Obrazy z tamtych lat Ewa przechowuje w pamięci. Wracają sceny jak z kliszy filmowej, czas zaciera kontury, kolory blakną. Widzi dziewczynkę na huśtawce, idącą z mamą za rękę i ten wiatr, który targał włosy. To była dobra chwila, bo z mamą

Na bloki przyszli - tak się zawsze mówiło o nowych mieszkańcach bloków na Osiedlu Tysiąclecia. Czekanie było nieznośne. Wokół świat się kręcił, wszystko nabierało tempa, a oni tkwili dalej w tym wiejskim, w Rudzie. Stary, wilgotny dom, z sionką i dwiema izbami. W jednej kuchnia i piec kaflowy. W kolorze błękitnym. Może to rzeczywiście było najprzyjemniejsze miejsce w całym domu? Zwłaszcza zimą, kiedy się paliło.
Chciała do miasta
Ona wraz z siostrą nie chciała tak żyć. Tapczany i wielkie pierzyny. Rano budziła się zziębnięta, a pierze całe w nogach. A potem jeszcze spory kawałek do szkoły. Rodzice do pracy do miasta jeździli przewozem pracowniczym. Oboje pracowali, mama w Częstochowie w „Warcie”, ojciec w Komunie Paryskiej w Radomsku.
Ewa chciała żyć po miejsku, bo miała rodzinę w blokach. A u nich to nawet nie było łazienki. Myli się w misce w sionce. Tam taka szafka była, wodniok na nią mówili, z wiadrem i emaliowaną miską, bo plastikowych jak na lekarstwo. W końcu dostali mieszkanie.
- Tak się wtedy mówiło, że się dostało. Choć przecież się za nie płaciło. No, ale nikt nie mówił, że kupił, tylko że dostał - podkreśla. Magda wspomina pierwsze mieszkanie w blokach na ul. Tysiąclecia. Dwa małe pokoiki w jednym z tych pierwszych w Radomsku. Ten czas pozostawił w niej te wspomnienia, bo taka jest młodość: rzuca trwale cień lub blask, potrafi pozostawić ślad na zawsze.
A pamięć jest wybiórcza. Nie pamięta już dzisiaj wszystkiego, chronologia jest nie do odtworzenia. Chodziła do Dziewiątki na Rolnej. Wracając ze szkoły mijała kowala na Wyszyńskiego. Nieopodal kapliczki. Po drodze, gdy ją i koleżanki dopadał głód, w sklepie spożywczym kupowały chleb i dzieliły się po ćwiartce, rwąc kawałki palcami. W niedzielne popołudnia wraz z rodzicami chodziła na spacer, mijając cocktail bar przy Wyszyńskiego (wtedy 1 Maja), gdzie dziś jest sklep OSM-u. Zawsze wchodzili na jakieś przysmaki. Jej najbardziej smakowały właśnie koktajle. Pamięta też, że po gumy „Donald” chodziła do Pewexu, który znajdował się w pawilonie przy ul. Piastowskiej.
- Jaka to była nobilitacja, że się w ogóle tam weszło coś kupić. Nawet jeśli to była tylko guma do żucia - śmieje się Magda.
Fajki na kartki i kolejka do kiosku
Ewa pamięta, że przeprowadzali się ze swojej wsi z pomocą kolegi ojca, Mariusza. On jeździł w pracy nyską, dlatego mógł przewieźć im meble i sprzęty.
- Wtedy wszyscy nam zazdrościli tego mieszkania, bo w punktowcach był dobry rozkład pomieszczeń. I duże były, a nie jak te klitki na Piastowskiej - mówi. - Na rogu był kiosk, to tam się chodziło po papierosy. Czasem stałam w kolejce, tata mi kazał, bo fajki wtedy były na kartki - przypomina sobie.
Naprzeciwko, gdzie teraz popularny bazarek, była pijalnia piwa, do której zaglądał jej ojciec. Ale dla Ewy to miejsce nie było najciekawsze, bo różne szumowiny też tam chodziły. Za nic nie może sobie przypomnieć, jak wyglądała okolica I LO.
- Tam, gdzie teraz jest starostwo i park, były kopidoły. Tak wszyscy mówili. Dziura w ziemi. Pamiętam, że w tym budynku, gdzie jest starostwo, był hotel robotniczy. Ale sama nie wiem, to by trzeba było sprawdzić. Na pewno nie było tej przychodni przy garażach - szuka w pamięci obrazu z dawnych lat. - Za kopidołami były stare domy. Jeszcze widać gdzieniegdzie ruiny. Słyszałam, że tam melina była - lekko zawstydzona odwraca głowę.
Tylko słyszała? Dzisiaj to już nie jest istotne.
Ściana płaczu
Rodzice Magdy w drugiej połowie lat 80. wystarali się o większe mieszkanie. Przeprowadzili się na ulicę Hermana. Ona już wtedy była w liceum. Chodziła do Dwójki. Wcześniej mieli dwa pokoje z kuchnią, a później przeszli na trzy pokoje. To było coś. W środku był stan surowy, co oznaczało, że trzeba było wszystko samemu zrobić.
- Każdy robił tak, jak mu środki pozwoliły. Nie, że od razu się wszystko miało. Moi rodzice po pracy szybko jechali na nowe i pracowali. Jakoś tak było, że szybko się musieliśmy przeprowadzić. Wtedy ludzie się nie stawiali, tylko czekali na to swoje mieszkanie w bloku. Raz dłużej, raz krócej.
Obie kobiety pamiętają jeszcze coś: część miasta, w której stała tzw. ściana płaczu. Dzisiaj stoi tam „Baszta”. Skąd tamta nazwa? To była pozostałość po wyburzonej wcześniej kamienicy i na tym fragmencie muru ludzie przyklejali nekrologi.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze