Wczoraj przed południem doszło do poważnego wypadku, w którym poważnie ucierpiał radomszczanin znany z tego, że od wielu lat walczy o drzewa w mieście. Podczas pielęgnacji ponad 200-letniej lipy w podnośniku zawiodła elektronika. - Cieszę się, że żyję - mówi Gazecie Ernest Rudnicki.

Od kilku lat jest w mieście znanym obrońcą drzew, sprzeciwia się nadmiernej wycince, ale jak zawsze podkreśla, tam, gdzie ta nie jest uzasadniona. Sam wielokrotnie zwracał uwagę, że jakieś drzewo powinno zostać usunięte, ponieważ jego stan zagraża bezpieczeństwu.
Ostatnio zaangażował się w ustanawianie radomszczańskich drzew pomnikami przyrody. Jak mówił kilka miesięcy temu Gazecie, nasze miasto pod tym względem jest bardzo ubogie. W sąsiednich miastach drzewa pomniki liczone są co najmniej w dziesiątkach, u nas to zaledwie kilka, a jest wiele okazów, które mogłyby do nich dołączyć.
Udało się z Teletopcią, topolą rosnącą przy skrzyżowaniu ulic Tysiąclecia i Piastowskiej. Dendrolog ma nadzieję, że uda się z kolejnymi, złożył wiele wniosków.
W czwartek zajmował się pielęgnacją drzewa rosnącego przy ul. Starowiejskiej na prywatnej działce. Robił to wiele razy. Tym razem zawiódł sprzęt. Jak mówi, kosz, w którym się znajdował, spadł z wysokości ponad 10 metrów. Nie ukrywa, że mogło być o wiele gorzej, dlatego cieszy się, że żyje. Lekarze stwierdzili złamanie kręgosłupa. Ernesta Rudnickiego czeka długie leczenie, ale jak dodaje, najważniejsze, że rdzeń kręgowy jest cały. A kości się zrosną. Przebywa w radomszczańskim szpitalu.
Dendrolog dodaje, że martwi się, bo wiele z pilnych spraw dotyczących drzew, terminarz jest ściśle zapisany, będzie musiało poczekać.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze