazuje, że jest kotem mocno „ludzkim”. Szuka kontaktu, nie ucieka przed ręką, wyraźnie łaknie dotyku. Zachowuje się tak, jakby doskonale znał życie w domu i dobrze pamiętał, czym jest obecność człowieka. Wszystko wskazuje na to, że kiedyś miał swojego opiekuna. Tyle że ktoś zapomniał, iż dom to nie tylko pełna miska, ale także leczenie i odpowiedzialność.
Fundacja ma już pierwsze wyniki badań. Morfologia i biochemia mieszczą się w normie, co daje promyk nadziei – organizm Jamesa wciąż walczy. Lekarze wykryli silny stan zapalny górnych dróg oddechowych. Kot męczy się z katarem z domieszką krwi, ma trudności z oddychaniem, jest bardzo osłabiony. Dostaje antybiotyk, kroplówki i jest stabilizowany krok po kroku. Widać też ślady długiej, samotnej tułaczki - jest mocno zapchlony, przez długi czas musiał radzić sobie zupełnie sam.
Gdy tylko dojdzie do siebie, czekają go kolejne etapy leczenia: kastracja oraz dokładna diagnostyka zębów. Fundacja zaznacza, że właśnie przy uzębieniu bardzo często ujawnia się „większa historia”, niż na pierwszy rzut oka się wydaje.
„To nie jest kwota z kosmosu”
Fundacja Koty z Radomska działa jako organizacja non-profit, więc może ratować takie zwierzęta jak James tylko dzięki ludziom, którzy czytają ich wpisy i postanawiają dopisać się do tej historii. Wolontariusze obiecują kotu czas, troskę i serce, bez pieniędzy nie są natomiast w stanie zapewnić leczenia na odpowiednim poziomie.
Szacują, że koszt terapii, badań, zabiegów i diagnostyki Jamesa wyniesie około 1500 zł. Podkreślają, że to nie jest kwota „z kosmosu”, tylko realna suma za konkretne rzeczy: badania, leki, kroplówki, kastrację oraz - jeśli okaże się to konieczne - leczenie stomatologiczne.
Dla świata „jeden kot”, dla niego - całe życie
„Można powiedzieć: to tylko jeden kot” – przypomina fundacja. Dla Jamesa ta jedna historia to całe życie. Dlatego wolontariusze proszą o pomoc. Przez tę stronę można wpłacić pieniądze na leczenie futrzaka: https://pomagam.pl/3hby6w
Jeśli ktoś może - niech wpłaci. Jeśli nie może - niech chociaż udostępni zbiórkę dalej. Różnica między „nie miał szans” a „wrócił do życia” bardzo często równa się dokładnie tyle, ile wspólnie uda się zebrać. James walczy o oddech i zdrowie, a fundacja liczy, że w tej walce nie zostanie sam.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze