Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych radomszczan. Twórca Drukarni Braci Kamińskich, społecznik, sędzia międzynarodowy w podnoszeniu ciężarów. Pomysłodawca Muzeum Drukarstwa w Radomsku. Od pięciu lat walczył z białaczką.

Przeczytaj tekst o jednej z jego największych pasji - sędziowaniu. Opublikowaliśmy do Gazecie Radomszczańskiej w kwietniu 2018 r.
Nie przymykam oka
Janusz Kamiński jest jednym z nielicznych sędziów rangi międzynarodowej z Radomska. Sędziuje najważniejsze zawody na świecie w podnoszeniu ciężarów. Takich jak on jest w Polsce jedynie dwudziestu. Tylko przez przypadek nie pojechał na olimpiadę do Rio de Janeiro
- Mija mi 50 lat działalności w sporcie. W dzieciństwie trudno było wrócić do domu, człowiek biegał, grał, zawsze się coś robiło - mówi śmiejąc się pan Janusz. Pochodzi z Krzętowa, ale od dziesięcioleci związany jest z Radomskiem. Prowadzi tu znaną firmę drukarską. Wśród pasjonatów sportu znany jest ze swojej działalności w Ludowych Zespołach Sportowych. Jest specjalistą w dziedzinie podnoszenia ciężarów. Od kilku lat jest sędzią międzynarodowym.
{module title="adsense-w artykule" style="none"}
Na poważnie przygodę ze sportem zaczynał od kajaków. W pierwszej chwili sądziliśmy, że chodzi o kajakarstwo turystyczne, w końcu urodził się i wychował nad Pilicą, ale jednak nie. Kajakarstwo zaczął trenować w Warszawie, gdzie uczył się w szkole średniej. Tam wychowania fizycznego uczył trener klubu Drukarz Warszawa, który prowadził sekcję kajakarską. Trenowali na Wiśle, profesjonalnie. Trzy lata poważnego kajakarstwa i zawody regionalne w kajakach jedynkach.
Po powrocie do Krzętowa działał społecznie w tamtejszym klubie piłkarskim. Wtedy królowała piłka, popularny był też amatorski tenis stołowy. W końcu osiadł w Radomsku. Tu z kolei zaczął się angażować w podnoszenie ciężarów. Duży rozrzut w dyscyplinach. - Duży - mówi. - Ale nie przeszkadza mi to działać. Generalnie uwielbiam sport. Nie ma dyscyplin, których nie lubię. Preferencje mam, to wiadomo. Uwielbiam podnoszenie ciężarów, wciąż został sentyment do kajaków - opowiada.
W Radomsku w końcu lat 70. i w 80. były dwie zaprzyjaźnione sekcje, zapasy i podnoszenie ciężarów. Ale tych dyscyplin już nie trenował, stał się działaczem. Pojawiły się z czasem pierwsze uprawnienia sędziowskie, potem kolejne.
To kolega Jan Cieślik, były ciężarowiec, motywował go do starań o uprawnienia sędziowskie. - Najpierw zrobiłem jedne uprawnienia, potem drugie, on naciskał, żebym postarał się o te międzynarodowe - mówi pan Janusz. Najwyższe, drugiego stopnia, zdobył w 2011 roku. Dalej zostało już tylko zdobywać doświadczenie, bo i w sędziowaniu liczy się dorobek. Światowa Federacja Podnoszenia Ciężarów prowadzi kartoteki, odnotowuje udział we wszystkich rodzajach zawodów. Sędzia jest obserwowany, by na zawodach najwyższej rangi sędziowali najlepsi. W przypadku pana Janusza awans do „jedynki” nastąpił dosyć szybko.
{module title="adsense-w artykule" style="none"}
Jak się zostaje sędzią międzynarodowym? Trzeba mieć doświadczenie w krajowej federacji, w zawodach różnego szczebla. Musi minąć minimum 5 lat od zdobycia pierwszego stopnia w federacji danego kraju. Trzeba mieć również odpowiednią ilość sędziowań. Do tego dochodzi znajomość języka angielskiego w stopniu komunikatywnym. W języku obcym zdaje się też egzaminy sędziowskie. Jeszcze 10 lat temu można było je zdawać w jednym z kilku języków kongresowych, tuż przed egzaminem pana Janusza przepisy się zmieniły. Został tylko język angielski. - Gdy dowiedziałem się, że mam zdawać w angielskim, to był dla mnie cios. Bardziej nastawiałem się na rosyjski, może francuski. Pół roku intensywnej nauki i poradziłem sobie - wspomina. Egzamin składa się ze 120 pytań testowych. Najważniejsza jest jednak praktyka. Trzeba wydać minimum 100 werdyktów na zawodach. Żeby zdać, trzeba mieć minimum 95 proc. poprawnych odpowiedzi i tyle samo z praktyki. Egzamin praktyczny zdaje się przed pięcioosobowym składem egzaminacyjnym. Co bardzo ważne, ich werdykt musi być jednomyślny.
- Egzamin był stresujący. Miałem taką sytuację, że dwa razy wydałem werdykt inny niż dwaj pozostali sędziowie. Kto miał rację, ja czy oni? Okazało się jednak, że moje werdykty były trafne. Zresztą później dostałem za to specjalne wyróżnienie od szefa sędziów. Strasznie się denerwowałem i moi egzaminatorzy to widzieli. Nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale chyba było to po mnie widać - opowiada.
Jak wygląda praca sędziego? Federacja przysyła kalendarz do komisji sędziowskiej Polskiego Związku Podnoszenia Ciężarów i wyznacza sędziów na poszczególne zawody. Pan Janusz w komisji sędziowskiej jest już drugą kadencję. Bo w strukturach też trzeba działać. Aktywnych sędziów międzynarodowych w Polsce jest około 20. Więcej jest sędziów drugiej klasy. Polscy sędziowie mają w świecie bardzo dobrą opinię. Jest nacisk, żeby wśród sędziów było coraz więcej kobiet.
- Zrobiliśmy w Polsce dużą akcję i w tej chwili mamy z międzynarodowymi uprawnieniami sporo pań. Dwie mają „jedynkę” i sześć kobiet drugą klasę. Jeszcze trochę i przystąpią do egzaminów na najwyższą klasę - mówi pan Janusz.
Bardzo przyczyniła się do popularyzacji tego sportu wśród kobiet Agata Wróbel.
Nie ma żadnej górnej granicy wiekowej dla sędziów. Były próby w Polsce wprowadzenia granicy 70 lat, ale było to niezgodne z przepisami, bo żadne przepisy tego pułapu nie określają. Każdy ma sam wyczuć, kiedy nie daje już rady. Bo, jak mówi pan Janusz, na zawodach trzeba decyzje podejmować w ułamkach sekundy. Szczegóły decydują o medalach.
Sędzia międzynarodowy musi sporo jeździć po świecie. Pan Janusz był wyznaczony jako sędzia na olimpiadę do Rio de Janeiro. Tu jednak nie pozwolił na udział stan zdrowia. Te problemy zabrały mu prawie dwa lata życia.
Pierwsze poważne zawody międzynarodowe zaliczył w 2009 roku w Sydney. To była olimpiada dla zawodników powyżej 35. roku życia. Odbywa się rok po normalnej olimpiadzie. - Byłem bardzo zestresowany. Takiego stresu jeszcze nie przeżyłem, nawet przez te lata prowadzenia firmy. Na widowni kilka tysięcy ludzi, to było mocne przetarcie. Paraliż. Potem na podobnych zawodach mistrzowskich byłem w Turynie, Kijowie, Wrocławiu, Linzu, w USA. Ostatnio natomiast w Kłajpedzie na Litwie na mistrzostwach Europy - mówi pan Janusz. Żałuje trochę tej olimpiady w Rio, ale mówi, że może jeszcze się trafi okazja. Żeby jeździć na zawody trzeba cieszyć się przychylnością rodziny. Ona musi rozumieć tę pasję, bo zawody odbywają się przeważnie w weekendy. Może być tak, że w kolejnych miesiącach sędziego w weekendy nie ma w domu.
Skąd taki stres, przecież to nie oni rywalizują? Ale są oceniani. Sędzia, nawet najlepszy, to przecież człowiek, może się pomylić, czegoś nie zauważyć. To wszystko jest odnotowywane, wpływa na renomę. Przy czym najwięcej punktów za sędziowanie nie zdobywa się na wielkich zawodach, tylko na tych o niższej randze. Tam, gdzie startują młodzi zawodnicy. Takie zawody są najtrudniejsze, bo młodzi zawodnicy nie mają dużego doświadczenia, popełniają wiele błędów. A te przecież sędzia musi wychwycić.
Teraz sędziowanie sprawia panu Januszowi ogromną przyjemność, to już pełny relaks. - Już nie przeżywam, że muszę sędziować. Ten stres już ze mnie zszedł. Ale to lata doświadczenia, obycia z zawodami, tysiące zawodów - mówi. Są jeszcze oczekiwania, że się ulgowo potraktuje swojego zawodnika. - Zawsze powtarzam zawodnikom, że od swoich więcej wymagam niż od obcych. Bo jedziecie na duże zawody i zderzacie się z rzeczywistością. Nie wyobrażam sobie nawet, że sędzia może być nieobiektywny. Ja nie przymykam oka - mówi.
Często decyzje sędziów spotykają się z niezrozumieniem widowni. Kibice nie zawsze znają wszystkie przepisy, nie wszystko widzą tak dokładnie jak sędziowie. Pan Janusz żałuje, że słabe przygotowanie mają komentatorzy sportowi, którzy relacjonując zawody powinni widzom opowiadać o zasadach. - Po zawodach mam wiele pytań. Dopiero ode mnie dowiadują się, dlaczego jakiemuś zawodnikowi nie zaliczono podejścia - mówi.
Sędziowanie na zawodach jest dwustopniowe. Oceniają tzw. sędziowie stolikowi, ale nad nimi jest jeszcze jury. Ono właściwie decyduje o wszystkim na zawodach. Co się ocenia w podnoszeniu ciężarów?
- Przede wszystkim czystość zaliczenia. Obwarowań jest mnóstwo. Wszystko musi się odbywać zgodnie z przepisami. Przy rwaniu nie może być docisków i wycisków - mówi pan Janusz. Chodzi o to, że ciężar trzeba podnieść jednym płynnym, jednolitym ruchem, nie można podrzucić, zebrać siły i jeszcze dopchnąć jedną czy obiema rękami. Sztanga nie może dotknąć głowy. Po werdykcie sędziów, że już można opuścić sztangę, zawodnik musi sprowadzić sztangę na pomost z przodu. Ma ją uniesioną nad głową i musi spaść przed nim, nie za nim.
W podrzucie z kolei sztanga zarzucona na siebie potem musi być jednorazowo podrzucona, przy poprawie podrzutu nie może być wyżej niż broda. Zawodnik musi stać na wyprostowanych nogach. Sztanga musi być trzymana równolegle, nie może się kręcić. Stopy powinny być ułożone równolegle do klatki piersiowej. Takich szczegółów jest wiele. Na wszystko to sędzia musi zwracać uwagę.
Janusz Kamiński jest także szefem okręgowej komisji sędziowskiej. Trzyma kciuki za kolegę z Sieradza, którego zaopiniował do egzaminu na klasę mistrzowską. Będzie zdawał na zawodach na Słowacji. Obok niego jeszcze dwóch sędziów z naszego okręgu będzie starało się zdobyć drugą klasę.
Podczas swojej działalności w okręgu zadbał o zaplecze sędziowskie. W ciągu dwóch kadencji w komisji sędziowskiej okręgu przeprowadził nabór i egzaminy na 50 sędziów.
- Mamy więc 50 młodych ludzi. Żeby z tego zostało aktywnych dziesięciu, byłoby super. Trochę nam zazdroszczą w Polsce. Mówią, że naprodukowałem sędziów. Wtedy odpowiadam, że ja nie mam problemów z obsadą zawodów - mówi. Bo swego czasu zrobiła się przepaść wśród sędziów w łódzkiem. Byli tacy, którzy przez długie lata nie dopuszczali młodych. W regionie jest trzech sędziów z pierwszą klasą, z czego dwóch ma po 80 lat. Za nimi dopiero pan Janusz. Zrobiła się poważna luka. Trzeba było to naprawić i wszystko w okręgu wraca na właściwe tory.
Tomasz Nowak
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze