Reklama

Rzekoma ciąża zwiększa metraż [Piszemy historię Osiedla Tysiąclecia]

Mieliśmy w naszym bloku jeszcze dwie atrakcje. Jedną była wykładzina zwana Lentexem we wszystkich pomieszczeniach, a drugą kaloryfery panelowe. Kaloryfery miały tendencje do pękania, zalewając gorącą wodą wykładzinę, która posiadała filc od drugiej strony. Nasiąkając wodą nigdy nie dał się wysuszyć, gnił na potęgę i śmierdział jak nieszczęście

 

Historia Osiedla Tysiąclecia w Radomsku, to historia osiemnastu lat mojego życia, bo tyle lat tam mieszkałem. Rozpoczyna się w roku 1978, kiedy otrzymałem przydział na mieszkanie w bloku na ul. Jagiellońskiej 19. Radości z tego przydziału nie da się porównać z niczym. Kiedy dostałem taką informację, było to dla mnie jak rozpoczęcie lepszego życia. W tym czasie było nas już czworo, a mieszkaliśmy w jednym pokoju u moich rodziców. Trzy pokoje z kuchnią to było coś niebywałego, i nie ważne było, że mieszkanie ma tylko 48 metrów kwadratowych.

Reklama

Z tym przydziałem związana jest anegdota, którą pamiętam do dziś, choć minęły już 42 lata. W tym czasie, aby otrzymać przydział na mieszkanie, trzeba było mieć książeczkę mieszkaniową ze zgromadzonym wkładem. Miałem taką książeczkę, ale zgromadziłem na niej wkład na M-3, a to były tylko dwa pokoje z kuchnią. W kwietniu 1978 roku urodziło mi się drugie dziecko i właściwie należało mi się M-4. Dostałem więc przydział na M-3 i zacząłem załatwiać wszystkie papiery i zaświadczenia potrzebne do finalizacji przydziału.

Byłem już blisko i z teczką pełną papierów zgłosiłem się do Spółdzielni Mieszkaniowej. Miła pani urzędniczka zamiast dać mi przydział, poprosiła żebym usiadł. Nogi się pode mną ugięły, bo nagle przeszło mi przez myśl, że z tym przydziałem są jakieś kłopoty. Na dodatek pani urzędniczka zagadnęła.

Reklama

- Niech się pan nie denerwuje, mam do pana jeszcze kilka pytań. Ile pan ma dzieci?

- Dwoje - odparłem zgodnie z prawdą.

- A czy pana żona jest w ciąży?

- Nic mi o tym nie wiadomo - odparłem zdziwiony.

- Bo pana ojciec dzwonił i mówił, że małżonka pańska jest w ciąży.

- No to chyba ojciec wie lepiej - błysnąłem dowcipem.

Urzędniczka zaczęła się głośno śmiać.

- Bo wie pan, sytuacja się zmieniła. Pan miał przydział na M-3 na pierwszym pietrze, ale po tej informacji od pańskiego ojca zrobiliśmy szereg roszad i jest możliwość, by pan dostał M-4 na czwartym pietrze, tylko trzeba uzupełnić wkład. Czy pan się zgadza?

Reklama

Oczywiście że od razu się zgodziłem. Potem wyjaśniło się, że informacja o rzekomej ciąży mojej żony to był pomysł podwładnego mojego ojca z Fabryki Maszyn, któremu ojciec pochwalił się, że dostałem mieszkanie. Ponieważ żona tego pracownika była urzędniczką w Spółdzielni Mieszkaniowej, postanowił interweniować i załatwić mi większe mieszkanie. W ten oto sposób zostałem szczęśliwym najemcą mieszkania typu M-4 na czwartym piętrze bloku przy ul. Jagiellońskiej 19.

Nasz blok był dość specyficzny, bowiem wiele osób dostało w nim przydział z powodu wysiedlenia z domów prywatnych, burzonych pod budowę wiaduktu. Zasiedliliśmy go w lipcu 1978 roku. Był to wtedy ostatni w rzędzie blok przy ul. Jagiellońskiej i dlatego mogłem ze swoich okien obserwować budowę bloku nr 21.

Reklama

Muszę przyznać, że te obserwacje nie napawały mnie szacunkiem dla trwałości budowanych z wielkiej płyty domów. Wyglądało to jak układanie betonowych klocków, składanych do kupy i łączonych poprzez spawanie wystających z tych płyt drutów. Między płyty wlewano płynny beton.

Wielka płyta naszpikowana była drutem zbrojeniowym i miała dziury na drzwi i okna. Te druty zbrojeniowe to było przekleństwo. W taką płytę nie dało się wbić gwoździa i jedynym sposobem, by powiesić na ścianie obrazek, było wywiercenie wiertarką z wiertłem widiowym otworu pod kołek rozporowy. Cała sztuka tego wiercenia polegała na tym, by mieć szczęście i nie trafić w pręt zbrojeniowy. Wtedy jedynym ratunkiem było wiercenie nowego otworu, centymetr od tego uzbrojonego.

Reklama

Pierwsze miesiące mieszkania w nowym bloku to był permanentny odgłos wiertarek udarowych wiercących kolejne dziury w ścianach. Ścianki działowe w mieszkaniu były natomiast wykonane z płyt gipsowo-kartonowych i na nich dało się powiesić wszystko bez żadnego wysiłku.

Sceny filmowe z drugiego, czy trzeciego odcinka serialu „Alternatywy 4”, noszącego tytuł „Fachowcy”, to nie fikcja, tak było naprawdę. W kuchni, która miała 6 metrów kwadratowych, jedna ze ścian to było okno na jej całą szerokość, a jakiś „geniusz” zaplanował zlew na jednej ścianie, a na innej kuchnię gazową, choć bez problemów zmieściłaby się obok zlewu. Licznik od gazu zamontowano nad zlewem, co uniemożliwiało powieszenie tam szafki kuchennej z suszarką na naczynia.

Reklama

I tu pojawiają się fachowcy, którzy ten blok budowali. Za odpowiednią opłatą robią kawałek instalacji gazowej i kuchnia staje obok zlewu, a licznik trafia na korytarz. Jako bonus do tej usługi włączają mi gaz i mogę spokojnie zagotować wodę na herbatę. Takie wędrówki fachowców po bloku trwały kilka miesięcy, bo można było sobie załatwić wstrzelenie kołków stalowych zamiast wiercenia betonowych ścian, albo przesunąć o kilka centymetrów muszlę klozetową, bo była tak posadowiona, że używając jej nie można było zamknąć drzwi od ubikacji - kolana przeszkadzały.

W nowych blokach trzeba było też być bardzo ostrożnym przy wierceniu otworów, by nie wwiercić się w instalację elektryczną. Budowniczowie bowiem „oszczędzali” na kablach i nagle okazywało się, że ten od puszki idzie w ścianie na skos do gniazdka, zamiast zgodnie ze sztuką, pod kątem prostym.

Reklama

Nigdy nie zrozumiałem, ani nie potrafiłem sobie tego wytłumaczyć, dlaczego na suficie, w tak zwanym dużym pokoju, jest paskudny pas twardego betonu łączący dwie płyty. Przy każdym malowaniu sufitu próbowałem wyrównać lub usunąć to zgrubienie i w końcu dałem sobie spokój, bo beton był nie do ruszenia.

Mieliśmy też w naszym bloku jeszcze dwie atrakcje. Jedną była wykładzina zwana Lentexem we wszystkich pomieszczeniach, a drugą kaloryfery panelowe. Kaloryfery miały tendencje do pękania, zalewając gorącą wodą wykładzinę, która posiadała filc od drugiej strony. Nasiąkając wodą nigdy nie dał się wysuszyć, gnił na potęgę i śmierdział jak nieszczęście.

Reklama

Te wszystkie przykrości i niedogodności były jednak niczym. Dla nas posiadanie własnego mieszkania było jak chwycenie Boga za nogi i cieszyliśmy się, nie zważając na to, że po deszczu, aby przejść z przystanku MZK z ul. Leszka Czarnego do naszego bloku, trzeba było uważać, by nie zgubić w błocie butów.

Po drugiej stronie ul. Jagiellońskiej było pole porośnięte złotym żytem albo ziemniakami i chodziliśmy tam z dziećmi na spacery, a nieraz latem z okna mojego mieszkania na czwartym piętrze mogłem obserwować miłosne uniesienia zakochanych par.

Reklama

Byłem też świadkiem powstania górki nazwanej potem Wielorybkiem. Na początku było to składowisko ziemi z wykopów pod fundamenty okolicznych bloków. Potem, z upływem lat, górka porosła trawą, a zimą okoliczne dzieciaki uprawiały na niej sporty zimowe, bo obfity śnieg był każdej zimy.

Mieszkanie na czwartym piętrze miało swoje plusy i minusy. Plusem było to, że sąsiad z góry nie mógł zalać mojego mieszkania, bo nad sobą miałem tylko stropodach. Minusem były letnie upały. Nagrzany stropodach był jak grzejnik i mieszkanie latem było bardzo uciążliwe.

Reklama

Osiemnaście lat mieszkania na Osiedlu Tysiąclecia będzie jednak zawsze dla mnie bardzo ważnym etapem w moim życiu, bowiem tu uczyłem się samodzielności, tu poznawałem nowych ludzi i zawiązywałem przyjaźnie.

Grzegorz Drzewowski

Aplikacja na Androida

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo radomszczanska.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości