Nie mogłem w to uwierzyć, tuż po przeczytaniu. Ale wcale nie chodziło o zaistniały fakt, tylko o jego skalę. Trafiłem gdzieś bowiem na informację, że mieszkańcy tylko dwóch łódzkich dzielnic wyrzucili w sierpniu do śmieci o 190 ton żywności mniej niż w tym samym okresie roku ubiegłego. W liczbach bezwzględnych wygląda to tak, że teraz jest to 630 ton, a było 820. Niewyobrażalne ilości. To przykład z Łodzi, ale przypuszczam, że w innych miastach tendencja jest podobna. Można by powiedzieć - super, wreszcie marnujemy mniej żywności. Ale gdy przyjrzeć się przyczynom takiego stanu rzeczy, to wcale tak wesoło nie jest. To nie jest bowiem wynik wzrostu świadomości konsumenckiej. To wymuszona konieczność
Daniel Łuszczyn, felietony@radomszczanska.pl
Oszczędzamy. Na czym się tylko da. Okazuje się, że także na jedzeniu. Inflacja wbija w podłogę i dawno już przełamała poziom 15 proc. rok do roku. Głównie za sprawą wzrostu cen surowców i właśnie żywności. UCE Reaserch i Wyższe Szkoły Bankowe przeanalizowały różnice w cenach ponad 30 tysięcy produktów ze sklepowych półek.
Średni wzrost kosztów żywności dawno już przegonił inflację. Średnio waha się ponad poziom 18 procent. Zdecydowanie szybciej da się wyliczyć te produkty, które staniały. To na przykład ziemniaki i cebula. A zdrożało prawie wszystko pozostałe.
Ten artykuł przeczytasz tylko z aktywną prenumeratą cyfrową. Skorzystaj z subskrypcji
Pozostało 71% tekstu do przeczytania.
Wykup dostępTwoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze