Pamiętacie Stasia? - Staś czeka na dom - informowali w połowie grudnia 2025 roku łódzki Urząd Marszałkowski i fundacja Gajusz. - Staś ma szesnaście miesięcy. Każdego dnia uczy się świata, ale wciąż nie ma miejsca, które mógłby nazwać domem. Czeka na rodziców, którzy pokochają go najmocniej na świecie.
Chłopiec przebywał wtedy w Interwencyjnym Ośrodku Preadopcyjnym Tuli Luli w Łodzi. Kiedy tylko się urodził rozstał się z mamą, a od roku opiekowały się nim ciocie w ośrodku.
- Znają jego zwyczaje, wiedzą, jak lubi zasypiać, co go uspokaja, a co wywołuje uśmiech. Dbają o niego najlepiej, jak potrafią. Ale to wciąż nie jest dom. To dyżury, zmiany, grafiki. A dziecko potrzebuje stałej obecności i prawdziwej rodziny. Staś jest zdrowym, radosnym chłopcem. Rozwija się prawidłowo, tak jak jego rówieśnicy. Sam chodzi, a nawet już biega. Uwielbia przytulasy, noszenie na rękach i zasypianie w objęciach - napisano w komunikacie urzędu.
Dzisiaj fundacja Gajusz przekazuje świetne wiadomości.
- Staś ma rodziców i dom na zawsze. A także babcię, trzy psy i... cztery kury! Czy jedno zdjęcie na profilu społecznościowym może zmienić życie całej rodziny? Historia Stasia, podopiecznego łódzkiej Fundacji Gajusz, udowadnia, że miłość nie mierzy kilometrów, a determinacja rodziców potrafi pokonać wszelkie bariery. Staś po miesiącach oczekiwania znalazł swój bezpieczny dom pod Wrocławiem.
Jak przypomina fundacja, w grudniu Staś skończył roczek, więc zgodnie z prawem nie powinien już tam mieszkać, ale nie było kandydatów na rodziców adopcyjnych. To oznaczało jedno, że Staś trafi do domu dziecka. Jedyną szansą była rodzina zastępcza. Zaczęły się intensywne poszukiwania, a na apel dopowiedziało niemal 400 osób.
Pani Magdalena po raz pierwszy zobaczyła Stasia właśnie na profilu facebookowym Fundacji Gajusz. Chłopczyk sfotografowany tyłem na korytarzu, w ręku trzymał mały niebieski samochodzik. - Coś we mnie wtedy drgnęło - wspomina. Mimo że rodzina mieszkała pod Wrocławiem, a Staś w Łodzi, pani Magdalena wiedziała od razu, a jej mąż Tiago, choć początkowo sceptyczny, powiedział: - Jak będzie nam dane zostać rodzicami Stasia, to się nam uda.
Po Nowym Roku zadzwonił telefon z fundacji. Kilka dni później, podczas spotkania online, rodzice poznali szczegóły dotyczące zdrowia chłopca. Dowiedzieli się, że mama Stasia prawdopodobnie nadużywała alkoholu w ciąży. Temat FAS nie był im obcy, znali go ze szkolenia dla rodzin adopcyjnych. Wiedzieli, co to może oznaczać. Nie przestraszyli się i chcieli go poznać.
- Ta diagnoza go nie definiuje. Staś jest bardzo mądrym i sprytnym chłopczykiem. Może w życiu osiągnąć wszystko, co tylko będzie chciał - podkreśla dzisiaj mama Stasia.
W dniu, w którym Dorota Grodzka, dyrektor ośrodka Tuli Luli prowadzonego przez Fundację Gajusz, zadzwoniła z oficjalnym zaproszeniem na pierwsze spotkanie ze Stasiem, Pani Magdalena... znajdowała się na szpitalnym oddziale ratunkowym. - Stałam na SOR-ze, czekając na prześwietlenie, kiedy odebrałam telefon. Powiedziałam tylko odruchowo: Pani Doroto, tylko ja nogę złamałam! - wspomina ze śmiechem.
W piątek 23 stycznia przyjechali do Łodzi. Pani Magdalena musiała pokonać o kuli, by wejść na pierwsze piętro.
Dorota Grodzka tak wspomina tamto spotkanie: - Od pierwszego spojrzenia, od pierwszych czułych słów skierowanych do Stasia, czułam, że to oni, ci najważniejsi, którzy już na zawsze zapiszą się w jego życiu. Pani Magda przyjechała w ortezie, z lekkim trudem, ale z uśmiechem i łzami wzruszenia w oczach. Jej mąż był obok, wspierał ją cicho, a w jego spojrzeniu było dokładnie to samo poruszenie. Staś odpowiedział w sposób, który trudno zapomnieć. Najpierw zaciekawienie, potem uśmiech, ciepły, spokojny, jakby widział znajome twarze. Zwykle był ostrożny wobec obcych, nie rozdawał tak łatwo swojej ufności. A jednak tym razem było inaczej. Może to znak? A może coś jeszcze głębszego, natychmiastowe rozpoznanie bliskości, na którą czekał.
Podczas tego pierwszego spotkania Stasia najbardziej zainteresowała kula ortopedyczna, a na pożegnanie przybił piątkę.
Do poniedziałku pani Magda i jej mąż mieli podjąć decyzję. - Najbardziej burzliwy weekend w życiu. Nie spaliśmy w ogóle - wspomina pani Magdalena.
A potem były tygodnie intensywnej adaptacji. Aby proces przejścia do nowej rodziny był dla Stasia jak najmniej stresujący, Magdalena i Tiago na trzy tygodnie zamieszkali w siedzibie fundacji.
Pod okiem specjalistów uczyli się jego rytmu dnia, potrzeb i charakteru.
- To był czas bezcenny, choć pełen napięcia, bo Staś był jeszcze zgłoszony do adopcji zagranicznej. Każdy telefon mógł zmienić wszystko - wspominają rodzice.
6 marca, dwa miesiące po pierwszym kontakcie, nadeszła pozytywna decyzja sądu.
- Zadzwoniłam do pani Magdy. Kiedy powiedziałam, że jest postanowienie i że Staś może jechać do domu… na chwilę zapadła cisza. A potem przyszły łzy szczęścia, niedowierzania, ogromnej ulgi. Radość mieszała się z pośpiechem, wzruszenie z organizacją wyjazdu. Wszystko działo się naraz, tak intensywnie, tak prawdziwie - opowiada dyrektor Tuli Luli.
Następnego dnia Staś zamieszkał w swoim nowym domu. Jak im jest razem? Radośnie i rodzinnie. Staś ma wielką pasję do ogrodu i kur, codziennie zbiera jajka, podlewa kwiatki, dba o własną grządkę. Zasadził pomidorki, ma swoje grabki i taczkę. A nawet z tatą posadzili gruszę. Uwielbia śpiewać, chwyta wyimaginowany mikrofon i robi show przed gośćmi. Mowa postępuje, Staś świetnie funkcjonuje i rozwija się.
- Czasem wystarczy jedno zdjęcie, odrobina odwagi i wiara, że jeśli coś ma się wydarzyć, wydarzy się. On miał tutaj być - mówi pani Magdalena.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze